Jacek Trzemżalski Projekt 1000 Dróg – wywiad

Wojtek Paprocki: Skąd pomysł na projekt „1000 Dróg”. Skąd pomysł na to, żeby akurat ekiperce poświęcić tyle energii? 

No tak… Jak się nad tym dobrze zastanowić, to w gruncie rzeczy ma to niewiele wspólnego ze wspinaniem, a bardziej z pracami ziemnymi i budowlanymi. To po prostu „brudna robota”. Jednak nie wyobrażam sobie swojego wspinania bez eksploracji.

Zaklejki na Jaskolczej - zerkowice

Zaklejki na Jaskółczej – Żerkowice fot. Leszek Iwan

Może dlatego, że to dla mnie zupełnie naturalna forma aktywności. Na początku mojej wspinaczkowej drogi, po dwóch sezonach spędzonych w Czarnorzekach, nie miałem się po prostu po czym wspinać. Przeszedłem wszystkie istniejące drogi i by się rozwijać musiałem zacząć wytyczać nowe i to już takie „nie za łatwe”. Dlatego moja pierwsza droga – Zemsta Kilkujadka na Matce w Rezerwacie to VI.3. Pokonałem ją w etyce saskiej, a kluczowe miejsce asekurował węzeł z taśmy, nad którego wychodziłem jakieś 2-3 m… Latałem kilka razy, bo wyjście jest czujne.

bohemian rhapsody vi.6+

Bohemian rhapsody vi.6+ fot: Maksymilian Zięba

1000 to dość równa cyfra… Przy czym nie będzie to chyba „rekord świata”, choć wydaje się, że „konkurentów” jest tylko dwóch, ale za to jakich! Są to Bernd Arnold i Michel Piola. Obaj oczywiście z zupełnie innej bajki i obaj mają mój ogromny szacunek. Arnold to być można najwybitniejszy wspinacz skalny naszych czasów. Był moim wielkim idolem w czasach, gdy wspinałem się w etyce saskiej. Wikipedia ocenia go na 900 nowych dróg w Saskiej Szwajcarii, z tego wiele solo, a nawet boso! Piola to prawdziwy tytan pracy. Wytyczył 1500 nowych dróg i wyciągów. Wiele z nich w terenie alpejskim i oczywiście na własnej asekuracji. Porównanie więc tutaj ma się nijak. Ile Piola dróg ubezpieczył – tego, niestety, nie wiem i nie za bardzo są na to źródła. Chyba tylko jego własny „zeszycik”.

Osobiście uważam, że samo wspinanie, a przede wszystkim eksploracja to coś więcej – nie tylko takie sobie hobby. W ludzkim DNA głęboko tkwi poczucie zniewolenia. Wszystko dlatego, że historia ludzkości dzieli się tylko na dwa etapy. Pierwszy etap – o wiele dłuższy, bo trwający być może nawet 2 mln lat, to życie w nielicznych grupach: szacuje się, że 120-130 osobników (nota bene istnieje teoria, że do tej pory tylko tylu „znajomych” jest w stanie „ogarnąć” nasz mózg choćby na facebooku), które po wykorzystaniu zasobów eksplorowały kolejne obszary i nigdzie nie zatrzymywały się na dłużej. Drugi etap to ten trwający obecnie, czyli od momentu, kiedy człowiek posiał pierwsze ziarno i zaczął prowadzić osiadły tryb życia, a miało to miejsce zaledwie 10.000 lat BC. Od tej pory człowiek żyje „uwięziony” w jednym miejscu, a jego natura słusznie podpowiada mu, że to zniewolenie. Dlatego wszelkie momenty eksploracji, choćby spacer z psem, jazda konna, wędrówka po górach i oczywiście wspinaczka dają poczucie wolności… No i jak się nad tym choć minimalnie zastanowić, to przecież bez wytyczania nowych dróg w ogóle nie ma wspinania! To truizm, ale ktoś to przecież musi zrobić pierwszy.

WP: Czy to prawda, że w tej chwili nie działasz w ramach Komisji Wspinaczki Skalnej PZA?

