Climb Now Work Later, czyli wizyta w siedzibie DMM

Jak powszechnie wiadomo, motto firmy DMM brzmi Climb Now, Work Later. Chcąc się przekonać, czy rzeczywiście Walijczycy znani z produkcji światowej klasy szpeju poświęcają się wspinaniu bardziej niż pracy, wybraliśmy się do ich rodzinnego Llanberies. A było nas sześcioro – ze strony polskiego teamu DMM 4 wspinaczy sportowych (Agata Wiśniewska, Maciek Bukowski, Michał Kwiatkowski, Szymon Łodziński) oraz 2 przedstawicieli Campera (Marek Janeczek, Krzysztof „Himen” Smulski), polskiego dystrybutora DMM.

camper

4-dniowy trip nie był może zbyt długi, za to obfitował w całe mnóstwo intensywnych wrażeń.

140

Nasza opowieść zaczyna się na lotnisku w Liverpoolu. Szybka wymiana uprzejmości i już jesteśmy w busie jadącym do Walii. Ruch lewostronny oraz „specyficzne” walijskie nazwy nie ułatwiają orientacji – na szczęście naszym przewodnikiem jest Chris, zarazem mieszkaniec Llanberies jak i Brand Manager DMM. Ze względu na opóźnienie nie udaje nam się, niestety, nawet dotknąć skał. Zamiast tego wyskakujemy na „soczek” do kultowego wśród wspinaczy baru „The Heights” – bardzo klimatyczne i przyjemne miejsce. Integracja trwa w najlepsze, także z lokalnymi wspinaczami, do godzin zbyt późnych, by następnego dnia móc wydajnie popracować na linii produkcyjnej DMM :), dlatego też dzień pierwszy to…

Climb Now…

Na szczęście niedziela wita nas pogodą wyjątkowo nie-walijską. Sądząc po reakcjach „lokalsów” słońce, temperatura ok. 25⁰C oraz praktycznie bezchmurne niebo nie zdarza się tu zbyt często, a już na pewno nie w drugiej połowie września. Warun dobry, więc trzeba łoić! Ekipa DMM zabiera nas na pobliskie Llanberies Pass (po walijsku Bwlch Llanberis). Naszym przewodnikiem jest sam Stu McAleese, jeden z najlepszych zimowych wspinaczy angielskich, do tego instruktor BMC. Już po krótkim spacerze oraz przeskoczeniu kilku płotów wita nas… no właśnie, co to jest? Słynny ichniejszy slate, to nic innego jak nasz łupek, a teren udostępniony wspinaczom, to dawny kamieniołom, nieczynny od ponad 60 lat. Wygląda to trochę, jak połączenie świata z Władcy Pierścieni z elementami z Baśni Braci Grimm.

25

Zieleń drzew oraz błękit wody zderzone z surowością kamienia dają kosmiczny efekt. Jak wspólnie ustaliliśmy, momentami przypomina to wszystko tolkienowski Mordor. Natomiast wspinanie tam jest… interesujące. Dużo slabów, skała pocięta, jak podrzędna polska ulica a do tego krawądki, które nie zawsze są tak dobre, jak się wydają. Nasz team jednak dzielnie i zdecydowanie napiera. Na rozgrzewkę okoliczne szóstki. Sportowcy, nieprzyzwyczajeni do wspinania bez boltów, wykazywali znacznie mniejszą chęć do walijskiego creme de la creme – wspinania tradowego. Usilnie zachęcani przez pracowników DMM, Agata oraz Kwiato zdecydowali się na przystawkę i całkiem gładko poradzili sobie z osadzaniem Dragonów czy Wallnutów. 29Agacie nawet udało się osadzić Dragona nr 6, co poczytała za jeden ze swoich życiowych sukcesów :). Na uznanie na pewno zasługuje przejście przez całą czwórkę drogi Jack of Shadows (E4/6c+)wyjątkowo ładnej, ale i wyjątkowo nieoczywistej. Klucząca linia przejścia nie sprawiła jednak większego problemu – Szymon zrobił drogę OSem a reszta zawodników szlachetnym stylem flash.

