WoodWeLove

The other George. Część 2

IV. English air.

Zarówno brytyjska wyprawa rekonesansowa pod Everest, jak i jego indywidualny sezon okazały się pasmem sukcesów. Zapadła decyzja wysłania w następnym roku kolejnej wyprawy, tym razem z zadaniem podjęcia realnego ataku na Everest przez North Col i NE Ridge. Tym razem Fincha po prostu nie można było nie wziąć pod uwagę. Jego alpejska renoma osiągnęła swój zenit. Negatywna decyzja byłaby niezrozumiała dla opinii publicznej. W listopadzie 1921 r. Finch został ponownie przebadany przez komisję pod kierownictwem dr Larkinsa. Wszystkie jego „schorzenia” ustąpiły bez żadnej terapii i zarekomendowano go do składu.

Finch i Dreyer z całą mocą wznowili swoje badania nad użyciem tlenu, starając się wykazać palącą zasadność takiego rozwiązania. Podjęto szereg nowych badań. Do eksperymentów stanęły osoby ze składu proponowanej wyprawy. Dreyer, który zajmował się problemami lotnictwa twierdził wprost, że od wysokości 23000 stóp (ponad 7000 m) użycie tlenu powinno być obligatoryjne, by zachować sprawność fizyczną i jasność umysłu. Do jednego z testów stanęli Finch i inny nowicjusz, dr Howard Somervell – przyjaciel Mallory’ego (ten ostatni stał na czele „anty-tlenowej koalicji). Somervell (w 1924 r. uczestnik rekordowego ataku bez użycia tlenu wraz z Nortonem) zaczął swoje ćwiczenie z impetem. Polegało ono na szybkim wchodzeniu i schodzeniu z krzesła na symulowanej wysokości 7010m (230000 stóp) dokładnie odpowiadającej North Col, gdzie miał stanąć jeden z obozów. Somervell 5 razy wykonał ćwiczenie, wstępując na krzesło co 5 sekund z ciężarem 14 kg, po czym zasłabł i ocuciło go natychmiastowe podanie tlenu. Po chwili dopiero mógł kontynuować. Finch bez większych problemów wykonał test 20 razy, zachowując dobrą kondycję. Trzeba zaznaczyć, ze żaden z obu pretendentów do składu wyprawy oczywiście nigdy nie miał wcześniej okazji do aklimatyzacji na tej wysokości, pomijając uczestnictwo Fincha w eksperymentach z poprzedniego roku.

Wnioski były rujnujące dla „lobby anty-tlenowego” i nie mogło ono już zapobiec otwartej rekomendacji wyposażenia wyprawy w tlen. .Oxygen Subcommitee triumfował. Oczywiście nie oznaczało to poddania sprawy przez adwersarzy. W niedalekiej przyszłości będą oni chwytać się innych niekoniecznie polemicznych sposobów.

Teraz należało jedynie zbudować funkcjonalny aparat, co stanowiło pionierskie zadanie. Poprzednie rozwiązania (Kellas) nie nadawały się do praktycznego zastosowania. Dreyer zamówił serię stalowych cylindrów, które mogły zapewnić bezpieczną kompresję tlenu do 150 atmosfer. Miały one pojemność 2 litrów, wymiary 53 na 7,6 cm.

butla

Butla tlenowa z 1922

W oparciu o nie miał powstać aparat. Cylindry poddano rygorystycznym testom, miedzy innymi zrzucając je na beton z wysokości 9 metrów. Nie zanotowano żadnych problemów poza drobną utratą szczelności zaworów. Dla bezpieczeństwa obniżono praktyczne ciśnienie do 120 atmosfer, co pozwalało zmagazynować w każdym cylindrze 240 litry gazu. Pojedynczy cylinder ważył 2,6 kg, z czego 0,36 przypadało na tlen. Aparat wraz z metalowym stelażem i całym osprzętem (miedziane przewody, zawory szklane, maska) ważył niebagatelne 14,5 kg. Był to jednak ogromny postęp w stosunku do aparatury Kellasa (9-kilogramowa pojedyncza butla) i zdaniem Fincha wytrenowany wspinacz mógł poradzić sobie z takim ciężarem. To był jednak punkt zaczepienia krytyki lobby „anty-tlenowego”.