JT: Tak, to prawda. Od dwóch lat nie składałem wniosków ekiperskich do KWSk, choć na jednym z Walnych Zjazdów PZA sam byłem inicjatorem powstania tej komisji. W tej chwili nasze drogi się rozeszły. Od dwóch lat działam samodzielnie, a ubezpieczanie finansuję… powiedzmy „z własnych środków i innych źródeł”. Wciąż uważam, że wymiana asekuracji w rejonach skalnych i zagospodarowywanie nowych miejsc to realna korzyść dla całego środowiska z faktu istnienia związku i na tego typu działalność powinny być przeznaczane zdecydowanie większe środki, bo to najlepsza promocja PZA. Beneficjentem tego typu projektów – także takich jak mój, jest przecież bez wyjątku każdy wspinacz! Ringi zostają w skale na trwale budując infrastrukturę wspinaczkową. Nie ukrywam, że przy realizacji „1000 Dróg” liczę na wsparcie finansowe ze strony środowiska, bo z własnych środków tego nie pociągnę w terminarzu, który sobie wyznaczyłem. Stąd pomysł, by zainicjować wpłaty na https://zrzutka.pl/vazgjx

Oczywiście realizuję w ten sposób swój własny ambicjonalny cel, ale realną korzyść z jego finalizowania – jak wspomniałem – mają wszyscy. Jest więcej miejsc do wspinania, po bezpiecznie wyposażonych drogach, a ruch wspinaczkowy, który z roku na rok dynamicznie rośnie, ma możliwość rozłożenia się na nowe rejony i skały. Sam jestem zwyczajnie ciekaw – także w formie eksperymentu – jaki będzie odzew środowiska.

WP: Przybliż, jakie są koszty takiej działalności?

JT: To akurat dość łatwo policzyć. Średniej długości droga, licząc sam materiał, czyli ringi, stanowisko i klej to koszt około 200-250 zł. Na zrzutka.pl zaproponowałem minimalną wpłatę w wysokości 40 zł, to mniej więcej koszt osadzenia 2 ringów. Niestety, realnym kosztem jest paliwo i amortyzacja samochodu, tym bardziej, że działam także na Jurze Północnej i Środkowej, a to było nie było kawałek od Krakowa. Już dawno temu określiłem, że najważniejszym sprzętem wspinaczkowym jest po prostu… auto, a „za VI.5 płaci się na stacji benzynowej”, bo to bardziej kwestia cierpliwości, czyli ilości prób… czyli benzyny. Jeśli chodzi o poświęcony czas, to najwięcej zajmuje etap przygotowawczy, czyli oczyszczenie skały z roślinności – czasem samego dojścia pod skałę – oczyszczanie z kruszyzny i wyznaczenie wpinek. Samo wiercenie, klejenie i poprowadzenie to właściwie przyjemność, a nie realna praca. No może poza wierceniem w przewieszeniu… Na sprzęt wspinaczkowy nie muszę na szczęście wydawać budżetu, bo tutaj wielkim wsparciem są dla mnie sponsorzy.

WP: Jaki masz plan finansowania?

JT: Gdybym nie wyznaczył sobie celu, jakim jest osiągnięcie poziomu 1000 dróg w ciągu najbliższych 3-4 sezonów, to z pewnością kiedyś i tak bym do tego doszedł, finansując swoje hobby z własnych środków i zagospodarowując pewnie 2-3 skały rocznie. Cel, które sobie wyznaczyłem, wymusza działanie w ilościach hurtowych, a to oznacza o wiele większe zaangażowanie czasowe. Dlatego zwracam się do środowiska o przyłączenie się do mojego projektu i wsparcie go finansowo. To zdecydowanie przyspieszy moje bieżące działania. Na przyszłość mam kilka pomysłów na finansowanie takiej aktywności, ale to się póki co nie uda. Jest za tym dużo „chodzenia”, a ja muszę się skupić na skałach, bo sezon nie jest z gumy. Tym niemniej po osiągnięciu zaplanowanego tysiąca nie sądzę, żeby mi przeszło – bo jak już wspomniałem – nie wyobrażam sobie wspinania bez eksploracji. Robię to od prawie 30 lat…

WP: Sporo osób dziwi się, że na Jurze wciąż powstaje tyle nowych dróg wydawałoby się, że nie ma już nowych rejonów, a co chwila o nich słyszymy czy to od Ciebie czy od Gumy. Czy możesz wymienić konkretne skały, które masz w planach do ubezpieczenia w najbliższym czasie?

