„Etyka we współczesnym alpiniźmie” czyli Szczyt Gliwicki

Niniejszym artykułem pragniemy zapoczątkować cykl „Etyka we współczesnym apliniźmie”. Będzie to seria artykułów, wywiadów w których nasi rozmówcy podzielą się z czytelnikami swoimi przemyśleniami, poglądami dotyczącymi szeroko rozumianej etyki wspinaczkowej. Doskonałym wstępem do tego cyklu jest lektura „Szczytu Gliwickiego” (opublikowany w „Bularzu” nr 8), czyli zapisu spotkania, które odbyło się 22 kwietnia 1987, a do którego nawiązali członkowie zespołu ds. zbadania przyczyn wypadku podczas zimowej wyprawy na Broad Peak w swoim raporcie.W tym miejscu za zgodę na publikację pragniemy podziękować

  • Wacławowi Sonelskiemu za zgodę na przedruk całości materiału, którego jest autorem.
  • Klubowi Wysokogórskiemu Gliwice – wydawcy „Bularza” – http://www.kwgl.org

22 kwietnia 1987 roku odbyło się w Gliwicach spotkanie zorganizowane przez tamtejszy Klub Wyso­kogórski. Przybyli na nie znani polscy wspinacze, redaktorzy czasopism wspinaczkowych, lekarze alpiniści i kierownicy wypraw po to, aby wspólnie za­stanowić się i podyskutować na temat zasad etyki obowiązującej dziś w górach — we współczesnym alpinizmie, zwłaszcza tym uprawianym w Himalajach.

W spotkaniu wzięli udział:

Wanda Rutkiewicz której przedstawiać chy­ba nie trzeba;
Małgorzata Bilczewska-Fromenty dzien­nikarka, współpracowniczka zachodnich periody­ków poświęconych górom i wspinaniu; Krzysztof Baran wspinacz, redaktor „Tater­niczka”;
Adam Bilczewski (dziś już wśród nas nieobec­ny) — alpinista, znakomity kierownik wypraw, pisarz i publicysta górski;
Michał Gliński lekarz, uczestnik kilku wy­praw w góry egzotyczne i najwyższe;
Zygmunt Andrzej Heinrich jeden z najwyit- niejszych polskich alpinistów, wspinacz wszech­stronny, uczestnik około dwudziestu wypraw we wszystkie chyba góry świata (niestety, i on już od nas odszedł na zawsze);
Jerzy Kukuczka oczywiście, sprawa jasna;
Janusz Majer alpinista, kierownik wypraw, wytrawny i dynamiczny manager i organizator;
Janusz Skorek wybitny alpinista, autor pięk­nych przejść w Tatrach, Alpach, Kaukazie, Himala­jach etc;
Krzysztof Wielicki wspaniały polski himalai­sta średniego pokolenia, jeden z prekursorów szy­bkich wejść w Himalajach;
Andrzej Wilczkowski alpinista, kierownik wypraw, pisarz i publicysta;
Krzysztof Witkowski alpinista-lekarz, ucze­stnik kilku wypraw;
Andrzej Zawada jeden z najbardziej na świę­cie znanych kierowników wypraw himalajskich, alpinista;
Wacław Sonelski inicjator spotkania, który dyskusję prowadził; alpinista, uczestnik wypraw himalajskich, publicysta, redaktor wydawnictwa „Bularz”;

 

Na zdjęciu (od lewej):  Michał Gliński, Małgorzata Bilczewska-Fromenty, Wanda Rutkiewicz, Krzysztof Baran, Krzysztof Witkowski, Janusz Skorek  fot. Zofia A. Piotrowska
Na zdjęciu (od lewej):
Michał Gliński, Małgorzata Bilczewska-Fromenty, Wanda Rutkiewicz, Krzysztof Baran, Krzysztof Witkowski, Janusz Skorek
fot. Zofia A. Piotrowska

Sonelski: Z wielką przyjemnością witam wszystkich, którzy przybyli na to nasze spot­kanie. 0, właśnie pani nam tu niesie taki zupełnie bezalkoholowy drink.