Ponieważ nie sposób było zanegować wyników eksperymentów w komorze niskich ciśnień, Mallory i inni dowodzili, że konieczność noszenia aparatu całkowicie skonsumuje ewentualny zysk z jego używania. Był to argument trudny do obalenia za pomocą wchodzenia na krzesło w warunkach eksperymentalnych, odwoływał się bowiem do prostej negatywnej intuicji, dyskomfortu i niepraktyczności. Mógł zostać obalony dopiero w warunkach realnych – na Evereście.

Koncepcja aparatu Fincha i Dreyera była rewolucyjna.

F3_medium

Schemat aparatu http://d13geadg2uyg93.cloudfront.net/content/jap/94/5/1702/F3.medium.gif

Odrzucili oni zadanie dostarczania wspinaczowi tlenu w stałej dawce, co było niezbędne w przypadku pilota. Praca w tzw. „otwartym przepływie” uzależniała miarę tlenu od wysokości – im wyżej, tym dawka była bogatsza. Umożliwiał to specyficznie skonstruowany regulator ciśnienia. Finch i Dreyer zaprojektowali dwa rodzaje masek. Jedna „standardowa” była wersją maski używanej w lotnictwie, druga tzw. ekonomizer stanowiła oryginalne rozwiązanie. Wyposażono ją w dwa zawory – wdechowy i wydechowy oraz rezerwuar tlenu w postaci perforowanej U-kształtnej rurki. Tlen jako cięższy od powietrza nie uciekał z maski i sukcesywnie mieszał się w niej z powietrzem. Rozwiązanie to, mające na celu ekonomiczne spożytkowanie tlenu, którego jakaś część w standardowej masce „uciekała”, nie sprawdziło się później w praktyce. Zawory były podatne na zamarzanie.

F4

Schemat maski
http://jap.physiology.org/content/94/5/1702

Finch przeforsował „awaryjne” rozwiązanie w postaci gumowego ustnika. Dzięki niemu użycie maski w ogóle nie było potrzebne, dostęp tlenu wspinacz regulował poprzez przygryzanie/rozluźnianie przygryzionego ustnika. Po krótkiej praktyce czynność ta stawała się intuicyjna. Było to genialne w swojej prostocie. Jak się później okazało sprawdziło się to w praktyce. Unikalną cecha aparatu była możliwość „przepompowywania” tlenu pomiędzy poszczególnymi butlami. Cel był prosty – zbalansowanie ciężaru. Pozbywano się butli nie pojedynczo, ale parami, po wyczerpaniu. Wspinacz nigdy nie szedł z aparatem wyposażonym w 1 butlę. To dość niezrozumiale w dzisiejszych czasach niemniej takie przyjęto założenie i tak postępowali Finch i Bruce podczas swojego ataku. Aparat miał „dwa wyjścia” umożliwiające jednoczesne korzystanie z niego przez dwóch wspinaczy, np. podczas snu albo w przypadku medycznej konieczności.

test_aparatu

https://adventure-journal.com/2013/07/historical-badass-alpinist-george-ingle-finch/

S0001284

Testowanie aparatu. http://images.rgs.org/webimages/0/0/0/1000/200/S0001284.jpg

Aparat z 1924 roku używany przez Mallory’ego i Irvine’a zachowywał wszystkie te właściwości, z tą różnicą, że w komplecie miał 3 cylindry po 535 litrów i ważył ok. 12 kg. Jego konstrukcja rzuca ciekawe światło na możliwe wydarzenia podczas ich ataku z 8 czerwca, co postaram się omówić w odrębnym suplemencie.