JT: Potencjał eksploracyjny jest nie tylko na Jurze, ale praktycznie we wszystkich polskich rejonach. Oczywiście, jeśli się myśli z perspektywy takich popularnych miejsc jak Rzędkowice, czy Dolina Kobylańska, to dziewiczych fragmentów skały jest tam pozornie mało. Pozornie, bowiem nawet takie popularne rejony kryją jeszcze sporo smacznych kąsków. Wystarczy nieco zmienić perspektywę patrzenia. Już w 1955 roku w przewodniku Dobrowolskiego-Paszuchy po Skałkach Podkrakowskich pojawiło się zdanie, że są one wyeksplorowane w takim stopniu, że „nie da się wcisnąć przysłowiowej szpilki”. To dzisiaj budzi śmiech, ale wtedy tak na to patrzono. Wspinano się głównie rysami i kominami, więc nie ma się co dziwić. W najbliższych planach mam przede wszystkim zagospodarowanie Karlina, gdyż jest to rejon o rewelacyjnym potencjale. Mam tam zinwentaryzowanych 6 turni o wysokości 15-20 m oraz wiele mniejszych. Ogromny potencjał tkwi także w Morsku, gdzie zapisałem sobie co najmniej 5 celów do szybkiego obicia, jak Okiennik Morski, Hyla, Zagumnie czy Wapiennik.

Wapiennik - Morsko

Wapiennik – Morsko

Są to bardzo fajne skały, choć wymagają nieco pracy odgruzowującej i odkrzaczenia, ale mam pewność, że szybko staną się popularne. Wstępnie przygotowałem do obicia Kitową Skałę w Podlesicach, ale pewnie przez rok znowu zarosła. Chcę to koniecznie dokończyć, bo skała jest kapitalna – jest tam jedno z najlepszych VI.3+ na Jurze: Dar Darka autorstwa Darka Kaptura, która niestety nie posiada aktualnie asekuracji. Gigantyczny potencjał tkwi oczywiście w rejonie Ryczowa, aż trudno byłoby wymienić tutaj wszystkie możliwości: nowe linie mogą iść tam w setki! Mam oczywiście plany także w okolicach Krakowa. Tutaj nie można się spodziewać jakichś „spektakularnych turni”, ale myślę, że może być też duże zaskoczenie na plus. I nie mam na myśli tylko Doliny Brzoskwinki czy Nielepic, gdzie wiele skał wciąż czeka na zagospodarowanie. Będę tradycyjnie chciał podziałać na Podkarpaciu, tym bardziej, że całkiem niedawno pojawił się wątek realnego powalczenia o Rezerwat Prządki. Nie mogę zdradzić szczegółów, ale sam wiesz, bo zwiedzałeś, że możliwości wspinania w Rezerwacie od razu stawiają Czarnorzeki w charakterze topowego rejonu w skali kraju.

WP: Dlaczego konsekwentnie nie zaliczasz sobie autorstwa dróg o trudnościach poniżej VI?

JT: Faktycznie, przeszedłem wiele łatwiejszych linii, w tym większość z nich solo. Sporo tych wspinaczek było pewno pierwszymi przejściami, ale nawet nie wiem, ile było takich potencjalnych FA, bo ich nie liczę. Pewnie setki… W miarę możliwości staram się całe skały ubezpieczać kompleksowo, wraz z tymi łatwiejszymi propozycjami, jednak nie uznaję tych dróg za swoje, choć dla lepszej orientacji najczęściej proponuję dla nich nazwy. Konkretnie to nie zaliczam sobie dróg poniżej „VI-”, czyli dolnej granicy stopnia „VI UIAA”, określanemu w skali przymiotnikowej jako „skrajnie trudno” i przez wiele wiele lat uważanego za najwyższe trudności, jakie człowiek jest w stanie pokonać. To nawiązanie do tradycji, której wyrazem jest także skala trudności wymyślona przez Wojtka Kurtykę, określana czasem jako „skale krakowska”. O ile jest wiele kontrowersyjnych rzeczy, z których Polacy są dumni, to akurat Skala Kurtyki jest nie tylko bardzo elegancka w zapisie, ale jest wg mnie realnym powodem do dumy.

