Dlaczego wspinaczka…

Paweł Wyrwa z autorem deliberują nad sekwencją Stopnii Kolei Żelaznej w Brzo fot. Maciej "Lesser" Gajewski

Uwaga! Tekst ten nie jest przeznaczony dla osób, którzy wspinają się dłużej niż dwa sezony!

Jako, że posiadam wykształcenie humanistyczne, a mój umysł stara się ogarnąć szerokie spektrum bytu, wielokrotnie zadawałem sobie pytanie „dlaczego wspinaczka”…

Przez swoje niezbyt już krótkie życie uprawiałem wiele sportów. Właściwie od dzieciństwa towarzyszyła mi ciągła aktywność sportowa. Jako mały chłopak grałem oczywiście w piłkę nożną, potem biegałem na 800 metrów (rekord życiowy poniżej 2 min), w międzyczasie zająłem się badmintonem (w którym osiągnąłem całkiem niezły poziom), by wreszcie na kilka lat na poważnie związać się z koszykówką. Kiedy zdałem sobie sprawę, że przestałem rosnąć, moja „kariera” koszykarza, mimo że byłem rozgrywającym, runęła w gruzy. Zresztą już wkrótce, zamiast jechać na najważniejszy turniej w sezonie, pojechałem na Festiwal Filmów Górskich do Katowic… Wszystko dlatego, że latem 1987 roku idąc Orlą Percią zobaczyłem wspinaczy na Południowej Ścianie Zamarłej Turni i postanowiłem, że też będę się wspinał…

Przez wszystkie wiosny od pamiętnego dla mnie kwietnia 1988 roku, próbuje ogarnąć, czym w istocie jest wspinaczka. Wspinaczka bowiem, jako działanie zupełnie nonsensowne, nie jest łatwa do ogarnięcia. Wiele jej aspektów praktycznie pozbawionych jest logiki, przez co właściwie wymyka się analizie zero jedynkowej, tak lubianej przez umysły o typologii matematyczno-przyrodniczej. Coś jednak jest takiego we wspinaczce, że staje się nie tyle częścią życia, co sposobem życia lub nawet samym życiem, spychając na dalszy plan działania, które mieszczą się o wiele bardziej w ramach zachowań pożądanych i logicznych.

Facelifting VI.6+, Obchodnia, Dolina Brzoskwinkifot. Maciej "Lesser" Gajewski
Facelifting VI.6+, Obchodnia, Dolina Brzoskwinki
fot. Maciej „Lesser” Gajewski

Większość wspinających się osób dopasowuje swoje najważniejsze plany i cele życiowe, tak by jak najwięcej czasu spędzać w skałach. Kiedy planuje kolejne stopnie edukacji, myśli o szkołach i miejscowościach z zapleczem skalnym, a przynajmniej sztucznościanowym. Kiedy planuje życie rodzinne myśli o partnerze, który się wspina. Kiedy planuje/ryzykuje potomstwo, myśli o rejonach, które będą się nadawały na wypady z wózkiem. Kiedy potomstwo dorasta, organizuje wypady za miasto pod pretekstem, że dzieci też się powspinają „dla zdrowia”. W rzeczywistości jednak myśli o tym, co zrobi, do czego się wstawi i na czym jest szansa zawalczyć, żeby nie zmarnować tak cennego wspinaczkowego dnia. Jednocześnie wspinaczka przesłania wszystkie – nawet najważniejsze cele i pragnienia. Ryzykujemy dyskomfortem zawodowym, rodzinnym, uczuciowym… Dlaczego?

Wspinaczka jest narkotykiem.

Kiedy pierwszy raz poczujecie przyjemność z oderwania się od ziemi, z przemieszczania się do góry, z harmonii ruchów i zespolenia z rzeźbą skały i wreszcie z udanego końca drogi, to jesteście narkomanami. Wspinanie na każdym poziomie trudności daje poczucie celu: kiedy trwa i spełnienia: kiedy udanie skończy się drogę. Jak w żadnym innym sporcie cel jest namacalny, a spełnienie dotykalne. Skończyło się drogę, wykonało się zadanie, zdało się test. Coś, czego trudno doświadczyć w codzienności, która stawia niekończące się zadania, a żadne wykonanie nie jest do końca satysfakcjonujące, bowiem granice zadowolenia można dowolnie przesuwać w plus nieskończoność przez presją pracodawcy, rodziny, otoczenia, mediów etc. Tymczasem task wspinaczkowy kończy się wraz z wpinką do ostatniego ekspresa, kiedy z ulgą, zadowoleniem, nonszalancko… można powiedzieć:

– Daj blok!