Przepływy rekomendowane przez Dreyera to 2 litry na minutę na wysokości 7000 metrów i 2,4 na wysokości wierzchołka Everestu. Ta ostatnia wartość była dość skromna na tle późniejszych rozwiązań (4 litry u Hillary’ego i Tenzinga, czy w najdroższych współczesnych komercyjnych wyprawach) niemniej wystarczająca dla dobrze zaaklimatyzowanego wspinacza. Dreyer polecał dawkę 1 litra na minutę podczas snu, co okazało się trafną kalkulacją. Przygotowano 10 zestawów dla całej wyprawy wraz z instrukcja obsługi. Ta obejmowała zalecenie, aby wszelkie gumowe elementy chronić przed mrozem, maski, jeśli nie używane, trzymać w namiocie, etc. Cylindry i osprzęt wymagały starannego transportu. Zalecano przede wszystkim taki sposób transportu, aby cylindry były odseparowane od siebie, tzn. metal nie tarł o metal, co mogło prowadzić do uszkodzeń (przetarcie). Były to doświadczenia sił powietrznych.

V. Improwizator na Evereście.

Pod koniec marca 1922 r. Finch znalazł się wraz z wyprawą w Indiach.

malory_finch2Uczestnicy wyprawy 1922

Jego pierwszym zadaniem było odebranie transportu aparatury tlenowej, który przypłynął najpierw do Kalkuty, a później został wyekspediowany do Darjeelingu. Tutaj przyszło rozczarowanie, które niemal zamieniło się w katastrofę. Transport był opóźniony, co spowodowało odseparowanie Fincha od reszty ekspedycji. Co gorsza sposób pakunku cylindrów zakrawał na jawny sabotaż. Przylegały one jeden do drugiego -metal tarł o metal (wbrew wyraźnym instrukcjom!), co spowodowało wiele uszkodzeń – część butli zagrożonych utratą szczelności trzeba było od razu odrzucić. To zadziwiająca sytuacja, zważywszy na fakt, że wyprawa stanowiła przedsięwzięcie, które kierowało się wojskowymi zasadami i każdy element wyposażenia traktowano z należytym pietyzmem.

Finch nie miał czasu zastanawiać się nad dziwną naturą tego przypadku i strawił całe trzy dni w towarzystwie Crawforda na właściwe zabezpieczenie i dalsze ekspediowanie aparatury tlenowej. Wkrótce dołączył do reszty wyprawy, która bez przeszkód dotarła w okolice klasztoru w Rongbuk, gdzie stanął obóz bazowy. Tutaj dopadła Fincha inna przypadłość- kłopoty gastryczne, które wyeliminowały go z dalszej akcji.

rongbuk19221

Cel wyprawy

Plan wyprawy zakładał dwa ataki. Pierwszy miał ruszyć zespół Mallory’ego i Somervella „by fair means”, tzn. bez tlenu. Rezerwowy atak miał przypaść w udziale Finchowi i Nortonowi z zastosowaniem tlenowego wspomagania. Choroba i słabowanie Fincha stały się wygodnym pretekstem dla Nortona, który wypowiedział partnerstwo nielubianemu „The other George” i wraz z Morsheadem dołączył do zespołu Mallory’ego.   W momencie gdy Finch dochodził do siebie, Mallory Somervell, Norton i Morshead szykowali się już w obozie III (dzisiejszy ABC) do wejścia na North Col.

Ergo – Finch został z wyraźną ulgą spisany przez towarzyszy na straty i pozostał w Base Camp wraz z pakami zawierającymi jego ukochaną aparaturę. Tak oto najmocniejszy brytyjski wspinacz lodowy tamtego czasu i jak wykazały badania człowiek wręcz „urodzony” do wspinaczki na wielkiej wysokości, pełnił rolę obozowego rezydenta. Myśli jego koncentrowały się wokół tego co dalej? Nie zamierzał odpuszczać, podobnie jak Rudolfowi von Eschwege nad bałkańskim niebem. Obozowe życie zbliżyło go do kapitana Geoffrey’a Bruce’a, kuzyna generała Charlesa Bruce’a, szefa wyprawy.