Szybkie przenosiny do innego sektora i ta sama sytuacja – slaby, rysy, łupek i bardzo „psychiczne” obicie. Szymon wraz z Agatą przystawili się od razu do 7a. Wszystko było super dopóki nie okazało się, że pierwsza wpinka znajduje się na wysokości ok. 6 metrów. Zalegające na dole kamienie nie poprawiały psychy, podobnie jak informacja, którą usłyszeliśmy od Bena, odpowiedzialnego za sprzedaż DMM na terenie Zjednoczonego Królestwa. Otóż, zgodnie z tamtejszą etyką, ekiper osadza ringa po trudnościach – jako formę nagrody dla wspinacza. Dodajmy do tego kompletnie płaskie połacie ściany oraz, ponownie, nieoczywistą linię drogi i mamy crux nie do przejścia. Zarówno Maciek, jak i Szymon, mają na koncie przejścia rzędu 8c, a pomimo tego, nie dali rady sforsować tej trudności. Next time, boys! Także tutaj próbujemy prostych tradów i wszyscy, bez wyjątku, jesteśmy zauroczeni okolicą.

27

Po sprawnym lunchu (herbata z mlekiem + ciasto = szybka energia) lecimy łapać ostatnie chwile ze światłem na baldach. DMMowcy wywożą nas na jeden z najsłynniejszych w Walii boulderów, Jerry’s Roof. Widoki są niesamowite – zachodzące słońce kładzie się na góry tworząc bajkowy krajobraz. Tu już team czuje się bardziej na miejscu. Nie mija dużo czasu a Maciek oraz Szymon odznaczają kolejne 7C, ku zdziwieniu stałych bywalców. Agata oraz Kwiato również nieźle sobie radzą, jednak im w przejściach przeszkadza już brak światła. Do tego głód oraz spadek temperatury wygania nas ze skał. Obiadokolacja oraz wymiana wrażeń następuje oczywiście w The Heights i ponownie trwa do późnych godzin wieczornych.

Work Later!

Dzień drugi, to wizyta w fabryce. Szybka odprawa z Chrisem i nasz factory tour rozpoczynamy w biurze. Właśnie tutaj projektowane są wyroby DMM i to Ci ludzi odpowiedzialni są za kierunek rozwoju firmy. Jednak nie tutaj przyjdzie spędzić nam następnych kilka godzin. W poszukiwaniu prawdziwego znaczenia „Work Later” przechodzimy do oddalonych o 100 metrów od biura budynków produkcyjnych. Tuż po przekroczeniu progów fabryki, nozdrza podrażnia charakterystyczny zapach oleju maszynowego, który towarzyszyć nam będzie do końca naszej wizyty. Magia DMM zaczyna się od, z pozoru, zwykłych duraluminiowych prętów. Każdy z nich cięty jest na odpowiedniej długości odcinki i gięty w kształt odpowiadający korpusowi karabinka. Jednak, aby uzyskać postać znaną z półek sklepowych, dalsza obróbka zajmie ponad 120 godzin.

80

Odpowiednio dogięty pręt trafia pod prasę i to nie byle jaką. W całym Zjednoczonym Królestwie są tylko cztery tego typu hammery, z tego dwie w DMM, a pozostałe w fabryce Rolls Royce’a. Umieszczony w niej pręt, pod naciskiem 1500 ton, ulega przemianie w „coś”, co na razie bardziej przypomina brzydkie kaczątko niż króla jeziora. W identyczny sposób wykuwane są smocze i demoniczne krzywki, czy też korpusy bloczków.

95

Kolejnym etapem na drodze do doskonałości jest „gotowanie” – każdy karabinek po wykuciu wygrzewany jest w komorze grzewczej i zanurzany, w następującej po nim, kąpieli hartującej, nadającej karabinkom niezwykłą wręcz twardość. Operator tego procesu ma tylko 15 sekund, żeby przenieść podgrzane składniki do wanny hartującej – w przeciwnym wypadku cały „urobek” będzie bezużyteczny. Ot, taka specyficzna książka kucharska :)

85

Po zahartowaniu, przychodzi pora na polerowanie. Kamienie polerskie o różnej gramaturze przez ponad 20 godzin wygładzają powierzchnie karabinków nadając im delikatną, niczym pupa niemowlaka, fakturę.

