Aconcagua: opłaty za akcje ratunkowe? – Leszek Cichy opowiada jak zaginął tam Jacek Krawczyński

Zaginięcie Polaka w czasie zejścia ze szczytu Aconcagua (27 stycznia 2013 r.) sprawiło, że doszło do akcji ratunkowej, a następnie poszukiwawczej. Prowadzone były one na wielką skalę, z użyciem śmigłowca. Nie przyniosły one jeszcze żadnego skutku, ale towarzyszy im znamienna dyskusja. O koszty akcji i o przyczyny wypadku.

Władze prowincji Mendoza, w której znajduje się Aconcagua, rozważają obecnie  – jak informuje serwis tierralatina.pl – wprowadzenie opłat za akcje ratunkowe. Bo choć cena za permit do Prowincjalnego Parku Aconcagua (bez innych opłat) wynosi nawet ok. 1200 dolarów, to jak stwierdzają urzędnicy, akcji ratunkowych jest coraz więcej i są coraz kosztowniejsze. Przekraczają nawet 40 tys. dolarów. A jak wyjaśnia Marcos Zandomeni, szef prowincjalnego Departamentu środowiska i zrównoważonego rozwoju, któremu podlega Park Aconcagua „z pieniędzy pozostawianych przez turystów w kasie Parku finansuje się też m.in. pensje jego strażników i lekarzy, którzy wraz z policją górską pełnią dyżury w obozowiskach na zboczach Aconcagui, zapewnia łączność, opłaca wywóz śmieci (także śmigłowcem), etc.”. Uważa że „gdyby turyści zaczęli płacić z własnej kieszeni za koszty ewentualnych akcji ratunkowych, to na pewno byliby bardziej ostrożni i w efekcie liczba interwencji ratowników znacząco by spadła„.

Ten pomysł – jak przekazuje serwis tierralatina.pl  – nie podoba się znacznej części przewodników górskich, oraz większości lokalnych firm turystycznych oferujących wejście na Aconcaguę, gdyż jak powiedział temu serwisowi Alejandro Randis, instruktor przewodników i ratowników górskich z Mendozy, postawienie zbyt wysokiej finansowej bariery sprawi że „turyści zaczną się bardziej interesować innymi szczytami, nie tylko w Argentynie, ale też w Chile, Peru, Boliwii i Ekwadorze. Zwłaszcza, że już od pewnego czasu liczba osób decydujących się na zdobywanie szczytu Aconcagui stopniowo maleje„. Uważa, że w pierwszym rzędzie należałoby przestrzegać istniejące przepisy i np. nie dopuszczać do tego, „aby na szczyt próbowały wchodzić nieprzygotowane i źle wyposażone zorganizowane grupy, pozostające pod opieką ludzi którzy nie mają żadnych uprawnień przewodnickich„.

Jak informuje wspomniany serwis: „W rozpoczętych w ostatnich dniach konsultacjach między Prowincją, Parkiem a przedstawicielami lokalnych firm turystycznych, te ostatnie jako negatywny przykład zjawiska, które władze powinny wyeliminować, wskazywały m.in. niedawną, tragicznie zakończoną, polską ekspedycję w trakcie której zaginął jeden z uczestników. – Nie rozumiem jak można było doprowadzić do sytuacji w której ponad 20 osób próbuje wejść na szczyt pod opieką tylko jednego przewodnika. Przecież nie jest on w stanie ich wszystkich kontrolować. Coś takiego kończy się właśnie tak, jak się skończyło – ktoś się odłącza od grupy i ginie.- argumentował Horacio Cunietti, wiceprzewodniczący Argentyńskiego Stowarzyszenia Zawodowych Przewodników Górskich„.

Leszek Cichy w rozmowie z Tomkiem Surdelem wyjaśnia

Leszek Cichy, który prowadził tę wyprawę w wywiadzie udzielonym Tomkowi Surdelowi, i opublikowanym 12 lutego 2013 r., tak wyjaśnia sytuację:

Przede wszystkim nie chciałbym, aby Jacka przedstawiać jako mojego klienta […] Ja nie organizuję wypraw w celach zarobkowych. Napracowałem się sporo w bankowości, więc mam z czego żyć. Dla mnie te wyjazdy to po prostu sposób na pozostawanie w formie i spędzanie czasu z ciekawymi ludźmi. Bo nie jeżdżę z osobami przypadkowymi – wszystko to są znajomi, bądź znajomi znajomych. Nie mam strony internetowej, ani biura które te organizowane przeze mnie wyjazdy reklamuje, nikogo do nich nie namawiam. Ludzie sami się do mnie zgłaszają i jeżdżą ze mną po wiele razy. Np. w przypadku Jacka była to już nasza czwarta wspólna podróż. I jak zawsze było jasne, że nikogo na szczyt nie będę wciągał, że jak zawsze spróbujemy wejść, ja będę się starał wszystkim pomóc, ale gwarancji sukcesu nie ma żadnego. Jacek o tym doskonale wiedział, bo trzy lata temu już raz, bez powodzenia, próbowaliśmy wspólnie zdobyć Aconcaguę. Jacek dotarł wówczas do 6300 m n.p.m.