Witkowski: A to już jest nagrywane, dla­tego mówisz, że bezalkoholowy…

Wielicki: Czy po tym do malucha można wsiąść?
(gwar)

Sonelski: Przechodząc do rzeczy. Od pe­wnego czasu — już właściwie od paru lat — obserwujemy nadciągające chmury. Pra­sa zaczyna nas „ładować”. Podnoszą się zarzuty, że ci alpiniści wcale nie są tacy świetlani, jacy niby mają być. Nie „sprawują się” należycie. I to jest przyczyna zewnę­trzna. W naszym środowisku refleksja, fer­ment wewnętrzny również narasta. Sami czujemy, że następuje jakieś przesilenie, że coś się dzieje. Walą się dawne kryteria, łamią zasady, a nowych jakby nie było, albo nie bardzo nawet wiemy jakie mogłyby być. Po­nieważ okazało się, że jest już sporo doku­mentacji, między innymi po głośnej tragedii w ubiegłym roku na K2 doszło już nawet do niewybrednych — zaryzykuję to słowo — napaści na nas w prasie stwierdziliśmy, że sytuacja dojrzała do pewnych podsumo­wań. Warto zastanowić się jak jest naprawdę z etyką współczesnego alpinizmu — czy rzeczywiście katastrofalnie, czy klasyczny et- hos alpinisty już runął w gruzy, czy jeszcze nie.
Jak wiemy, polski alpinizm ma na koncie wspaniałe sukcesy, jest w świecie wysoko oceniany. Nie mamy się czego wstydzić, i nie ma też powodu chować głowy w piasek. Jeżeli się tak ładnie wspinamy, jesteśmy za to nagradzani, jeżeli władze dają nam spor­towe medale, to wypadałoby także rozliczyć się z naszą etyką — czy jesteśmy moralnie czyści czy nie. W alpinistycznym show-businessie polski alpinizm uważany jest za ostoję konserwatyzmu; uchodzimy za romantyków gór. Wobec tego, jeśli nie możemy impo­nować wyposażeniem czy superorganizacją, może od tej strony, mielibyśmy coś do zaofe­rowania światowemu alpinizmowi?

I to również jest celem naszej dyskusji, którą dlatego skrzętnie nagrywamy.

Można brać pod uwagę jeszcze bardziej utylitarne względy. Nasz sport fascynuje młodzież, wśród której zyskuje coraz większą popularność. Czy tym młodym ludziom, którzy przychodzą do klubów, od razu na wstępie mamy bez ogródek mówić: „Nie wierzcie w ten wspaniały etos alpinisty, to wszystko lipa! To są takie same sk…syny jak inni!” Czy wprost przeciwnie: odkręcać sprawę, tłumaczyć? Musimy mieć jakieś wspólne stanowisko w tych sprawach, trzeba przyjąć jakąś postawę wobec tych, którym przekażemy naszą tradycję, ideologię, stosunek do najważniejszych spraw górskiego, wspinaczkowego życia. W przeciwnym wypadku boję się, że może nastąpić całkowity rozpad naszego środowiska. Jest to bardzo ważny cel. Miejmy nadzieję, że od tej strony dyskusja będzie owocna. Nie musi być bardzo poważna: liczę, że będzie gorąca.

Chciałbym od razu na wstępie sprecyzować pewne centralne zagadnienie. Kiedyś głoszono między innymi słynną zasadę Żuławskiego, że przyjaciela w górach się nie opuszcza nawet, jeśli jest już tylko bryłą lodu. Chyba wszyscy to czujemy, że zasada ta jest dziś anachronizmem. Ale do jakiego stopnia? Czy coś z tego można ocalić? To proponowałbym dyskutować najpierw. Natomiast z góry zastrzegam, że nie warto się wdawać w rozważania o charakterze technicznym w rodzaju: czy tlen ma być koniecznie w obozie piątym, czy tylko w drugim. Czy ma być tylko medyczny, w jakich butlach i czy w ogóle zabieranie tlenu na wyprawę jest zgodne z etyką, stylem itd. itd. Jak już się raz w to wkopiemy nie wyjdziemy z tematu i do jutra. Może postawię na początku taką kontrowersyjną tezę: Na naszych oczach rozpada się w gruzy klasyczny etos alpinisty – człowieka gór, dla którego wartości moralne są jednak ponad wszystko. Rodzi się natomiast nowe kryterium – sukces ponad wszystko. Przynajmniej w alpinizmie ekstremalnym, wyczynowym, a konkretnie w himalaizmie. Czy tak naprawdę się dzieje? Sądzę, że nad tym pytaniem warto się zastanowić. Do wszystkich tu obecnych kolegów rozesłałem materiały, zakładam, że wszyscy je przeczytali . Na wszelki wypadek przygotowałem sobie krótkie streszczenie, by wypunktować najistotniejsze sprawy o jakich była w tych materiałach mowa. Może teraz przypomnę te problemy.