W ich kilku rozmowach wykluł się niesamowity plan.

FiB

Geoffrey Bruce i George Finch, Finch ma na sobie kurtkę puchową wykonaną wedle własnego pomysłu. https://en.wikipedia.org/wiki/Geoffrey_Bruce_(Indian_Army_officer)#/media/File:Geoffrey_Bruce_%26_George_Finch,_1922.jpg

Finch zaproponował, że przeszkoli kompletnego wspinaczkowego „greenhorna” w osobie Geoffrey’a i razem zrealizują plan ataku z tlenem na Everest. Do zespołu „szturmowego” został dokooptowany podwładny Bruce’a Ghurka Tejbir. Trio zajęło się natychmiast organizacją transportu aparatury do obozu III. W międzyczasie Finch zorganizował „krótki kurs alpinizmu”. Towarzyszy trzeba było przeszkolić w posługiwaniu się liną, rąbaniu stopni, innych technikach wspinaczkowych tamtego czasu. Pomiędzy zajęciami typowymi dla kursantów reperowali sprzęt, co było niezwykle trudnym zadaniem, bowiem w ABC temperatura nie podnosiła się nigdy powyżej zera i majstrowanie gołymi rękami przy żelazie groziło odmrożeniami palców. Finch wykonywał niezbędne naprawy robiąc przerwy co kilkanaście minut. Ostatecznie po dwóch dniach udało mu się skompletować 4 działające aparaty z 10 wysłanych. Ilość cylindrów z tlenem na szczęście była aż nadto wystarczająca wobec braku innych amatorów do korzystania z nich.

Przyszedł czas na pierwszą próbę aparatury.

Finch, Bruce i Tejbir i udali się na przełęcz Lhakpa La, niewiele niższa od North Col. Ich towarzyszom – Struttowi i Wakefieldowi – pogardliwy uśmiech wkrótce zastygł na ustach w geście niemego podziwu. 14,5 kilogramowe żelastwo wcale nie okazało się fanaberią naukowców, ale dawało realną przewagę. Trio idące z tlenem dosłownie uciekło im na podejściu. Gdy czekali ponad godzinę na Strutta i Wakefielda, Finch mógł odrobić lekcję z topografii okolic Everestu. Widok z przełęczy był wspaniałą dydaktyką. Okazało się, że to jego rywal Mallory miał rację proponując drogę przez North Col, a nie stricte wschodnią granią. Nie tylko miał rację, ale był górą. Jego zespół ruszał z North Col do kolejnego obozu, co mogli zaobserwować po powrocie do III-ki.

22 maja nadszedł czas kluczowej próby. Finch, Bruce i Tejbir weszli na North Col w 3 godziny (sic!). Odliczając postoje i czas konieczny na rąbanie stopni (te wykonane przez zespół Mallory’ego znalazły się pod świeżym śniegiem) wspinali się ledwie 2 godziny, czyli 2 razy krócej niż inni dotychczas. Tuż pod przełęczą napotkali zespół Mallory’ego w zejściu. Mallory, Norton i Somervell osiągnęli rekordową wysokość 8225 metrów za cenę ogromnego wyczerpania i mentalnej deterioracji. Finch zauważył, że żaden z nich, wliczając Morsheada, który pozostał w ostatnim obozie (V) nie potrafił się spójnie wypowiedzieć. Jedyne czego pragnęli, to picia. W obozie IV, w którym spędzili noc, zabrakło go. Trójka Fincha udzieliła im swoich zapasów. Finch i kompani zeszli do obozu III w 50 minut. W międzyczasie Finch zdołał jeszcze wykonać 36 zdjęć. Był to moment ostatecznego wykazania lobby anty-tlenowemu, że przewaga jest po stronie tych, którzy wspinają się używając „english air” (angielskiego powietrza), jak ochrzcili tlen Szerpowie, którzy też pozostawali pod ogromnym wrażeniem szybkości zespołu Fincha. Argument dotyczący niewygody noszenia żelaza na plecach poszedł w zapomnienie. Fincha zaczęto traktować poważnie. Jedyną zdolną do działania osobą z reszty składu wyprawy był John Noel, kamerzysta i fotograf. W mig zwietrzył dziejową szansę na bycie świadkiem czegoś niezwykłego i zaoferował swoje uczestnictwo w dotarciu do obozu IV na North Col oraz monitorowanie ataku z jego perspektywy.