Poczucie wykonanie zadania jest niezbędne do zachowania równowagi psychicznej. I choć wspinaczka w jakiś sposób wiąże się z wymiernymi cyframi i porównywaniem wyników, to jednak potencjalni rywale nie są rzeczywistym zagrożeniem dla wyniku, lecz wymyślamy ich sobie sami, żeby się bardziej zmotywować. Zasadnicza rywalizacja toczy się z sobą samym. To jeszcze jedna z kapitalnych przypadłości wspinaczki. Kiedy staniemy się wspinaczami, nie przestaniemy nimi być ani na chwilę. Jesteśmy wspinaczami, kiedy trzymamy się chwytu w tramwaju i kiedy konsumujemy schabowego z kapustą, a nie daj Boże tabliczkę czekolady, lody czy piwo!

Dzieci najpierw poznają świat przez dotyk. Robią to instynktownie, bo nie mają wielkiego wyboru. Sprawia im to wielką przyjemność. Nie ma bardziej organoleptycznie zaangażowanego sportu od wspinaczki. Poznajemy niedostępne dla innych zakątki naszej planety przez dotyk, jednocześnie czując zapach nagrzanego słońcem kamienia (to lepiej) lub parującej wilgoci (to gorzej). Mimo że wspinaczka jest właściwie brudną robotą, a przynajmniej oznacza brudne ręce – przynajmniej od magnezji (lepiej) lub od ziemi pomieszanej z magnezją (gorzej) – to jest to jeden z najbardziej estetycznych sportów.

Nikt nie lubi przechodzić przez życie jako szary tłum. Wspinaczka daje poczucie przynależności do subkultury, można zaryzykować, że do elity (są tacy, co uważają wspinaczy za wyjątkowo odważnych ekstremalistów – ja do nich nie należę, za długo już się wspinam). Coś nas jednak faktycznie wyróżnia – tam gdzie inni widzą śmiertelne zagrożenie, my widzimy plac zabaw. Kiedy zaczynacie swoją przygodę ze wspinaczką, towarzyszy wam lęk przed wysokością. To całkowicie normalne, a nawet pożądane. Pozwala realnie ocenić ryzyko, a zastrzyk adrenaliny wyostrza zmysły. Z biegiem czasu coraz mniej się boicie. Jednak strach jest uczuciem, które zawsze będzie się czaić za kołnierzem. Można zaryzykować tezę, iż każdy wspinacz dochodzi kiedyś do swojej bariery strachu. Jest ona wprost proporcjonalna do odległości nad przelotem i jakości owego przelotu. Nie ma co ukrywać: nad przelotem trzeba się wykazać – nie warto za wcześnie dawać za wygraną. Nagroda z przełamanie własnego strachu jest adekwatna.

Paweł Wyrwa z autorem deliberują nad sekwencją Stopnii Kolei Żelaznej w Brzofot. Maciej "Lesser" Gajewski
Paweł Wyrwa z autorem deliberują nad sekwencją Stopnii Kolei Żelaznej w Brzo
fot. Rafał Nowak

Wspinaczka jest młodym sportem. Gdzie jej tam do wyrafinowanych i naukowych treningów lekkoatletycznych czy pływackich. We wspinaczce osiągnięcie tzw. światowego poziomu to nie abstrakcja. Kilka lat wytężonej pracy lub wielki talent… Ale to dotyczy tylko tych najbardziej uzdolnionych. Za to wszystkich dotyczy łatwy do osiągnięcia postęp we własnym poziomie. To wręcz euforyczne, jak łatwo z początkującego, który rzęzi na piątkach, stać się wspinaczem, który śmiało atakuje drogi VI.2. Taka statystyczna sześćdwójka w wapieniu z daleka wygląda na totalną gładź! Progres dla średnio trenującego wspinacza jest równie łatwo dostępny, jak baton na półce w supermarkecie. Wystarczy sięgnąć, a cena nas nie zrujnuje. Postęp jest najlepszym motywatorem – napędza do dalszej pracy, a praca oznacza postęp, a postęp jest… i tak się kręci. Euforia to podstawowy skutek działania narkotyku.