03 stopnie trudnosci

Kierują mną podobne pobudki jak Wojtka: to moja forma szacunku do tradycji, do tych lat wspinania i osób, które nie zapisały się w zachowanych archiwach. W przeszłości – a mówimy również o perspektywie sprzed 100 lat – wspinano się na bardzo wysokim poziomie sportowym, a głównym ograniczeniem w pokonywaniu większych trudności była oczywiście o wiele gorsza jakość sprzętu, głównie butów. Ograniczeniem na pewno nie była psychika, gdyż tę nasi przodkowie mieli pancerną, a wspinano się z założeniem „nie odpadania”. Kiedy zaczynałem się świadomie wspinać w Skałach Czarnorzeckich, jeszcze w latach 80-tych XX wieku, miałem wiedzę, że chodzę śladami wybitnych wspinaczy Jerzego i Wojciecha Biedermanów, którzy podobnie jak ja mieszkali w Korczynie, a mój wujek był nawet kolegą szkolnym Wojciecha. Byli to w swoich czasach najlepsi skalni wspinacze w naszym kraju. Jerzy jest autorem pierwszej polskiej drogi pokonanej z dolną asekuracją w stopniu VII- UIAA czyli VI.1: Wariant R (1958), a Wojciech powtórzył wynik brata dwa lata później na Drodze Ruffa VI.1 (1960). Obie drogi znajdują się w Sokolikach, gdyż bracie Biedermanowie studiowali we Wrocławiu. Po ich wspinaczkach w Prządkach nie zachowały się niemal żadne źródła, ale nie sposób nie być pewnym, że nie przechodzili tam większości łatwiejszych dróg. Ponadto znajduję ślady wspinaczek w wielu miejscach na pozór wydających się dziewiczymi. Wszytko dlatego, że w przeszłości „geografia”, a konkretnie dostępność Dolin Podkrakowskich np. na skutek zaborów czy komunikacji, była zupełnie inna niż teraz. Przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości Nielepice czy Dolina Brzoskwinki były popularnymi miejscami wspinaczek, a potem zostały niemal zapomniane na kilkadziesiąt lat. Na tych podstawach uznałem, że domniemanie, iż drogi łatwiejsze niż VI miały swoje pierwsze przejścia w przeszłości, a tylko zapiski o tym się nie przetrwały do dziś, ma swoje uzasadnienie. O sportowym podejściu do wspinania sprzed ponad 100 lat świadczy choćby zapis w poradniku bodaj z 1914 roku, gdzie autor sugeruje, że jeśli chce się osiągnąć dobry poziom w skale, to powinno się 10 razy podciągać na framudze drzwi. Obecnie taki poziom siły palców pozwala w mojej ocenie na pokonywanie dróg około VI.4! Moje postanowienie to oczywiście pewnie także forma aberracji umysłowej, ale tak zdecydowałem i już. Nie twierdzę, że wraz z upływem czasu i tym, że pesel będzie jeszcze mniej moim sojusznikiem, nie zmienię zdania. Wszak „nie można być niewolnikiem swojej silnej woli”…

WP: Często słyszę zarzuty pod Twoim adresem, że ubezpieczasz za krótkie drogi, że to wręcz „zniszczone buldery”?