Teraz, gdy byli już na Plaza Berlin (5830 m n.p.m.),  jak  mówi dalej Cichy:  „Jacek z dwoma kolegami, Leszkiem i Sebastianem, zapytali się mnie czy nie mogliby pójść sami postawić namioty już na Plaza Colera (ok. 6000 m n.p.m.). Zgodziłem się, bo byli w dobrej formie fizycznej, droga trudna przecież nie jest, a Jacek w dodatku już ją znał.

Zapytali się, czy przy dobrej pogodzie mogą spróbować wejść [na szczyt]. Na co im odpowiedziałem, że nie, bo prognoza pogody nie jest najlepsza, więc po co marnować siły na coś, co najprawdopodobniej się nie uda […] nie posłuchali. Ale – szczerze mówiąc – ja ich rozumiem. Obudzili się o świcie, zobaczyli czyste niebo i dużą grupę ludzi szykującą się do drogi na szczyt. Postanowili więc spróbować, a nuż się uda? W górach przecież trzeba wykorzystywać tego typu okazje.

W sumie z Colery, tuż po 6 rano, wyszło tego dnia ok. 15 osób. Wśród nich m.in. Czesi i Węgrzy. […] Cała ta grupa mocno się rozciągnęła, różnice w tempie wchodzenia były dość spore. Wśród Polaków najszybszy był Leszek, on stanął na szczycie już o 10:25. Gdy schodził to oczywiście minął się z podchodzącym Jackiem ostrzegając go, że ten ma do szczytu jeszcze bardzo dużo – ze 3-4 godziny. Mimo to Jacek, który szedł wówczas z jakimś Czechem, stwierdził że będzie szedł dalej. I nie zawrócił nawet wtedy, gdy – dużo później – ze szczytu schodził Sebastian. Sebastian był na samej górze o 12:45 i spotkał podchodzącego Jacka mniej więcej w połowie Canalety, a pogoda już  wtedy wyraźnie się psuła. Idący z Jackiem Czech też go w końcu wyprzedził i dotarł na szczyt o 13:58. Zrobił sobie zdjęcie i gdy już się pakował, szykując do zejścia, Jacek też tam dotarł – było już wtedy po 14. Czech nie poczekał na Jacka, bo ten chciał jeszcze robić pamiątkowe zdjęcia, a pogoda była coraz gorsza. Ale mówił, że widział Jacka po raz ostatni gdy też już schodził i był w połowie podszczytowej ścieżki. Niestety zaraz potem cała partia szczytowa Aconcagui pogrążyła się w chmurze opadowej i śnieg szybko zaczął zasypywać ślady”. […]

„Alarm wszczęto już tego samego dnia wieczorem, ale po ciemku przy złej pogodzie to ratownicy mogą jedynie przejść się wokół obozowisk. Intensywne poszukiwania zaczęły się następnego dnia i rzeczywiście widać było, że szukają. Od razu włączono do akcji śmigłowiec”

Jak relacjonuje Leszek Cichy, on z resztą grupy: „Kontynuowaliśmy działania mniej więcej zgodnie z przyjętym planem. I jeszcze kilka osób z grupy weszło na szczyt, oczywiście wypatrując jakichkolwiek śladów po Jacku. Ja sam wykorzystałem dzień tych działań podszczytowych aby osobiście dokładnie przejrzeć okolice, w których on zaginął„.

W odpowiedzi na zapytanie Tomka Surdela o to, że „zdaniem niektórych przewodników z Mendozy skandalem jest to, że na Aconcaguę próbowałeś wejść z aż 20 osobami. Zaginięcie Jacka używane jest teraz jako argument za zaostrzeniem kontroli tego kto, jak i z kim wchodzi na szczyt„, Leszek Cichy odpowiedział: „Zupełnie mnie takie krytyki nie dziwią, zresztą słyszę je od dawna. Przewodnicy z Mendozy najchętniej zupełnie zabroniliby wchodzenia z przewodnikami-cudzoziemcami. Każdy pretekst jest dobry aby wyeliminować konkurencję. Dla nich to walka o chleb. A jeśli chodzi o mnie, to nie uważam że zabieranie takiej grupy było lekkomyślnością. Ja wiem z kim idę i kogo na co stać. Nikt z nich nie był w górach po raz pierwszy. A niektórzy doświadczenie mieli naprawdę bardzo duże – w grupie było chociażby dwóch GOPRowców.  […]

Wielokrotnie to już wszystko analizowałem i zastanawiałem się, czy coś można było zrobić inaczej. Jednak niczego takiego nie widzę: nie zostały przecież złamane żadne reguły, nikogo nie zostawiłem, ostrzegałem o złej pogodzie. No mogłem im ewentualnie zabronić wychodzenia z namiotami do Colery. Tylko dlaczego miałbym to zrobić? Że nie, bo nie? Przecież samo to wyjście było pozbawione ryzyka. I nawet nie mam im za złe, że spróbowali iść na szczyt mimo mojego sprzeciwu„.

źrodło: tierralatina.pl; (PR)

You might also like More from author