WoodWeLove

Felieton czytelnika: Po co wspinaczom PZA?

Poniższy tekst jest wyłącznie opinią autora. Nie należy go utożsamiać ze stanowiskiem redakcji brytan.com.pl
Sprawy związane ze wspinaniem w Tatrach wywołują ostatnio wiele emocji. Duży wpływ na to ma przygotowywany Plan Ochrony dla obszaru Natura 2000 PLC120001 Tatry oraz Tatrzańskiego Parku Narodowego. Tekst, który znajduje się poniżej jest jednym z punktów widzenia na spór na linii KWW-PZA. Zachęcamy innych naszych czytelników do przedstawienia swojego spojrzenia na tę sprawę.
Przed lekturą warto zapoznać się z następującymi dokumentami:

Chłodny ogląd dokonań PZA z ostatniego okresu dostarcza argumentów do wysnucia następującego wniosku: Polski Związek Alpinizmu nie tylko nie rozwiązuje problemów wspinaczy, ale wręcz sam je generuje. Rodzi się zatem pytanie: po co nam w ogóle ta instytucja, skoro wszelkie próby jej reformy „od wieków” kończą się fiaskiem..?

Z badań socjologicznych, jak i z prywatnych doświadczeń wielu Polaków wynika jednoznacznie, że jesteśmy narodem, który cierpi na brak zaufania do instytucji publicznych, ale także brak zaufania do innych rodaków. Ten patologiczny stan owocuje niechęcią do udziału w życiu publicznym i stopniowym wycofywaniu się w zacisze własnego umysłu, ewentualnie najbliższego kręgu towarzyskiego. Taka postawa jest psychologicznie zrozumiała, jednak na dłuższą metę jest samobójcza, wynika z niej bowiem, że godzimy się na pozostawienie spraw dotyczących organizacji także naszego życia w rękach innych, niekontrolowanych przez nas osób.

Powyższa, pozornie nie mająca nic wspólnego ze wspinaniem refleksja naszła mnie przy okazji śledzenia sporu Zarządu Klubu Wysokogórskiego Warszawa z Zarządem Polskiego Związku Alpinizmu. Choć debata ta, która miała już odsłonę na Walnym Zjeździe PZA i rozpaliła do czerwoności głównych uczestników sporu, to bynajmniej nie przełożyła się na szeroki dialog wśród wspinaczy. Dowodzi tego nikłe zainteresowanie – a w każdym razie zainteresowanie czynne – z jakim spotkała się ta tematyka na forach internetowych.

Jaka jest ustawa nie każdy widzi

Jest to zjawisko wyjątkowo negatywne, bo istotą sporu KWW-PZA są różnice w definiowaniu interesów wspinaczy w polityce, którą prowadzi PZA względem Tatrzańskiego Parku Narodowego. Gra toczy się tu o dostęp wspinaczy do tatrzańskich ścian. Nie jest to zatem problem abstrakcyjny, jakieś poletko „działaczy”, które może w ogóle nie interesować przeciętnego taternika. A jednak, jak się okazuje, chyba go nie interesuje.

Niniejszym tekstem chciałbym zatem spróbować zwalczyć praktykę wycofania się. W tym celu skupię się na jednym wątku z korespondencji PZA-KWW, który jak na dłoni pokazuje, że PZA de facto jest instytucją wrogą wspinaczom. Równocześnie chciałbym zwrócić uwagę, że przyczyną tego stanu rzeczy nie musi być działanie z premedytacją. Nie zarzucam całemu Zarządowi PZA, że uprawia intencjonalną dywersję. Naiwność, źle pojmowane koleżeństwo, brak profesjonalizmu – to tylko niektóre z możliwych wyjaśnień patologicznej rzeczywiści PZA.

Wspomnianym wątkiem jest kwestia limitów w dostępie do ścian, które jakoby wynikają z ustawy o ochronie przyrody. Każdy zainteresowany łatwo znajdzie korespondencję między KWW a PZA, tu zamieszczę dwa cytaty, które dobrze oddają istotę sporu.

