5 Gry Drytoolowe okiem zwycięzcy.


Wspinacze, 40 wieków patrzy na Was!

Kilka dni przed zawodami zadzwonił do mnie Nadredaktor z pytaniem o której ma być u mnie. Prognozy przewidywały nocny opad śniegu (a w dzień deszczu), więc wyliczyłem, że dojazd zajmie 3 godziny. Ponieważ mieliśmy się stawić o 9 w Kielcach, to 9 – 3 = 6. Bezlitosne równanie bardziej uderzyło w Wojtka, który wyruszał z Poznania.
Śniegu nie było, drogi czyste, kierowca dawał szybko i pewnie, więc pojawiliśmy się na miejscu dobrą godzinkę przed terminem. Ledwie Szsznurkowi starczyło czasu na owinięcie swoich nowych X Monsterów Emosem. Trochę byłem zdziwiony tym zakupem, przecież niedawno pozbył się identycznych dziabek, ale po chwili zrozumiałem – kwadratowa złotówka.
Niepodziewaną rezerwę czasową pożytecznie spożytkowaliśmy na kawie i siusiu w pobliskim BiPii. Po powrocie na parking spotkaliśmy zjeżdżających się już znajomych. Zaczęły się żarciki i kpinki, a gdy Kuźnia otworzyła bagażnik, przez dłuższą chwilę nie mogła opędzić się od chętnych na swoje ostrości.

Ja też pozbyłem się tego i owego, wziąłem część bambetli i potuptałem na dół.
Jeziorko Szmaragdowe, z którego wyrasta ściana Kadzielni położone jest w niecce starego wyrobiska, jakieś 10 metrów poniżej parkingu. Mam takie swoje prywatne wyzwanie – nigdy nie zakładam raków na to zejście. Koncentracja na stromej i zalodzonej ścieżce zmusza mnie do ostatecznego rozbudzenia się. Do tej pory zglebiłem tam tylko raz :-)

Rock&Ice Arena
Ogólny widok na miejsce naszych zmagań z własną słabizną. Rzymianie mogli je obserwować z galerii otaczającej krasowe urwisko. Lwów co prawda nie było, ale za to od czasu do czasu rozlegały się potworne ryki przez szczekaczkę, a jeszcze potworniejsze dobiegały zza płota, gdzie kilka tysięcy osób gapiło się na 22 facetów biegających po arenie za workiem pełnym wiatru.

Topo wzwodów z punktacją, które dostaliśmy od doktora przy zapisach, wraz z oficjalną koszulką. Na odprawie okazało się, że w eliminacjach liczy się wynik będący sumą z punktacji pięciu dróg poprowadzonych w pierwszym podejściu oraz konieczne jest zrobienie loda. Rano trawki są bardziej zmrożone po nocy, więc przyjemność zostawiłem na koniec i przejrzałem listę. Za pomocą prostej arytmetyki ustaliłem, że by zgromadzić max punktów (i mieć gwarancję udziału w finale), należy przejść: Finały Męski i Damski z 2011, Siódemkę, Taktykę i Banana, co daje 355 punktów. Z tych dróg prowadziłem wcześniej tylko Powiało Siódemką, a Taktyka i Banan były mi w ogóle nieznane.

Wspinanie na Kadzielni jest… specyficzne. Nie jest trudno, ale plejsmenty są delikatne, często kruche i wypełnione ziemią, a stopnie przeważnie słabe. Trzeba być czujnym, spodziewać się najgorszego i pewnie stać na nogach. Jak jeszcze trawy są rozmrożone (tak jak były) to wspinanie tam przypomina trochę spacer po polu minowym – jeden nieuważny ruch i buch! Lecisz.

Kielecka odprawa wspinaczy polskich – w centrum Daria Krynicka, tegoroczna Królowa Złotej Igły

Wybiła nasza półgodzina i doktor Paweł Olendzki wydał rozkaz: Z wozów i naprzód, zająć to wzgórze!