Każda tragiczna śmierć w sporcie musi budzić moralny sprzeciw i naturalny odruch wewnętrznego buntu. Ryzyko, które zawsze bywa w sporcie nieodzownym jak gdyby elementem gry, nie może być celem, ani główną stawką, tym bardziej wyborem między wyczynem a po prostu życiem. W sportach widowiskowych – m.in. automobilizmie. boksie, jeździectwie – reguły i techniczne ograniczenia próbują okiełznać ryzyko. W sportach przestrzennych wyznacznikiem postępu jest, jak do tej pory, jedynie etyka grupy. Wydaje mi się jednak, że w taternictwie, alpinizmie, wreszcie w himalaizmie ryzyko i niebezpieczeństwo stało się współcześnie kryterium swoiście pojmowanych wartości. Stanowi o sensie nowych poszukiwań, skrajnej eksploracji gór. Jeśli giną ludzie. nie można być w ocenie zjawisk i zmian zachodzących w tym sporcie zbyt niefrasobliwym. (…)

To co było zawsze ryzykowne, obecnie, przy nowych technikach wspinaczkowych, zwłaszcza w stylu „alpejskim” (przy odrzuceniu wszelkiego wspomagania technicznego – m.in. aparatów tlenowych) jest już zwyczajnie niebezpieczne, a cena wyczynu himalaistycznego w tym wymiarze zbyt wysoka i sportowo nie do przyjęcia. To musi na nowo przemyśleć grupa w swojej etyce. Także wziąć na swój teoretyczny warsztat międzynarodowa unia alpinizmu (UlAA). (…)

Krzysztof Sotowski „Przegląd tygodniowy”

(Następnie W. Sonelski streszcza dyskusję „Góry i odpowiedzialność” prowadzoną przez M. Jagiełłę, po czym zaczyna omawiać refleksje Wandy Rutkiewicz po wypadkach na wyprawie na K2. W tym momencie na salę wkraczają Wanda Rutkiewicz i Andrzej Zawada).

Bilczewski: No, masz oryginała…

Sonelski: Oo, jest nasza gwiazda. Bardzo miło… (brawa) I to w towarzystwie drugiej gwiazdy…

Wilczkowski: Jakiś amant z Wandą przyjechał!

(śmiechy)

Zawada: Z pewnym błądzeniem, aleśmy dotarli.

Sonelski: Witamy Wandę Rutkiewicz oraz Andrzeja Zawadę. Rozmieszczajcie się, gdzie chcecie…

Hajzer: Czy można prosić… trochę się zawęzić, żeby Andrzej mógł usiąść w środku.

(odgłosy zawężania się)

Sonelski: Jak widzicie, obsługę mamy już potrójną; telewizyjną, radiową, fotooptyczną.

Bilczewski: Właśnie przed chwilą była milicja, patrząc na ten sprzęt techniczny…

Sonelski: Tu macie na razie chłodne napoje, jakaś szklaneczka, drink.

(streszcza dalszy ciąg refleksji W. Rutkiewicz oraz artykuł A. Wilczkowskiego)

Z tych materiałów dla mnie wynika kilka wniosków ogólnej natury. Po pierwsze, stwierdzam stan pewnego osłupienia, zaskoczenia. W końcu są to wypowiedzi ludzi związanych ze środowiskiem. W ogóle nie bierzmy pod uwagę reporterów z pism codziennych czy tygodniowych, którzy mają prawo być laikami i pisać „z tezą”, pisać propagandowe kawałki. Ale widać, że zaszokowani są ci, którzy siedzą w środku tej zabawy, a przynajmniej obserwują ją pilnie. Dla nich załamuje się cały świat.

Drugi wniosek: Prawie w każdej wypowiedzi tkwi jakiś żal. Jagiełło swój żal sprecyzował bardzo oryginalnie; on ma żal do tych, którzy umarli tam u góry. Żal o to, że o coś go zubożyli, że coś mu zabrali. To jest, uważam, fragment zupełnie odbiegający od prostych połajanek. Ale większość odczuwa żal za dawnymi, dobrymi czasami; kiedyś rzekomo było wszystko lepiej, ludzie byli lepsi – tak należy domniemywać, między innymi mówi to Chwaściński. Te czasy już nie wrócą, trudno.

I trzecie przekonanie, wybijające się we wszystkich wypowiedziach: że to, co się dzieje w Himalajach na ośmiu tysiącach metrów, że to jest właśnie sednem sprawy. Uważam, że jest to kwestia również dyskusyjna. Postawiłbym nawet tezę, że to jest pewne zboczenie, aberracja. Natomiast ogniskujemy nasze spojrzenia akurat na tym rodzaju wspinania, ponieważ on w spektakularny sposób oddaje właśnie to, o czym mamy mówić, oddaje rozpad etosu człowieka gór, alpinisty.