24 maja Finch, Bruce, Tejbir i Noel ruszyli w towarzystwie 12 Szerpów niosących cylindry i inne zaopatrzenie obliczone na 36 godzin akcji. Osiągnięto North Col, gdzie wszyscy zabiwakowali. Następny dzień przywitał ich silnym wiatrem. Szerpowie wyruszyli z Przełęczy Północnej o godzinie 8.

Finch, Bruce i Tejbir świadomi swojej przewagi mimo prawie 15 kilogramowych „pakunków” zbierali się niespiesznie. Wystartowali o 9:30, aby po półtorej godzinie podejścia minąć Szerpów na wysokości 24500 stóp (7467m). W wikipedii ta wysokość jest mylnie zinterpretowana jako położenie obozu V.

Wedle wyliczeń Fincha szli w górę w zawrotnym tempie 1000 stóp (305 metrów) na godzinę (sic!). Szerpowie nagrodzili ich pośpiech gromką owacją. Plan Fincha polegał na założeniu obozu na wysokości 26000 stóp (7925m). Niemniej około godziny 13-tej wiatr przybrał bardziej na sile i zaczęło śnieżyć. Konieczne stało się natychmiastowe założenie obozu 500 stóp poniżej planowanej lokalizacji w zupełnie przypadkowym miejscu. Chodziło o to, aby nie narażać Szerpów niosących ładunki. Musieli mieć oni wystarczającą ilość czasu na powrót do obozu IV na przełęczy. Około 14-tej Szerpowie dotarli do Fincha, Bruce’a i Tejbira. W 20 minut zbudowano platformę z kamieni i rozstawiono namiot. Szerpowie zniknęli w chmurach, a ich zejście sygnalizowały wznoszone przez nich śpiewy. Trzech śmiałków pozostało w samotności na północnej ścianie Everestu.

Zaczęli od przygotowania ciepłego posiłku, który ku ich rozczarowaniu wcale nie okazał się ciepły. Do zagotowanej na tej wysokości (tzn. 7772 m) wody można było swobodnie włożyć palec bez groźby oparzenia. Znane teoretycznie zjawisko miało zupełnie inny wymiar, gdy było ćwiczone w praktyce po ciężkim dniu podejścia. Jedynym sposobem uzyskania ciepła było ukrycie się w śpiworach i maksymalne przytulenie się jeden do drugiego. Po zmierzchu wiatr stał się huraganem i rozpoczęła się walka o utrzymanie obozu, tzn. walka o życie. Mimo obciążenia ciałami 3 wspinaczy i sprzętem (z wyjątkiem aparatów tlenowych, które pozostały na zewnątrz) podmuchy raz po raz odrywały namiot od podłoża. Należało go solidniej przymocować – naciągnąć poluzowane odciągi. Jedyny, który był w stanie wyjść na zewnątrz okazał się Finch. Jako jedyny miał na sobie wiatroszczelną kurtkę puchową – jego własny wynalazek. Uszył ją z materiału używanego do produkcji powłok balonów i wypełnił gęsim puchem. Dla Bruce’a i Tejbira wyposażonych w standardowe dla wyprawy ubrania, złożone z warstw wełnianej odzieży, opuszczenie namiotu było niepodobieństwem. Finch wychodził kilka razy na 3-4 minuty i walczył z naciągnięciem mocowań namiotu. Wkrótce okazało się, że same odciągi nie wystarczają i około północy był zmuszony wyjść na dłużej, by przymocować namiot przy użyciu liny wspinaczkowej. W jego ocenie wiatr wiał wtedy z prędkością ok. 100 mil na godzinę (ponad 160 km /h). W ten sposób osiągnięto iluzję bezpieczeństwa. W wyobraźni Finch, Bruce i Tejbir widzieli się już na lodowcu Wchodni Rongbuk 2000 metrów poniżej…