Na rozgrzewkę naparłem na znaną mi Powiało Siódemką. Wspinało mi się fatalnie, czułem się jak krowa na lodzie. W pewnym momencie zaczęło mnie nawet zgrzewać (w pionie!) i ogarnął mnie pusty śmiech. Przecież tu jest, kurwa, łatwo! 
Mój partner, Wojtek Paprocki, wbija się w Powiało Siódemką

Na starcie do obu „Finałów…” na Prawym Świeczniku, towarzyszyło mi dla odmiany poczucie całkowitej beznadziei: osypujące się polewki, tarciowe zahaczenia i tarciowe stopnie. „Pamiętaj, żadnych sztuczek technicznych, skrętów, wysokich wyjść, dalekich sięgnięć. Powoli i delikatnie, małymi kroczkami, w wąskiej pozycji frontalnej do góry” powtarzałem sobie. W miarę jak drogi się pionowały robiło się łatwiej – trudno się zwalić, jak ostrze wsadzasz po głowicę.

Stojąc w kolejce do następnej drogi przez chwilę obserwowałem Agatę, jak łyżwuje Nieznośną Wątłość Rysek: 

Na Taktyce byłem już rozgrzany i w ciągu, a Banan wydał mi się zupełnie łatwy, nie więcej niż VI. Trochę tylko zniesmaczyła mnie warstwa gliny i błota ma moich supergorkach ze świeżo wydartymi fartuchami przeciwśnieżnymi ;-) Klimas trzyma Lecha na końcówce Banana

Kielecki lodzik to miła formalność, więc po rozmowie z Namaściakami (jednymi ze sponsorów imprezy), uraczeniu się pyszną grochówką">i zrezygnowaniu z kiełby (najlepsza jest surowa w środku, przypalona na zewnątrz i obtoczona w popiele z ogniska)">mogłem już zasiąść wygodnie w usłużnie podsuniętym foteliku. Miał on nawet kółeczka, żeby można mnie było szybko przetransportować pod kroplówkę, gdyby zabrakło mi megacapsów. (fot. Andrzej Szewczyk) Kajman jest najwyraźniej rozbawiony entuzjastycznym pomysłem Szsznurka by przelecieć się połową lodospadu. „Będzie bolało” mówi moja mina. I bolało, całą drogę do Łodzi narzekał na dupy. Obie.

W końcu Paweł ogłasza wyniki. Finalistów jest ośmiu, ale tylko ja zdobyłem komplet punktów. Jestem zdumiony. Kajmana tłumaczą braki w aptece – wiem bo brał ode mnie towar na finał. Ale młodzi? Rozumiem kilku, ale wszystkim powinęła się dziaba? Za karę wystartuję jako ostatni.

Zamknęli nas wszystkich w ciemnym namiocie. Jesuisdesole się pierwszy wyzwolił i już po drobnej półgodzince wpinał się w łańcuch finałowej drogi. Ochrzcił ją sympatycznie: „Stary człowiek i może”. Nim Papież poprowadził finał jako drugi, co dało mu drugie miejsce (tak jak w tegorocznym XI MBO) zdążyłem stracić cały zapał do wspinania. Sytuację nieco ratowali koledzy

zaglądający do nasz pytaniem czy się dobrze bawimy (bo że oni świetnie, to świetnie było widać), lub też dopytujący się o jakieś wskazówki do oesów ;-)