Wydaje mi się, że wstępu już wystarczy. Trzeba zacząć rozmowy. Starajmy się jednak, żeby to była dyskusja, a nie szereg wypowiedzi, jak na trybunie sejmowej czy jakichś konferencjach, gdzie padają słowa, ale żadnej prawdziwej polemiki i żadnego zbliżenia stanowisk nie ma.

Na zdjęciu(od lewej):  Janusz Majer, Krzysztof Wielicki, Andrzej Zawada fot. Zofia A. Piotrowska
Na zdjęciu(od lewej):
Janusz Majer, Krzysztof Wielicki, Andrzej Zawada
fot. Zofia A. Piotrowska

Wilczkowski: A, no to ja.

Sonelski: Proszę bardzo.

Wilczkowski: Otóż moim zdaniem nie należy histeryzować w płaczu za tymi cudownymi, starymi czasami; jak byłem młodym alpinistą, to ze zgorszeniem przeczytałem, że sto dwadzieścia lat temu, kiedy Whymper wszedł na Matterhorn, brał kamienie i łoił na filar Croza (który jeszcze nie był filarem Croza, ale Croz się akurat po nim wspinał). Croza nie mogły te kamienie dosięgnąć, ponieważ jest tam takie ukształtowanie terenu, że nie mogły – natomiast dały mu znać, że inni są już na górze. Pewna brutalność charakteryzowała alpinistów zawsze; gdyby nie byli brutalni, to w ogóle nie wchodziłby tam, gdzie się w końcu dostali. Ale przyglądam się wam od wielu lat, jesteście niejako moim tworzywem literackim, w związku z powyższym w każdym z was odkrywam tę cechę i wcale jej nie mam za złe.

Druga rzecz, na którą chciałbym zwrócić uwagę: etos błędnego rycerza, szlachetnego i bez zmazy, został nam przyszyty sto czy dwieście lat temu – trochę na wyrost. Po prostu społeczeństwo nie bardzo rozumiało, po co się to robi, i zrobiło z nas – znaczy alpinistów – tych błędnych rycerzy, wspaniałych, o nieskazitelnych rysach charakteru. A tak nigdy nie było. Ani za czasów młodości Chwaścińskiego, ani za czasów mojej młodości, ani za czasów waszej młodości, ani za czasów młodości, którą w tej chwili przeżywają ci, którzy ten alpinizm zaczynają. Co nie znaczy, żebyśmy mieli rezygnować z tego społecznego spojrzenia na alpinistów, bo może rzeczywiście się to do czegoś ludzkości przyda, że my jesteśmy lepsi.

Jeżeli chodzi o mój artykuł, to za dwa najpoważniejsze problemy uważam: problem punktów wyboru moralnego, to znaczy punktów, w których się mówi sobie, że to jest dla mnie ważne i odrzuca się coś innego jako mniej ważne. A drugi problem: rozgraniczenia, czy postawienia granicy pomiędzy obowiązkiem moralnym i poświęceniem. I gdzie się kończy obowiązek moralny? Tam się kończy, gdzie rzeczywiście można komuś pomóc. Natomiast w innym przypadku można się tylko poświęcić. Od razu powiem, że rzeczywiście z pewną przykrością słucham tych, którzy powiadają, iż coś się z ludzką psychiką dzieje na ośmiu tysiącach i nie można sobie z tym dać rady. Otóż można; podam tutaj przykład Andrzeja Zawady, który o ile na nizinach czasem przypomina gangstera z najlepszych westernów – na górze przypomina mi Napoleona, który potrafi złapać za sztandar i przeprowadzić wyprawę, jak przez most pod Arcole. I okazuje się, że on tam potrafi być lepszy. ( … ) Zresztą, ja kiedyś to Andrzejowi powiedziałem, to nie jest pierwszy raz, prawda, Andrzejku, nie? – nie pamiętasz? Nieważne. To było po pijanemu .

Zawada: No właśnie.

(gwar)

Sonelski: Po pijanemu to mogło być nieszczerze…

Wilczkowski: Szczerzuteńko! Powiedziałem wtedy, że w nim jest dwóch Zawadów, jeden taki maleńki, a drugi taki wielki. I życzę mu, żeby zawsze dominował ten wielki. Tak ci powiedziałem?

Zawada: Tak, ale w końcu dojdziemy do wniosku, że brak tlenu nie tylko, że nie szkodzi, ale że pomaga…

(śmiechy)

Wilczkowski: No, może tobie pomaga. Może tobie pomaga. Ja jeszcze zabiorę głos, ale sądzę, że tak… podłechtałem.