Poranek nie przyniósł ulgi, ale walkę z odśnieżaniem namiotu. Próbowali zbudować kamienny mur, chroniący choć trochę od wichru. Okazało się to zgubne w skutkach. Jeden z kamieni, porwany podmuchem, przedziurawił namiot i odtąd tkwili w śpiworach systematycznie przysypywanych zmrożonym puchem. Zagotowali i zjedli posiłek wyczerpując ostatnie zapasy. Późnym popołudniem huragan nagle ustał. Wyszło słońce i powiewał tylko delikatny wiaterek. To była jedyna szansa na odwrót… Zamiast tego Finch zasugerował pozostanie w obozie i atak w dniu następnym (sic!).

O ile Tejbir z bezgraniczną ufnością przyjął decyzję „naczelnego sahiba”, o tyle Bruce walczył ze sobą. Niemniej honor regimentu, do którego przynależał, przeważył. Finch podobnie jak Bruce miał w armii rangę kapitana. Ich głos miał zatem tę samą wagę, tyle że dla Bruce’a była to pierwsza górska wspinaczka w życiu (sic!). Musiał zdać się na doświadczenie Fincha i realizm jego decyzji. Około 18-tej usłyszeli nawoływania. Do obozu dotarła grupa Szerpów wysłana przez zapobiegliwego Noela z zadaniem sprowadzenia ich bezpiecznie do obozu IV. Szerpowie nie wierzyli własnym uszom słysząc odmowę upartych Anglików. Na szczęście przynieśli termosy z ciepłą herbatą, które stały się jedynym zaopatrzeniem zespołu szturmowego na wieczór i dzień następny.

Tym razem w nocy zaatakował ich mróz.

Nawet puchówka Fincha okazała się niewystarczająca, a podziurawiony namiot nie dawał osłony przed chłodem. Morale drastycznie spadało, a miny zrzedły. Także na twarzy Tejbira pojawił się wyraz zwątpienia. Palenie cygar (sic!) nie przynosiło im ulgi, ani nie dostarczało namiastki ciepła. Trzeba było znów zdać się na niekonwencjonalny pomysł.

Finch wciągnął jeden z aparatów tlenowych do namiotu, ustawił minimalny przepływ 1 litra na minutę i zaproponował posilenie się zbawczym gazem. Każdy po kolei wziął ustnik i zaczerpnął kilka oddechów. Efekt był natychmiastowy i zdumiewający. Sine oblicza znów odzyskiwały swój kolor, do nóg zaczęło znów docierać ciepło, a marazm był wypierany przez animusz. To było odkrycie godne Archimedesa i jego siły wyporu! Tlen mógł zatem służyć nie tylko do efektywniejszego podejścia, ale do zachowania kondycji podczas snu i odpoczynku. Finch natychmiast zaaranżował stosowną możliwość i wkrótce cała trójka siedziała w śpiworach, a każdy oddychał przez ustnik życiodajnym „angielskim powietrzem”. Tej nocy spali bez problemu. Finch obudził się i zauważył zaskakujące wydarzenie. Bruce’owi wypadł podczas snu ustnik, a ten nie budząc się wsunął go sobie do ust z powrotem. Wstali przed świtem około godziny 5. Okazało się też, że Finch po raz kolejny był górą nad towarzyszami. Swoje buty umieścił w śpiworze i na ich założenie strawił jedynie 15 minut. Bruce i Tejbir rozmrażali swoje obuwie świeczką prawie godzinę. O 6 byli już poza namiotem, a o 6.30 po załadowaniu na siebie ekwipunku i odzyskaniu liny mocującej namiot ruszyli.