Autor na trawersie Zamarłej Turni, jeszcze bez limitów. Autor zdjęcia: Jakub Szymanik

Autor na trawersie Zamarłej Turni, jeszcze bez limitów. Autor zdjęcia: Jakub Szymanik

Pisze KWW: „Z materiałów tych niestety jasno wynika, że istotnie negatywną rolę w tym procesie stanowią prace naukowe kol. Miłosza Jodłowskiego, który zamiast dbać i walczyć, jako przedstawiciel naszego środowiska, o jak największy dostęp do rejonów wspinaczkowych, dostarcza argumentów stronie przeciwnej na rzecz eliminowania ruchu wspinaczkowego z Tatr. Zjawisko to dokładnie pokazuje wykonany przez kol. Jodłowskiego projekt pt. >>Ocena wpływu taternictwa powierzchniowego na środowisko przyrodnicze<<”.

Warszawski klub twierdzi – i ma to odzwierciedlenie w faktach – że praca naukowa Miłosza Jodłowskiego dostarczyła TPN argumentów za określeniem limitów na wspinanie na Mnichu i Zamarłej Turni.

Tymczasem PZA twierdzi, że „Limity wejść, o których wspomina Zarząd KW w swoim liście, nie są wymysłem M. Jodłowskiego, a wynikają wprost z Ustawy o ochronie przyrody z 16 kwietnia 2004 r. (art. 12.2.): W planie ochrony parku narodowego, a do czasu jego sporządzenia – w zadaniach ochronnych ustala się miejsca, które mogą być udostępniane, oraz maksymalną liczbę osób mogących przebywać jednocześnie w tych miejscach”.

Świętsi od TPN

Stykamy się tutaj z czymś co najmniej dziwacznym, a nawet skandalicznym. Oto bowiem PZA w swoim piśmie cytuje prawo, z którego – widać to czarno na białym!!! – nie wynika explicite żaden obowiązek prawny określania limitów na poszczególne ściany czy góry. Dopuszczalną, a wręcz naturalną i narzucającą się interpretacją tego prawa może być uznanie, że owe miejsca wymienione w ustawie to np. basen Morskiego Oka, Dolina Kościeliska itp. Limity mają więc dotyczyć osobo-wejść na terenie TPN. W tej optyce prawo znajduje odbicie w praktyce działania TPN, a równocześnie wspinacze nie są określeni jako jakaś szczególna grupa, którą trzeba monitorować i limitować jej działanie w sposób inny, niż w przypadku turystów.

Praktyka działania Parku wobec turystyki raczej potwierdza, że taka interpretacja jawi się jako zasadna. Czy mamy w TPN do czynienia z limitami na szlak na Rysy, albo na Szpiglasową Przełęcz? Bynajmniej, jeżeli ktoś wszedł na teren Parku, może na te szlaki się udać, bo żadnych limitów tu nie ma. Dlaczego więc nagle ściany wspinaczkowe, które goszczą śmieszną liczbę miłośników Tatr w porównaniu z sytuacją ze szlaków, nagle mają stać się terenem, na którym dokonuje się jakiejś specjalnej limitacji?

Apeluję, by czytelnicy-wspinacze spojrzeli na tę sprawę bez emocji. Czy związek sportowy, którego statutowym celem jest promocja i rozwój alpinizmu nie powinien właśnie tak patrzeć na ustawę i próbować lobbować, by taka interpretacja stała się obowiązująca? I czy wreszcie związek powinien wręcz wychodzić przed szereg, i inicjować debatę na temat limitowania, jeśli nikomu to wcześniej nie przychodziło do głowy?

Są to pytania retoryczne, a jednak rękami wiceprezesa PZA Miłosza Jodłowskiego związek pośrednio lobbuje na rzecz interpretacji ustawy na niekorzyść wspinaczy (powyższy cytat z pisma PZA!!!), wreszcie nie widzi nic złego, że obecny wiceprezes PZA dostarcza Parkowi argumentów za rozważaniem limitowania wejść na Mnichu i Zamarłej Turni.