Naturalną areną wspinaczki jest skała, a skała jest częścią przyrody (przynajmniej w przeważającej większości: vide kamieniołomy). Wspinaczka uczy szacunku do skały. Wszak piłkarze nie niszczą z rozmysłem murawy i piłki. Tak samo wspinacze nie niszczą z rozmysłem skały. Otaczająca skały przyroda jest miejscem na wyciszenie i ucieczkę z szumu miasta i cywilizacji. Dla wspinacza otoczenie skały, na której próbuje przed dłuższy czas swojej topowej drogi staje się drugim domem. W tym samym miejscu rozpakowuje bagaż, w tym samym miejscu ściąga i zakłada buty, w tym samym miejscu zjada posiłek, w tym samym miejscu odpoczywa… Zna każdy kąt swojego otoczenia i czuje się w nim… jak u siebie w domu. A kiedy wreszcie zrobi drogę, pojawia się pustka i dlatego rusza z jurtą w inne miejsce, by tam odnaleźć nowy dom. Wspinaczka to wieczne nienasycenie. Jak narkotyk.

Wspinaczka jest wiecznym chodzeniem na kompromis. Mimo że jest sportem egoistycznym do bólu, to by się wspinać, idziemy na kompromis z naszym towarzyszem – asekurantem. Musimy żyć z nim w może chwiejnej, ale koniecznej równowadze. Uczy negocjacji w osiąganiu swoich partykularnych celów, bez ustępowania i płaszczenia się przed innymi. Wreszcie uczy koleżeństwa i odpowiedzialności, życia w grupie (minimum dwuosobowej) i partnerstwa. Wszak koleżanka/kolega wspinacz też ma swoje cele…

Dla mnie niezwykle ważny aspekt wspinaczki to otwieranie nowych dróg. Być może jest to najbardziej namacalny skutek uprawiania tego sportu. Droga wspinaczkowa jest czymś stałym, na co można popatrzeć, dotknąć, smakować i… nazwać. Nazywanie dróg to całkowicie osobna dziedzina… no właśnie czego? Sztuki? Daje pole do działania wyobraźni, uczuć, retrospekcji i indywidualnych skojarzeń. Całkiem jak w prawdziwej sztuce. Można się wykazać poczuciem humoru i prostactwem. Można zadać zagadkę, na którą nie oczekuje się odpowiedzi, ale wierzy się, że ktoś kiedyś ją odgadnie i będzie czerpał z tego przyjemność.

Jednocześnie układ pokonanych raz ruchów, z martwej natury przekształca skałę w jedyną w swoim rodzaju choreografię pionowego tańca, pod dyktando chwytów, stopni i przebiegu wpinek. Nowa droga w istocie swej nie jest jednak dziełem sztuki (w przeważającej większości), lecz dziełem natury. My tylko nazywamy rzeczy po imieniu. Jak odkrywca nieznanego nauce gatunku zwierzęcia czy planety.

Zhumanizowanie najbardziej nawet niedostępnego kawałka skały ma w sobie coś z pierwotnego instynktu konkwisty jaskini, lasu, kontynentu, planety, galaktyki, wszechświata.

Otwarcie drogi, jej ubezpieczenie, a przede wszystkim pierwsze prowadzenie i nazwanie nadaje jej rangę prywatności. Choćby się znajdowała na Aleutach zawsze będzie moją drogą. Jednocześnie ta sama droga staje się własnością całej społeczności wspinaczy na świecie. Kolejne próby i przejścia i przeżycia z tym związane, nadają jej istnieniu, a przede wszystkim pracy na nad nią, sens.

Próbując trudną drogę, wspinacz staje się częścią skały. Nie tylko w krótkich chwilach prób, ale przede wszystkim pomiędzy nimi. To nieprawdopodobne zespolenie jest magnesem, który nie pozwala głowie oderwać się od myśli o chwytach i stopniach. Nauka ruchów i ich powtarzanie to znakomite ćwiczenie dla mózgu. Przetrawianie potencjalnych ustawień ciała, pozwala wspinać się siedząc w fotelu lub spacerując po plaży. Jak w żadnym innym sporcie wspina się bardziej mózg niż ciało. Mózg wspina się 24 godziny na dobę, a ciało 2-3 godziny, przez 2-3 dni w tygodniu. Ruchy podczas wspinaczek nigdy się nie powtarzają. Oczywiście, są podstawowe techniki i ustawienia, ale niuanse rzeźby skały powodują, że żadna droga nie jest taka sama. Dlatego wspinaczka nigdy się nie nudzi…

Kiedy kończy się dzień, w którym mocno dostaliśmy w dupę na różnych frontach codzienności, a następnego dnia czeka nas kolejny ważny egzamin z normalnego życia i troska nie pozwala nam zasnąć, nic tak nie usypia jak ból mięśni po wykonaniu solidnej pracy w skale i liczenie/wizualizacja przechwytów na zapatentowanej przez nas drodze…

Dlatego wspinaczka…

Jacek Trzemżalski 

Tekst ukazał się w MG – Wspinaczka nr 65, maj 2010

You might also like More from author