Finch i Bruce nieśli dobre 18 kg (aparat tlenowy, termosy, aparaty fotograficzne). Tejbir dźwigał ładunek ok. 25 kg – dwie dodatkowe butle z tlenem. Miał on towarzyszyć Anglikom tak wysoko jak tylko da radę, a następnie zejść do obozu. Po 150 metrach dzielny Ghurka upadł na twarz i roztrzaskał przy tym część instrumentarium aparatu tlenowego. Bruce próbował go zmobilizować wojskowymi komendami, ale był to kres możliwości żołnierza. Po zreperowaniu aparatu Tejbira, pozostawieniu mu 2 butli i podjęciu zapasowych, został on odesłany do obozu, który cały czas pozostawał w zasięgu ich wzroku. Finch i Bruce kontynuowali podejście nie związani liną, co wydatnie wpływało na zwiększenie tempa. Poruszali się granią i znów zaczęli walczyć z podmuchami wiatru. 50 metrów powyżej miejsca zasłabnięcia Tejbira Finch zdecydował się opuścić grań i wejść w otwarta ścianę, trawersując w kierunku wierzchołka Everestu.

Miało to uwolnić ich od mroźnych podmuchów, szczególnie dotkliwych na ostrzu grani. Wyprowadzało jednak w trudniejszy teren z nachodzącymi na siebie skalnymi „dachówkami”. Były one w mniej stromych miejscach przysypane białym puchem. Wspinanie wymagało teraz bardzo dużej uwagi, Finch musiał kontrolować każdy krok Bruce’a. Dla zachowania tempa nadal nie związali się i wznosili wedle Fincha 900 stóp na godzinę, mniej więcej do wysokości 8100 metrów. Następnie zaczęli mocniej trawersować w kierunku wielkiego kuluaru (nazwanego później Żlebem Nortona – od wydarzeń w 1924 roku) i godzinny przyrost wysokości stał się mniejszy. Altimetr wskazał 27000 stóp (8230 metrów). Znaleźli się już tak samo wysoko, jak Mallory, Norton i Somervell, ale znacznie bliżej wierzchołka Everestu w linii prostej. Zrzucili po dwie puste butle, które odbijały się od skał i wydawały dźwięki niczym dzwony kościelne. Finch pomyślał wtedy o solidności angielskiej stali. Było to uczucie satysfakcji z Imperium, podobne temu jakiego kiedyś doświadczał Cecil Rhodes mówiąc: „Remember that you are an Englishman, and have consequently won first prize in the lottery of life.”

Wkrótce jednak znów porzucili trawers i zaczęli wznosić się ku ostrzu wschodniej grani kulminującej tutaj na wysokości ponad 8400 metrów z zamiarem jej osiągnięcia i zobaczenia co jest po „far side” (czyli stronie Kangshung). Było to całkowicie w ich zasięgu. Wtedy Finch usłyszał rozpaczliwe wołanie Bruce’a: ”Nie mam powietrza!” Resztką sił Bruce zdołał utrzymać się na nogach i zrobić kilka kroków w kierunku partnera. Finch uchwycił go w ostatniej chwili i posadził na zaśnieżonej półce. Błyskawicznie podłączył Bruce’a do swojego aparatu i zaczął reparację. Pękł jak się okazało jeden ze szklanych zaworów, szczęściem Finch miał zapasowy. Wymiana (konieczność zdjęcia rękawic) była ciężkim zadaniem, niemniej dokonał tego. W międzyczasie Bruce oprzytomniał oddychając tlenem z aparatu Fincha. Altimetr wskazywał 27300 stóp (ponad 8320m). Przebywali na małym V-kształtnym poletku śnieżnym, a nad nimi i wokoło rozciągał się pas żółtych skał (Yellow Band). Grań była tuż tuż… ( Johen Hemmleb zdefiniował ich najwyższy punkt na 8380 m, kilkadziesiąt metrów od ostrza grani w tym miejscu). W odwrotnym kierunku widoczne było Cho Oyu. Znajdowali się znacznie powyżej jego wierzchołka. Tylko 5 gigantów w Himalajach i Karakorum było wyższych niż miejsce w którym stali!