JT: Też słyszę takie głosy. Doszły do mnie nawet słuchy, że „w Dolinie Brzoskwinki są wyłącznie takie 2-3 wpinkowe „trzemżalówki” i nie ma sensu tam jechać”. Każdy kto był w Brzoskwince sam sobie może wyrobić zdanie: rejon jest wyposażany kompleksowo i są tam ubezpieczone niskie skałki obok 20 metrowych turni jak Dzika, Cygańska, Wodna, Położna czy nieco tylko niższa Kazalnica. Myślę, że rejon nie odbiega zasadniczo od „średniej jurajskiej”. Na odparcie zacytowanych przez Ciebie zarzutów mam kilka argumentów. Po pierwsze zgodnie z Twierdzeniem Nowaka „lepsza zła droga w dobrym miejscu, niż dobra w złym miejscu”. Czyli nawet nieciekawa, krótka droga w dobrej lokalizacji się obroni i będzie popularna. Przekonałem się, że to prawo działa brutalnie. Doświadczenie pokazuje, że te krótkie drogi szybko stają się popularne. Nie muszę tłumaczyć, że nawet detalicznie odczyszczone drogi, kiedy nie są wspinane zarastają. Dlatego jestem zwolennikiem obijania bez niepotrzebnych runoutów: drogi z dużymi odległościami między przelotami nie są popularne i niemiłosiernie zarastają, a cała robota jest na darmo: są to realnie zmarnowane ringi i praca. Mogę wskazać kilka takich miejsc pod Krakowem. Jak ktoś lubi wychodzić nad ringa, to niech się wpina w co drugi przelot. Odczyszczanie buldero-dróg o niewygórowanych trudnościach, które przecież jako buldery zostałyby uznane za łatwe, nie ma sensu, bo to sztuka dla sztuki. Zresztą dla testu wyeksplorowałem niedawno bez asekuracji dwa rejony pod Krakowem – Śpiewaczą Skałę w Dolinie Szklarki i Rogatkę w Dolinie Kluczwody, gdzie zostawiłem odczyszczone linie bez ringów: nawet takie do VI.4+. Jeśli nie pozarastają i będą popularne to oczywiście zmienię zdanie. Kiedy zniszczono drogi w Rezerwacie Prządki w 1996 roku, miejscowe środowisko przeniosło się w inne miejsca i na mniejsze skały, bo to była jedyna alternatywa dla wspinania. Zrozumiałem wtedy, że zdanie, które w słynnym filmie „Arrowhead” wygłosił Patrick Edlinger: „(…) można przeżyć to samo na pierwszym metrze wspinaczki, co na trzydziestym – sytuacje są całkowicie różne, ale możesz poczuć się tak samo wspaniale! (…)”. Wspinanie to pojedynczy ruch, a nie jakaś określona ilość ruchów, od której zaczyna się „wspinanie”. Na swoją obronę mam też to, że wiele już ubezpieczonych swoich krótszych dróg i takich, na których wiem, że nie spadnę, przechodzę solo i jeśli komuś „przeszkadzają ringi” może robić tak samo. Ponadto nie ma co się oszukiwać: 20-metrowych dziewiczych turni pozostało na Jurze już niewiele, choć wbrew pozorom kilka jeszcze pozostało. No i na koniec – nie uważam się za nikogo wyjątkowego, jestem w takim samym miejscu i czasie, jak inni wspinacze – także ci, którzy mnie krytykują. Jeśli mogą oni zaproponować eksplorację na wyższym poziomie „estetycznym”, to przecież nic nie stoi na przeszkodzie, żeby tak robili. „Nie myli się tylko ten, co nic nie robi…”

WP: Jaki masz stosunek do wycen? Często słyszy się, że Twoje drogi są wyceniane „lajtowo”, „sofciarsko” etc?

JT: Zabierałem już głos na ten temat w wywiadzie dla magazynu „Góry”. Logicznym jest, że autor pierwszego przejścia składa tylko propozycję wyceny, która podlega korekcie kolejnych przejść. Często jest tak, że „zafiksujesz się” na jakiś trudniejszy patent i klapki na oczach nie pozwalają Ci  znaleźć lepszego ustawienia. Przesz aż zrobisz i już! To bardzo częsta przypadłość podczas FA, dlatego chętnie pokazuję projekty innym osobom i jestem otwarty na reedukację. Korekta wyceny to nic wielkiego – po prostu naturalny proces, który jest immanentną częścią wspinania. Statystycznie często dotyczy to mojej osoby o tyle, że dużo produkuję nowych dróg. Nie zgadzam się jednocześnie na celowe śrubowanie trudności przez autora FA, żeby przypadkiem jego wycena nie spadła. To głupie i niecelowe, a może być nawet groźne dla powtarzających. Idziesz na VI.1, a realnie okazuje się, że to VI.2. Walczysz, bo nie chcesz spaść na VI.1 i kontuzja…