Sonelski: No, proszę. Dobrze. Czujemy się podłechtani. Dyskusja Jagiełły, nad czym on ubolewał, toczyła się w gronie tych, którzy współczesny, wyczynowy zwłaszcza alpinizm obserwują z zewnątrz, teoretyków-etyków, którzy wszystko wiedzą lepiej. Nie było tam przedstawicieli elity himalaistów, którzy te problemy mają przed sobą jakby „na co dzień „. Dzisiaj mamy taką okazję. Zresztą to było zamierzone, żeby doprowadzić do bezpośredniej konfrontacji między tymi, którzy moralizują: rób tak i tak, bo jak nie, to jesteś świnia i człowiek wyklęty – a tym =i, którzy tam u góry mają to unieść. Widzę zresztą, że na tej sali wyraźną przewagę mają właśnie praktycy, a teoretyków-etyków jest mało. Chyba, że ja wzmocnię ich szeregi? W zasadzie nie byłem nigdy w życiu wyżej niż na siedem pięćset

(śmiechy)

Zawada: Może zacznijmy w ogóle od tego, skąd całe to zgromadzenie, i co pobudziło… pobudziły te wypadki na K2. Powiem od razu ostro i stanowczo – na amatorskim himalaizmie się nie znam, a to, co się tam działo na K2, to dla mnie jest zupełna amatorszczyzna. To zresztą wynika również z referatu Wandy, na co mogę tutaj parę zdań zacytować. Natomiast jest tam parę zdań nieścisłych, mianowicie Wanda mówi w pewnym momencie: Wychodziłeś razem z partnerem, razem z nim wracaj, powinieneś zawsze się trzymać… Tego dokonał Diemberger. On wychodził z Julie Tullis, czekał tak długo, aż ona umrze, a potem ratował swoje życie i się wycofał. Pozostałych traktował jako ludzi, którzy byli przygodni. Od razu to nam narzuca dalszą dyskusję na temat: co to znaczy przygodny partner w górach. Przeciętny dziennikarz czy przeciętny obywatel uważa, że jak jesteś na K2, to już absolutnie każdy jest twoim partnerem. Diemberger się tłumaczy, że on wcale tak tego nie traktował.

Druga sprawa. Pada dużo takich zdań – choćby u Wandy – że, na przykład zachowanie Diembergera świadczy o tym, co się dzieje w alpinizmie. Nie zgadzam się z tym absolutnie. To, że pan Diemberger się tak zachował, że zachował się pan X czy pan Y, jeszcze nie świadczy o tym, że w alpinizmie panuje taka moda i takie zachowanie. Mogę przytoczyć mnóstwo przykładów innych, wręcz fantastycznych zachowań alpinistów. Nie można na podstawie jednego Diembergera i wypadku na K2, który tak podniecił wszystkich, że aż doszło do tego „Szczytu Gliwickiego”, od razu określać, że to są ogólne trendy w alpinizmie światowym.

Na zdjęciu (od lewej):  Wacław Sonelski, Jerzy Kukuczka, Adam Bilczewski, Andrzej Wilczkowski, Michał Gliński, Małgorzata Bilczewska-Fromenty fot. Zofia A. Piotrowska
Na zdjęciu (od lewej):
Wacław Sonelski, Jerzy Kukuczka, Adam Bilczewski, Andrzej Wilczkowski, Michał Gliński, Małgorzata Bilczewska-Fromenty
fot. Zofia A. Piotrowska

Rutkiewicz: Czy mogę coś dodać?

Zawada: E nie, nie. (śmiechy) Skończę. Jeżeli nawet tak trochę, Wandziu, zahaczam, to po to, żeby rozgrzać… no, po prostu na początku musimy coś takiego pieprznego powiedzieć, żeby naprawdę zachęcić ludzi do dyskusji.

Sonelski: Ale to, co zostało powiedziane – my nagrywamy.

(śmiechy)

Zawada: No dobrze.

Sonelski: Czyli to nie jest tak sobie, żeby podkręcić atmosferę, tylko to jest twój pogląd?

Zawada: Ale z tego wnioskuję… to jest mój pogląd, tak.

Sonelski: W porządku.

Zawada: Mój pogląd jest taki, że zanim potępimy kogoś ostatecznie, to jeszcze musimy doskonale przeanalizować, kto to jest partner, również czy akurat zachowanie Diembergera było naprawdę takie złe, że go tak wszyscy potępiamy i w ogóle go od czci i wiary odsądzamy. Jeżeli on na przykład uważał, że szedł tylko z Julie Tullis, innych uważał za przygodnych, to musimy inaczej na to patrzeć.

