Serwis wspinaczkowy tworzony przez łojantów dla łojantów

Dlaczego wierzę? Mallory i Irvine – Everest 1924 cz. 2

Niezależnie od powodzenia tej metody lokalizacja ciała Andrew Irvine’a poniżej miejsca znalezienia czekana jako „markera” wypadku jest najlogiczniejszą koncepcją. Irvine, będąc niedoświadczonym wspinaczem, po utracie partnera a zarazem „mózgu przedsięwzięcia” usiłował  dotrwać do bliskiego już świtu, aby kontynuować zejście do obozu. W tym celu poszukał schronienia między skałami, które świadkowie opisują albo jako wąskie ściany żlebiku, albo wręcz jako „otwartą książkę” utworzoną przez dwie turniczki. Tak czy owak, nieustraszony Irvine nie zginął w wypadku jak Mallory i zapewne zdając sobie sprawę z bliskości śmierci być może zdołał zabezpieczyć jakieś dowody (aparat, kartka papieru z notatką, być może podobnie jak Mallory miał ołówek w kieszeni). Co istotniejsze, wszyscy świadkowie natknęli się na jego zwłoki sami będąc w stanie skrajnego wyczerpania i spiesząc się, aby zejść do obozów poniżej jak najszybciej i jak najkrótszą drogą, dla której porzucili drogę standardową. Nie mieli zatem czasu ani siły na przeszukanie zwłok, tak jak się to stało z Mallorym w 1975 roku. Być może niepokój ducha „Nieustraszonego” (za biografią Irvine’a pt. „Fearless on Everest”) ma swoje uzasadnienie. Co możemy odnaleźć przy Irvinie oprócz aparatu i jakiś notatek? Zapewne kawałek liny, który pozwoli wnioskować jaką jej długością dysponował zespół. 30-metrowa lina (typowa dla tamtego okresu) bardzo ułatwiłaby akcję na 2 Stopniu, ew. posłużyłaby do cięcia na pętlę. Lina 15-metrowa może nie czyniłaby takiego przedsięwzięcia niemożliwym niemniej bardzo trudnym w praktycznym wykonaniu. Kontrowersyjną kwestią pozostaje umiejscowienie zwłok w śpiworze. Xu upiera się, że taki obraz zobaczył, a jego zachodni interlokutorzy (Holzel i Hemmleb) dowodzą, że zabranie śpiwora przez M&I było wykluczone ze względów wagowych. Tymczasem Chińczycy, o ile już zdecydowali się mówić, mówili zawsze prawdę w odniesieniu do stanu zwłok (Mallory’ego). Członkowie ich wyprawy w 1960 roku targali śpiwory ze sobą – fakt, że z obozu położonego na 8500 m. Hemmleb i Holzel są niekonsekwentni w pewnym istotnym szczególe. Otóż zauważają oni, że Mallory i Irvine podchodzili z Przełęczy Północnej z prędkością bliską rekordowemu wyczynowi Fincha i Bruce’a z 1922 roku (900 stóp w pionie na godzinę, wobec 1000 Fincha i Bruce’a.). Następnie posiłkując się znaleziskiem  w postaci butli nr 9 pod 1 Stopniem dokonują ekstrapolacji tempa zespołu na marne 275 stóp na godzinę (tempo oczywiście spada wraz z wysokością). Skąd ta dramatyczna 3-krotna różnica? Sceptycy kładą ją na karb niedoszacowania  drogi przez Mallory’ego i związanych z jej pokonaniem trudności, a raczej niedocenienia wysiłku, który trzeba włożyć w podejście. Tymczasem ewentualne wytłumaczenie jest proste. O ile Mallory i Irvine podchodzili do ostatniego obozu z zestawem po 2 butle, to do ataku szczytowego wzięli ich minimum 5 (o czym stanowi rozpiska ciśnień znaleziona przy Mallorym) albo i 6, jeśli założyć, że 6 butla zawierała maksymalne ciśnienie (jak chce Hemmleb). Czyli nie „bloody load”, jak w notatce do Odella, ale więcej. A śpiwór w ich przypadku był jedyną rękojmią, że nie popełnią automatycznie samobójstwa w przypadku przymusowego biwaku. Ich timing był timingiem jedynie na szczyt za dnia, w nocy musieli zostawić sobie jakąś szansę, gdyby nie mogli się poruszać. Można rozważyć koncepcję, że w okolicach 1 Stopnia zdeponowali zbędny balast – pozostawili śpiwór (jeśli go wzięli) i odpięli nie do końca opróżnioną butlę nr 9, a być może jeszcze jedną, która nie zachowała się do naszych czasów. W drodze powrotnej podjęli śpiwór, z którego skorzystał później Irvine, gdy doszło do wypadku i zdecydował sie na biwak. Alternatywą tej