Reniferowa - Karlin

Reniferowa – Karlin

Ja się wolę pomylić w drugą stronę i zaproponować „wycenę promocyjną” np. po to, żeby droga była bardziej popularna, co skutkuje samoczyszczeniem. Warto wiedzieć, że w przypadku korekt ma także miejsce zjawisko, że powtarzający ma od razu przygotowaną tezę na obniżenie wyceny. Taka jest już ludzka natura. Trzeba się z tym pogodzić i podejść do tego z dystansem. Kiedyś się tym denerwowałem, a teraz kompletnie mnie to nie rusza, bo czy niższa wycena ma wpływ na wysiłek, który musiałem wykonać? Ten na zawsze pozostaje w mojej świadomości i nikt mi tego nie może zabrać. To tylko cyferka. Zadziwia mnie jednocześnie, że wspinacze przywiązują do tego tak dużą wagę. Może to punkty na 8a.nu robią ludziom taką krzywdę? Wspinanie poniżej poziomu powiedzmy 9a to nie sport, lecz czysta rekreacja, więc mówiąc brutalnie: czy robisz VI.1 czy VI.7 to jest to samo. Kabaretowy wymiar ma dla mnie historia, że pewna autorka dedykowała mi drogę za około VI.4, w której już w nazwie zawarła tezę, że dałbym jej VI.6… Rozumie się samo przez się, że wymieniona przeszła kilka moich dróg o trudnościach zbliżonych do VI.6 i ma na tej podstawie wyrobione zdanie. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że sama skorzystała z mojego obicia, które dostała niejako „w prezencie”…

WP: Powiedziałeś, że „powtarzający ma od razu przygotowaną tezę na obniżenie wyceny”. Czy często spotykałeś się z odwrotną sytuacją? Nie masz wrażenia, że powtarzający mogą bać się proponować podwyższenie wyceny, żeby nie wyjść na słabych?

JT: Zdecydowanie tak jest. Korekta wyceny w górę to bardzo rzadkie zjawisko, chyba że na skutek obrywu. Dotyczy do także dróg, których wycena wcześniej uległa korekcie w dół. Powrót na wyższą półkę jest w takiej sytuacji bardzo trudny, czasem praktycznie niemożliwy. Musi się znaleźć niekwestionowany autorytet i wspinacz o silnej osobowości, który może dokonać takiej korekty „w górę”. Mogę podać dwa przykłady, w tym jeden mi bliski: droga Bodenplatte w Dolinie Brzoskwinki, którą zrobiłem w 2014 roku. Wydawało mi się, że droga stawia wymagania w okolicach VI.6-VI.6+. Grzegorz Sowa, który jest oczywiście o wiele silniejszy ode mnie, a który zrobił szybkie powtórzenie, skorygował wycenę do VI.5+/6, a wypowiadał się, że może to nawet 5+. W moim odczuciu to trochę krzywdząca opinia. Od czasu przejścia Grześka droga nie ma więcej powtórzeń. Poprosiłem więc Łukasza Dudka, by przetestował trudności. Jego komentarz po kilku wstawkach do kruksa był krótki: „miałeś podstawy”. To jeszcze nie jest „oficjalne stanowisko”, bo Łukasz nie skompletował przejścia, ale mnie to zdanie wiele mówi, bowiem Łukasz to dla mnie właśnie „niekwestionowany autorytet”. Drugi przypadek to droga Hubble w Peak District. Ben Moon przeszedł ją w 1990 roku i zaproponował wycenę 8c+. Od tamtej pory droga otrzymała kilka przejść, ale dopiero Adam Ondra – zresztą po nieudanych próbach – zasugerował podniesienie wyceny do 9a. O tyle zmienia to historię wspinania, że dotąd za pierwsze 9a na świecie uważana była oczywiście Action Directe Wolfganga Gullicha z 1991 roku. W każdym razie na Wikipedii pod hasłem „Ben Moon” już można przeczytać, że to autor pierwszej 9a w historii.

WP: Które z Twoich ostatnich realizacji mogą stać się „klasykami”? Podpowiedz, gdzie warto się wybrać?

JT: Nie mnie to oceniać. Osobiście lubię niemal każdą drogę, bo na każdej można znaleźć coś interesującego, ale też fakty są takie, że potrafią mnie cieszyć nawet najdrobniejsze rzeczy – pojedyncze przechwyty. Nie jestem więc dobry w ocenianiu „klasyków”. Z całkiem ostatnich realizacji mogę polecić takie drogi jak Zapach Jutra VI.4+ czy Ból War VI.4 w Przegini. To fajne wspinaczki, choć relatywnie niedługie. W kategorii niedługich dróg powinny spodobać się również zeszłoroczne realizacje na Cisowniku w Ryczowie: Zaklinacz Koni VI.4/4+ i Sunspot VI.4. Na Turni Skwira na pewno klasykiem jest droga Bułka I Pałka VI.1+: przynajmniej w skali Doliny Będkowskiej. Z trudniejszych realizacji polecam tegoroczną Ciążę Spożywczą VI.5+ w Karlinie. To taka trochę esencja Frankenjury – nawet w kategorii kolorystycznej. Nie jest za długo, ale można się ponapinać. To akurat wspinaczka, na której być może nastąpi korekta wyceny w górę, bo jest bardzo pode mnie, ale czas pokaże. Także całkiem ciepła nowość z Doliny Brzoskwinki: Moss Destroyer VI.5+/6 ma wszelkie cechy, by stać się popularna. To akurat wspinanie nie pode mnie: niezłe chwyty w dużym przewieszeniu, gdzie dużą rolę odgrywa biceps: zdaję sobie sprawę, że może nastąpić korekta wyceny w dół.