Wyszedłem z nory po dwóch godzinach, cały w dygocie, może trochę dlatego, że rozebrałem się do kalesonów, żeby było widać nazwę mojego sponsora. Jakoś udało mi się związać pod czujnym okiem Klenia i ruszyłem do góry. Płytę doprowadzającą pod spiętrzenie znałem z wędki sprzed kilku lat, a ostatnio robiłem ją w środę. Nietrudna. Mimo to ledwo dotarłem do dobrego resta – półka na nogi i dziury takie, że można się wytrzepać do zera. Stąd szedłem rysą, ale teraz kazali napierać wprost do góry, przez lekki przewis. Z dołu widać płaskie zahaczenie i wyżej zaciątko uciekające w lewo – tam musi być jakaś cywilizacja! Deliberowałem dłuższą chwilę, ale gdy nogi zaczęły mi się ślizgać, zrozumiałem, że nic tu nie wystoję. Bardziej nie odpocznę (zwłaszcza, że wcale nie byłem zmęczony tylko rozdygotany), a jeszcze dojdzie do jakiegoś fakapu i spadnę z resta. Jak umierać to w boju, jak kochać to maturzystki. Ruszyłem. Płaski jest oki, prawą krzyż do zaciątka, coś tam trzymie, chujwi jak, wpinka lewą z odwisu, lewa noga do wypatrzonej dziurki i zgiąłem prawy lewar. Podłubałem trochę niemrawo lewą dziabą, ale mgła z oczu powoli zaczęła mi schodzić w ogniu walki i znalazłem niezłą dziurę. Spoko. Zmiana nogi, trochę na ślepo bo brzuszek zasłonił już dziurkę i lewa kolanem nad przewieszkę. To nie grzech klękać w obliczu Tablic Mojżeszowych, n’est-ce pas? Teraz prawa noga w żabkę do zacięcia i… wdałem się w dyskusję z sędziami. Po prawej ogranicznik się skończył i niby mógłbym tam zadziabać w jakieś kępki, ale wcześniej Paweł mówił „nogi tak, dziaby nie”. No dobra, teraz też to mówi, uparciuch jeden. Trudno. Znalazłem jakiś gówniany plejsment na lewą pod łańcuchem, więc przestałem się trzymać obiema rękoma przy jajach i niby mógłbym się już wpiąć, kończąc drogę (i wygrywając zawody). Ale jak mi dziaba wyskoczy przy wyciągniętej nad głowę do wpinki linie, to piżgnę jak Szpeju – przez trzy czwarte ściany, i jeszcze mi protezy wypadną, czym niepokoi się pewien niezwykle szarmancki dżentelmen z Krakowa. Po tych głęboko pozytywnych przemyśleniach poprawiłem delikatnie lewą wyżej, w lepsze miejsce, równie delikatnie się wyprostowałem i zadziabałem już w płaskim obie dziaby. I mnie dopadło – gwałtownie zeszła ze mnie para… Dopiero po dłuższej chwili się uspokoiłem i udało mi się wpiąć, a Przemo opuścił mnie na glebę.


(fot. Wojtek Paprocki) Zwycięska trójca: Hesus, makar i Papież. Nie, to nie tiara, to Igła.

W zamykającej zawody imprezie integracyjnej nie udało mi się wziąć udziału, bo Szpeju cisnął do narzeczonej. Popędzał mnie i Sznurka tak, że nie zdążyłem nawet pogratulować Darii zwycięstwa, ani podziękować kielczanom za ogrom pracy włożony w zawody. Źle wyszło, także i dlatego, że dla mnie socjal towarzyski to połowa przyjemności z zabawy we wspinanie. A zabawa ponoć była ognista i ugasił ją dopiero kilkugodzinny opad deszczu, który uratował Hermana i jego gumofilce :-)

W domu Jędrek zaanektował Igłę, a ja wpadłem na pomysł zdjęcia: Cena zwycięstwa…

PS. Na zawodach towarzyskich strefa nie ma sensu, to ma przecież być zabawa, także dla finalistów. Na drajtulowych tym bardziej, tu sprawa jest prosta – albo przytrzymujesz, albo spadasz, nic się nie da wykombinować. No, ewentualnie Szpeju, on może jeszcze przybaniować. Ale Charles de Small jest jeden, jego Dynamiczne Tango z Dziabą w Zębach zwilża wszystko w okolicy. Ech, żebym ja tak potrafił…

Linki:
Szczegółowe wyniki zawodów
Galeria Andrzeja Szewczyka
Troszkę więcej moich pstryków z zawodów

Lokalizacja: Kielce, Polska

makar

You might also like More from author