Czy taka sytuacja jest normalna? Co powiedzieć o instytucji wspinaczkowej, która sama inicjuje i forsuje trendy wrogie interesom wspinaczy, i to w kooperacji z instytucją (TPN), która ewidentnie wspinaczom nie sprzyja? Parsknijmy śmiechem, kiedy będą nam przywoływać przykłady np. z Camp 4 – rejonu, który jest mekką ŚWIATOWEGO wspinania, z logistycznymi problemami zupełnie nieprzystającymi do problemów Zamarłej.

Można sobie wyobrazić, że TPN będzie próbował interpretować ustawę po myśli Miłosza Jodłowskiego. I jest czymś rozsądnym, by wówczas PZA dysponowała danymi, pozwalającymi argumentować za maksymalnie wysokimi limitami dla wspinaczy. Jednak tego typu dane – która nota bene nie mają charakteru naukowego, a wyłącznie statystyczny (cóż to za nauka, która polega na zapisaniu w kajecie, ile osób było danego dnia w danym miejscu???) – PZA powinna trzymać jako asa w rękawie, na wypadek złego obrotu spraw.

Wiemy, że tak się nie stało. PZA nie jest w stanie wylegitymować się przed nami dossier walki z ideą limitowania na Mnichu i Zamarłej Turni, bo nie tylko nic w tej sprawie nie zrobiła, ale wręcz sama wspiera interpretację prawną niekorzystną dla wspinaczy.

Domagajmy się poważnego traktowania

I właśnie na tym powinniśmy się skupić w sporze KWW z PZA. To sprawa zasadnicza. Czy PZA dobrze dba o interesy wspinaczy, czy źle? Czy w kontekście osoby wiceprezesa PZA Miłosza Jodłowskiego mamy do czynienia z prymitywną nagonką, czy też może są obiektywne uwagi do jego działalności, które powinny budzić krytykę ze strony środowiska wspinaczkowego?

A jeżeli PZA nawet nie podejmuje prób zgodnego z prawem, w pełni demokratycznego lobbingu na rzecz interpretacji prawa po myśli wspinaczy, to rodzi się pytanie: po co nam taki związek? Kogo reprezentują jego działacze? Chyba nie nas – wspinaczy – skoro przykładają ręce pod budowanie rzeczywistości, w której bilety na Mnicha i Zamarłą staną się faktem.

Pisma, które wychodzą z PZA dowodzą jednoznacznie, że Zarząd związku konsekwentnie odmawia zmierzenia się na serio z pytaniami, które wyszły z KWW. Wątek, na którym się tu skupiłem, a przecież niejedyny – sprawa ustawy i rzekomo wynikających z niej „limitów na Mnicha”- pokazuje, że działacze tej instytucji traktują nas, wspinaczy, ale także obywateli, jak przysłowiowe stado baranów.

Jakąkolwiek optykę w tej sytuacji przyjmiemy – zwolennika reformy PZA, czy zwolennika secesji – nie dajmy się tak traktować. Z praktyką działania PZA trzeba walczyć, bo mamy tu do czynienia z nietransparentną instytucją, która za kulisami i na zasadzie niejasnych kontaktów z pogranicza konfliktu interesów (podwójna rola Jodłowskiego jako naukowca-”ekologa” i wiceprezesa PZA) rzekomo rozwiązuje nasze problemy. Niestety, póki co z opłakanym skutkiem.

I jeżeli spojrzymy na fakty, to dziś rzecznikiem interesów wspinaczy stał się KWW- klub, który podjął się wyzwania postawienia trudnych pytań związanych z funkcjonowaniem PZA.

Nie dajmy sobie wmówić przez rzeczników PZA, że sprawa jest bezprzedmiotowa, a wiceprezes tej instytucji jest święty. Nie dajmy sami z siebie robić baranów.

Jakub Pilarek