WP: Jak sądzisz – co wspinaniu przyniesie obecność na Igrzyskach Olimpijskich?

JT: Ze sportowego punktu widzenia to oczywiście ogromny awans. W czasach, kiedy sam byłem w Kadrze Polski na trudność i traktowałem wspinanie stricte jako sport, na pewno byłbym szczęśliwy z takiego faktu. Tym niemniej formuła, która ma obowiązywać na IO według mnie słabo oddaje ducha naszej dyscypliny. I z pewnością nie jestem w tej opinii oryginalny: ot taki wielobój, który być może będzie atrakcyjny dla widzów. Na pewno nie dla samych zawodników. Również marketingowo jest to bardzo duża promocja wspinania i z pewnością przełoży się na jeszcze większą popularność, ale także i na komercjalizację. Nie może być inaczej. Jedni w tym zobaczą szansę, inni stratę. Dla mnie wspinanie to nie sport. To zdecydowanie coś więcej…

WP: I na koniec standardowe pytanie – czy wierzysz ze Irvin i Mallory mogli zdobyć Everest?

JT: W moim przypadku nie jest to wiara, ale rodzaj pewności. Wynika to z męskiego patrzenia na świat oraz ze znajomości realiów historycznych tego momentu, w którym Mallory realizował swój cel. Mam na myśli świat, a konkretnie Europę, która była od wieków nieprzerwanie kontynentem wojen. Warto zdać sobie sprawę, że okres „pokoju”, który mamy od 70 lat, to rzecz absolutnie niezwykła. George Mallory był nieodrodnym dzieckiem pokoleń Brytyjczyków, którzy nie tylko podbili świat, ale przede wszystkim zrobili to militarnie. Mallory, podobnie jak wielu jego przodków walczył zbrojnie, był żołnierzem, który spędził I Wojnę Światową w okopie, licząc się codziennie z tym, że może zginąć. Przy tym wejście na Everest było „szlachetną wycieczką”, która warta była i takiej właśnie jednokierunkowej kalkulacji. Nie chcę przez to powiedzieć, żeby była to forma „samobójstwa” – nie o to chodzi. Była to jednak taka forma „operacji”, w której mężczyzna zakłada możliwość „one way ticket” i dla osiągnięcia wyższego celu godzi się z tym. Do tego Mallory i Irvin nie byli desperatami – byli świetnie przygotowani na okoliczności, które mogli zastać. A to, że obaj zginęli… cóż: „taka jest wojna”.

WP: Dzięki za rozmowę. Z zaciekawieniem będę przyglądał się temu jak rozwija się Twó projekt i jak reaguje na niego środowisko, bo niezależnie od wszystkich kontrowersji efektem będzie duża liczba nowych dróg.

JT: To ja dziękuję. Obiecuję, że na bieżąco będę dzielił się informacjami ze środowiskiem i przygotowywał topo oddanych do użytku skał. Wszystkich użytkowników facebooka, którzy chcą być na bieżąco z tematem, zapraszam do polubienia facebookowej strony projektu: https://www.facebook.com/1000lines/

To dla mnie nie tylko przyjemność, że mogę dzielić się informacjami z jak największą ilością wspinaczy, ale także argument dla sponsorów, czyli realna pomoc marketingowa. Chcących wesprzeć mój projekt finansowo zapraszam na https://zrzutka.pl/vazgjx i z góry dziękuję za każdą wpłatę: to będzie dla mnie nieoceniona pomoc i dowód na poparcie tego, co robię od lat. Obiecuję, że zainwestuję to z korzyścią dla wszystkich wspinaczy.

Baner sponsorzy 1000 Lines