koncepcji jest to, że Xu, a i inni dwaj świadkowie widzieli zwłoki kolejnego … Rosjanina (z wyprawy 1952), a tych w tej okolicy miało zginąć aż sześciu. Raz jeszcze we wszystkich tych spekulacjach wychodzi protekcjonalizm sceptyków, którzy traktują Mallory’ego i uczestników wyprawy z 1924 jako niepoprawnych optymistów albo wręcz głupków – ludzi nie potrafiących obliczyć za pomocą stosownych przyrządów geodezyjnych deniwelacji, czy długości grani i oszacować skali czasu. Ja przyjmuję założenie dokładnie odwrotne! To technologia współczesna czyni często   idiotów z przedstawicieli naszego pokolenia, którzy jak siądzie im GPS, czy radiotelefon to tracą możliwość „nawigacji” w terenie, którego szczegółów nie raczyli się wcześniej nauczyć, bo i po co? Czy Mallory, stojąc zimą na Rocky Summit, zapytał by przez radiotelefon „jak iść na wierzchołek”, który widzi (sic!)? Odpowiedzcie sobie sami… Mallory i jego towarzysze musieli być ludźmi znacznie bardziej inteligentnymi i sprytnymi od nas w wykorzystaniu prostych przecież środków technicznych, czasami wręcz archaicznych (lina, obuwie). Przerastali nas na polu intelektualnym, czyli właśnie na polu planowania. Inaczej zginęli by daleko wcześniej i niżej niż schodząc z Everestu. O morale umożliwiającym im świadome i wkalkulowane położenie życia na szali pisałem już wcześniej. Byli
przecież (akurat nie dotyczy to Irvine’a) weteranami wojennymi.
Czy odnajdziemy Irvine’a i dowiemy się więcej w klimacie wolności badań i dociekań?Jestem co do tego sceptykiem. Andrew Irvine Search Committee w porozumieniu z potomkami „Sandy’ego” zastrzegł sobie wszelkie prawa w tej materii. Tutaj dygresja. Odnalezienie zwłok Mallory’ego przez Ankera, publikacja fotografii, publiczne roztrząsanie znaczenia artefaktów miało tyluż zwolenników co przeciwników.
W warstwie poznawczej takie działanie okazało się doskonałym zabiegiem metodologicznym. Uruchomiło ono setki „śledczych” na całym świecie, którzy wnieśli szereg hipotez i poddali je krytyce. W warstwie „ludzkiej”, czy osobistej, dla rodziny Mallory’ego rzecz była co najmniej dwuznaczna. O ile to można uszanować, niepokój budzi co innego. PR (public relations) jako  kłamstwo intelektualne współczesnego Zachodu, które każdą informację nakazuje traktować w kategoriach „własności” i „towaru”, a nie dobra publicznego. PR nakazuje też tak manipulować i „przykrawać informację”, aby była dobrze sprzedawalna. Jest to kłamstwo odmiennej proweniencji niż kłamstwo damnatio memoriae charakterystyczne dla dyktatur ( w tym komunistycznej sowieckiej czy chińskiej). Jest też innym rodzajem kłamstwa niż organiczne dla Rosjan,  tzn. „potiomkinowskie” (vide: „wioski potiomkinowskie”). Niemniej wpływ PR na destrukcję jakości badań naukowych (historycznych) jest dokładnie taki sam. Andrew Irvine Search Committee i jego prerogatywy zapewniają nas o jednym. Nie będzie wolnego przepływu informacji (podstawy wszelkiej metodologii naukowej, w tym historycznej), nie zobaczymy twarzy i zwłok „Sandy’ego” rzekomo z pobudek „humanitarnych”, a w istocie z powodu „zarządzania informacją przez jej właścicieli”. Ergo, nie będziemy mieli kompletnych narzędzi do oceny (tak jak w przypadku zwłok Mallory’ego) na ile konkluzje są wiarygodne. Dostaniemy je gotowe na tacy. No chyba, że Irvine’a znajdą jacyś niezależni śmiałkowie tak uczciwi intelektualnie, jak i nie bojący się procesów, które zostaną im wytoczone, gdy udostępnią szerokiej publiczności komplet zdjęć i danych. Fatum ciążące nad Mallorym i Irvinem ponownie zaciska swoją obręcz obsługiwaną tym razem przez „wolny” świat Zachodu. Tzn. znów obsługiwaną, gdyż wcześniej perswadowano Odellowi co widział, mamiąc go dalszym uczestnictwem w brytyjskim „programie himalajskim”, a ten przecież by się nie toczył dalej, gdyby wejście M&I uznano za wielce prawdopodobne.