Chciałbym się jeszcze wypowiedzieć na temat podejścia do wielkich wypraw i w ogóle wartości, jakie ja widzę. Nie dziwię się, że każdy wypadek śmiertelny w sporcie bulwersuje ludzi. Bo sport to jest rzecz, która nie jest nam „koniecznie do życia potrzebna” – w cudzysłowie. Możemy na ten temat dyskutować, czy nam jest to potrzebne do życia, czy nie… Ludzie uważają, że rzeczy konieczne do życia to są: jedzenie, mieszkanie, ubranie; a my coś robimy abstrakcyjnego i tu ludzie giną. Ja nie chciałbym za długo mówić, bo chcę usłyszeć zdanie innych, a później wypowiem swoje poglądy właśnie na temat: Jak wyobrażam sobie etykę i sprawy moralności w górach na tle wielkich himalajskich wypraw. Bo tak się złożyło, że po tych górach chodzę bardzo już długo, i prowadziłem bardzo dużo wypraw. Prawie wszyscy wyczynowcy, wszyscy polscy alpiniści byli uczestnikami moich wypraw. I co tu dużo gadać – między sobą znamy się jak łyse konie, i wiemy doskonale, kogo na co stać w sensie wyczynu sportowego. Ale również jest ważna ta druga strona, umiejętność współżycia i zaufanie, jakie się ma do partnera.

Rutkiewicz: Czy mogę w związku z tym…

Sonelski: Proszę uprzejmie.

Rutkiewicz: Moje zarzuty w stosunku do Diembergera wyraźnie rozgraniczają dwa przypadki. Jest jedno spotkanie Diembergera i Tullis, oraz Mrówki z Alanem Rouse już w kopule szczytowej, kiedy Diemberger, widząc Mrówkę idącą obok liny, łączącej go z Julie, Mrówkę, która się słaniała, opierała się na czekanie, zdradzając według niego objawy wyczerpania – być może obawiał się, że w pewnym momencie Mrówka pomyli poręczówkę z liną, łączącą dwójkę partnerów, Diembergera i Tullis, i że pochwyci tą linę. Prosił ją, żeby przeszła za Julie. Mrówka mu odwarknęła: „Ja za starym dziadem chodzić nie będę…”. Oni zresztą się bardzo nie lubili w tym czasie. Nie pamiętam, jak to się skończyło, w każdym razie do Mrówki doszedł Alan Rouse, który nakłonił ją do zejścia. I ten fragment komentuje Diemberger w sposób następujący: Dobrosława nie należała do naszego zespołu, o nią powinien się troszczyć partner; i to jeszcze w zasadzie mieści się w tym, co się dzieje w górach. Natomiast jest drugi przypadek, zupełnie różny, o co mam żal do Diembergera, ponieważ pozostało ich tylko troje, i żadne z nich już nie było w zespole, z którym wyszło w góry. Tu powinna być solidarność zespołu ocalonych, którzy wyszli ze strasznego pogromu… ja to nazywam w ten sposób: solidarność ocalonych – tych, którzy jeszcze mają szansę przeżyć. Ale powiedziałbym, że mój zarzut do Diembergera jest przede wszystkim taki, że on nie ma właściwej oceny tego wydarzenia. Bo to, że w momencie walki o życie, to znaczy próby, na co nas stać w sytuacjach krańcowych… nie zawsze tę próbę zdamy… to jest nasza osobista tragedia, jeśli nie uda nam się wyjść z twarzą. Ale trzeba potem, na dole, zachować właściwą ocenę sytuacji. I nie mówić wręcz obojętnie: ona tam sobie mogła iść na linach, jakoś by doszła. Tu mam za złe; wszyscy powinni w tym momencie działać wspólnie i nie zostawiać tego, kto pozostaje w tyle. I nawet jeżeli można jeszcze zrozumieć to, że walczył o życie, przecież on to wyraźnie powiedział: „Zresztą sam byłem coraz słabszy” – to jest dosłownie jego wypowiedź; ale to, że na dole, w relacjach, publikacjach nie widzi w tym żadnego, najmniejszego problemu… Wolałabym wypowiedź tego typu: W tej chwili bardzo mi przykro i wstydzę się tego, ale wtedy myślałem o tym, żeby wyżyć.

Zawada: To znaczy teraz rozwijasz już pojęcie: partner od liny czy celu – a partnerzy, którzy się przypadkowo znaleźli razem w sytuacji trudnej.