Rekord wysokości należał do nich.

0_b7100_2122542a_orig

Rekordy wyprawy G.M i G.F http://img-fotki.yandex.ru/get/9558/27749932.147/0_b7100_2122542a_orig

Od wierzchołka Everestu dzieliło ich tylko ok. 800 metrów w linii prostej. Byli w stanie odróżnić poszczególne kamyki, które wysypały się z widocznego przedwierzchołka Everestu na pole śnieżne w finalnej piramidzie. Bruce nalegał na kontynuację, ale Finch był racjonalnym człowiekiem. Zdawał sobie sprawę z tego, że nie jedli nic od prawie półtorej dnia i że nie ma kolejnego zaworu w zapasie. Następne 500 stóp (150) mogło się okazać drogą bez powrotu, a co dopiero brakująca deniwelacja. Nad wierzchołkiem Everestu zebrały się chmury i szczelnie go okryły. Było południe. Finch zaordynował odwrót w mocnym przeświadczeniu, że jeszcze raz tutaj powróci, popełni mniej błędów i będzie miał więcej szczęścia do pogody. Podczas wspinaczki jego umysł precyzyjnie zanotował wygodne miejsca na kolejny obóz położony znacznie wyżej niż ten, z którego wyszli. Tym razem związali się liną. Nie chcieli ryzykować sytuacji, że jak któryś z nich zasłabnie skutkiem kolejnej awarii, to spadnie aż na Lodowiec Rongbuk. Nie wracali po własnych śladach, ale bezpośrednio trawersem, który wyprowadził ich na północną grań sporo powyżej miejsca, w którym ją opuścili. Tutaj (ok. 14-tej) porzucili ostatnie 4 puste cylindry, ustawiając je w kształt drogowskazu dla przyszłych wypraw i w pół godziny zeszli do obozu.

Tejbir spał snem sprawiedliwego. Został bezceremonialnie wyrwany ze snu radosnymi okrzykami. Z dołu nadciągali akurat Szerpowie i Tejbir miał za zadanie wraz z nimi zwinąć obóz. Finch i Bruce rozpoczęli zejście do obozu IV na Przełęcz Północną. Mimo kryzysu wywołanego wygłodzeniem osiągnęli go ok. 16-tej. John Noel powitał ich ciepłymi porcjami spaghetti i herbatą, których konsumpcja od razu miała zbawienny wpływ na siły. Zapadła decyzja zejścia do III obozu jeszcze tego samego dnia. Wystarczyło 40 minut (sic!), aby Finch i Bruce w towarzystwie Noela obniżyli się o kolejne 610 metrów. Ergo, w ciągu niecałych 6 godzin Finch i Bruce zeszli prawie 2000 metrów, co stanowiło przykład ich niebywałej wydolności, która miała swoje kryzysy głównie z powodu braku jedzenia. Pierwszą rzeczą jaką zrobił Finch w III obozie było skonsumowanie 4 porcji foie de gras, popartych 9 kiełbaskami. Do tego wypił 9 kubków herbaty i jak wspominał „nie miał wcale dość”. Nie zaniedbał następnie zabrać ze sobą całej puszki cukierków toffee, którą położył sobie obok łokcia w śpiworze tak, aby rozkosz płynąca z ciepła i procesu zasypiania po trudach ostatnich 3 dni była jeszcze słodsza.

finch3

Finch i Bruce na Przełęczy Północnej w czasie powrotu ze swojego ataku.
http://old.aacz.ch/galerie/articles/george-finch/finch3.jpg

CZĘŚĆ I