100

Jeszcze tylko anodyzowanie i mamy produkt gotowy do montażu. Jeśli macie Wallnuty, na pewno zostały złożone w tym kantorku, przez jedną z widocznych tu Ladies.

105

Podobnie z karabinkami. Korpusy oraz zamki scalają się w jedną całość na jednym z końcowych stanowisk. To tutaj Medwen Green, miła starsza pani, przedstawiła nam teorię montażu karabinków. W jej opisie wyglądało to na najłatwiejszą czynność na świecie – bierzemy sprężynę wraz z blokadą, wkładamy do zamka, dociskamy do korpusu i blokujemy nitem. Proste! Jednakże różnica pomiędzy powiedzieć, a zrobić jest kolosalna, o czym mieliśmy okazję przekonać się już za moment, gdy sami dostaliśmy do złożenia zestaw kilku karabinków Aero.

115

Jedno jest pewne – nie były to najszybciej złożone karabinki w historii DMM. Sztywne wspinaczkowe palce, w połączeniu z brakiem wprawy, sprawiły, że poskładanie 3 ekspresów zajęło nam ponad 20 minut. Sprężynki, blokady oraz nity znajdowały się wszędzie, poza miejscem przewidzianym przez projektantów. Medwen oraz Chris byli wyraźnie rozbawieni naszą nieudolnością. Udało im się jednak uzmysłowić nam coś, co wielu wspinaczom, w tym również i nam w dzisiejszych czasach umyka, mianowicie fakt, ile pracy i doświadczenia stoi za każdym złożonym karabinkiem, kością czy kubkiem. Ostatecznie jednak każdy z nas złożył i zanitował swój zestaw.

120

Następnie musieliśmy „nasze” karabinki przystosować do wysokich standardów DMM. Czy zauważyliście, że zamki w karabinkach DMM idealnie wpasowują się w noski korpusów, nie ocierając o powierzchnie boczne? To nie przypadek. Widok karabinków kalibrowanych, a właściwie doginanych za pomocą olbrzymiego klucza sprawia, co najmniej dziwne wrażenie.
Podobnie jak i wcześniej, także na tym stanowisku żadne z nas nie wykazało się wrodzonym talentem :)

Do specjalistów DMM „trochę” nam brakowało. Z 36 zrobionych przez nas karabinków, aż 2 kwalifikowały się do niewielkiej poprawki, który to wynik Chris przyjął z nieukrywaną satysfakcją :) Jeszcze tylko laserowe oznaczenie nr seryjnego i karabinki są gotowe do złożenia ekspresów.

125
Idąc na lunch wymieniamy się wrażeniami – na każdym z nas ogromne wrażenie zrobiła zarówno fabryka, jak i pedantyczna wręcz dokładność przy produkcji nawet najmniejszych części. Wiedzieliście, że karabinek, który na co dzień używacie przy swojej uprzęży zanim trafił do Was przeszedł przez setki rąk i 12 kontroli jakości? Perfekcja w czystej postaci!

Dzięki uprzejmości DMM jeszcze wieczorem wybieramy się na baldy, gdzie już bardziej dla odreagowanie trudów dnia, niż dla cyfry, zawodnicy przystawiają się do klasycznych problemów. Ze względu na późną porę i szybko zachodzące słońce wspin nie trwa zbyt długo.

160

Następnego dnia mówimy „Good Bye Wales” i kierujemy się na liverpoolskie lotnisko. W oczekiwaniu na samolot wymieniamy się wrażeniami i co do jednego jesteśmy zgodni – wyjazd był niesamowity, zarówno pod względem zdobytej wiedzy, jak i przeżyć wspinaczkowych. W ciągu 4 dni w praktyce poznaliśmy filozofię DMM „Climb Now, Work Later”. Liczymy, że niedługo ponownie będziemy mogli podzielić się z Wami wrażeniami z kolejnego pobytu w górach Walii.

autor: Marek Janeczek
zdjęcia: Krzysztof „Himen” Smulski