Sonelski: Mnie się wydaje, że jeżeli rzeczywiście zaczniemy rozpatrywać sens słowa partner, to właśnie zrobimy to, przed czym przestrzegałem; zejdziemy na manowce. Bo przecież jednym z generalnych wniosków z przedstawionych materiałów, przebijającym najwyraźniej w eseju Wilczkowskiego, jest to, że należy przywrócić UNIWERSALNE rozumienie partnerstwa w górach. Wilczkowski wręcz sugeruje: to jest mój bliźni. Każdy jest moim partnerem, kto działa tam, w sytuacji stanowiącej tak wysokie wymagania i grożącej śmiercią. I boję się, że nie dojdziemy do niczego, usiłując sprecyzować, wyliczyć; ten był dla mnie partnerem od piątku do niedzieli, to ja jeszcze mu jestem coś winien, a teraz już nie jest moim partnerem, wobec tego on nic mnie nie obchodzi.

Zawada: Ale momencik, Wilczkowski mówi: wyszedłeś razem, razem wracaj. Gdzieś tam pada takie zdanie.

Sonelski: To jest tak zwane stare prawo alpinizmu…

Zawada: A tego już nie ma teraz! Ktoś idzie z jednej strony góry, spotykają się na szczycie, schodzi drugą górą i… dołącza się do innej wyprawy. To jest bardzo ważny punkt!

Sonelski: Dobrze. Mam nadzieję, że wrócimy do tego. Słucham.

Majer: Jednak nie da się dyskutować o etyce tak jakoś abstrakcyjnie, nie biorąc pod uwagę tych faktów, które zaistniały w górach. Sprowokowała tę dyskusję wielka ilość wypadków pod K2. I wynikało z tych wszystkich wypowiedzi, że właśnie pod K2 można było zobaczyć to zeszmacenie się alpinistów. Natomiast mnie się wydaje, że właśnie o wypadkach pod K2 należy dyskutować z zupełnie innego względu; były robione błędy techniczne, może trochę głupota, zbyt wygórowane ambicje, natomiast właśnie błędów czy potknięć etycznych w tych wypadkach bardzo trudno się doszukać. Tak dużo wypadków śmiertelnych w ostatniej grupie siedmioosobowej wydarzyło się chyba między innymi dlatego, że oni zdecydowali się jednak schodzić razem, czekać na partnerów – nie na tych, którzy razem z nimi wyszli, ale na tych, którzy się znaleźli razem z nimi w określonej sytuacji – czekać i schodzić razem. A ponieważ fizyczne czy psychiczne zdolności tych partnerów były różne, stąd zaczęła się tragedia, stąd rozpoczęło się tak długie oczekiwanie. I później już, po tych pięciu kolejnych dniach oczekiwania, gdy pozostała trójka zaczęła schodzić, wtedy, wydaje mi się, że przynajmniej ja nie mógłbym wartościować ich postępowania w…

Sonelski: Kategoriach etycznych.

Majer: W kategoriach etycznych. Było to już, no, doprawdy…

Sonelski: Walka o życie.

Majer: Walka o życie. I dlate…

Sonelski: Zgoda! Ale właśnie tu chcemy o tym mówić. Co się dzieje na tej krawędzi, gdzie jest walka o życie.

Majer: To można zaliczyć do kategorii wyboru. Andrzej Wilczkowski mówił o tych kategoriach, właśnie o sytuacjach, gdzie musisz podjąć decyzję – jak postąpić. Czy się poświęcić czy zeszmacić. Mnie się wydaje, ze takich sytuacji jest bardzo mało w górach wysokich. Decyzje, które podejmujesz czy sytuacje, w których się znajdujesz, nigdy nie oferują ci jasnego wyboru. Dopiero potem okazuje się, że sytuacja się tak rozwinęła, że gdybyś postąpił inaczej, może by nie doszło do tragedii. Króciutko jedno przypomnienie z naszego zejścia z Broad Peaku. W osiemdziesiątym czwartym roku schodziliśmy we czwórkę, na przełęczy byliśmy we czwórkę. Była tam dwójka Szwajcarów, zdeteriorowanych, no i żeśmy się zapytali: czy potrzebujecie jakiejś pomocy? Wszyscy czuliśmy się dobrze. Oni powiedzieli: nie, schodzimy. Idziemy razem. Zeszli pierwsi po poręczówce na tym uskoku z przełęczy i potem zaczęli sobie schodzić powoli. Krzysiek poszedł pierwszy bić rekord, a myśmy schodzili każdy w swoim tempie, jak kogo było stać. Walek pierwszy, ja drugi, ostatni Napał. Utrzymywaliśmy widoczność między sobą; doszliśmy do namiotów, gdy zapadał zmrok. Tymczasem okazało się, że jeden ze Szwajcarów nie wrócił do namiotu. W namiocie był młody chłopak, który czekał na nich specjalnie, żeby im ewentualnie pomóc. Wyszedł i powiedział: Harold nie wrócił, zginął gdzieś. Nie odzywa się, zaświeciłem latarkę, nie ma. Myśmy przyszli jakieś piętnaście minut temu. Włos nam się zjeżył na głowie, wzięliśmy latarki, Walek poszedł szukać go, wołał i znalazł tego Szwajcara. On już nie żył. Sytuacja była niby zupełnie klarowna. Czy mogliśmy mieć do siebie jakieś pretensje? W tych górach nie ma czystych sytuacji, że…

Zawada: Ale są i czyste.

Sonelski: Sam powiedziałeś, że taka sytuacja modelowa zdarza się bardzo rzadko. Zgoda. Ale się zdarza. Wystarczy. Nie możemy od niej uciec. Nie można dlatego, że zginęło tylko – powiedzmy – w ciągu pięciu lat pięciu ludzi, uznać, że nie sprawy.

Zawada: To jest jedna z pięknych rzeczy w alpinizmie; że staje się wobec sytuacji ostatecznych. Mnie to na przykład najbardziej właśnie pasjonuje.

Rutkiewicz: Przepraszam, czy ja mogę tego Diembergera skończyć, po prostu, żeby już nie wracać…

Głosy z sali: Nie krępuj się!

(śmiechy)

Rutkiewicz: To, nad czym dyskutujemy – dyskutujemy w oparciu o fakty, podane przez uczestników akcji ratunkowej i świadków tamtego wydarzenia, oraz ja – głównie – w oparciu o wypowiedzi Diembergera w prasie. Więc ja nie znam tych faktów naprawdę. Znam tylko sposób i… rodzaj wypowiedzi Diembergera po tym wypadku. I na to reaguję. I uważam, że jego wypowiedzi tam są po prostu nieetyczne. A jak było w górach naprawdę? Może on rzeczywiście po prostu ledwo żył i walczył o życie już wyczerpany do ostatka. (…)

Sonelski: Chcę jednak wkroczyć, bo widzę tu pewne niebezpieczeństwo. Już pół godziny rozmawiamy i rysuje się taki dziwny stan. Teza była – postawiona grubą krechą – że etos alpinisty, a to dotyczyło głównie himalaistów, idzie w gruzy. Coś się zmieniło – taki był ton wypowiedzi. Coś się zmieniło jakościowo. Tymczasem po tych wypowiedziach wytwarza się obraz, jakby właśnie nic się nie zmieniło. Te rzeczy już kiedyś się zdarzały, owszem, to jest argument, ale nie można rozumować w taki sposób, że ponieważ kiedyś – chwytając za słowo – Whymper rzucał kamienie z wierzchołka Matterhornu, to dzisiaj nie jest niczym innym, że zostawia się dwóch, trzech ludzi, albo mówi: ja jej nie pomogłem, umarła, nic się nie stało – nic mnie to nie obchodzi. Wydaje mi się, że nie można stwierdzić, że właściwie jest tylko tragedia na K2, która wzburzyła opinię publiczną, a poza tym nic się nie zmieniło.

Zawada: Ale nikt do takiego wniosku jeszcze nie doszedł…

Sonelski: Odniosłem takie wrażenie . . .

Zawada: Mam całkiem przeciwne zdanie.

Heinrich: Co się zmieniło? Od dwudziestu lat uczestniczę w wyprawach; chciałbym zwrócić na jedno uwagę. Otóż na pierwszych moich wyprawach wyjeżdżaliśmy w zespole, który miał za zadanie zdobyć górę. I w zasadzie… w pewnym sensie było obojętne, kto stanie na szczycie. Każdy oczywiście dążył do tego, żeby dojść jak najwyżej, ale mieliśmy pełną satysfakcję wracając z tych pierwszych wypraw, jeżeli góra została zdobyta, a ktoś z nas był na szczycie. Później, z czasem, zaczęła się rywalizacja w zespołach wyprawowych. Zespoły dwójkowe rywalizowały między sobą, żeby tak się ustawić, aby dotrzeć do wierzchołka. W ostatnim okresie wyraźnie obserwujemy już rywalizację między partnerami. W dwójkowych zespołach! Jeden partner stara się lepiej ustawić i…

Sonelski: Dokosić drugiemu.

(głosy)

Heinrich: I wyjść przed swojego kolegę, partnera. Oczywiście, tego nie można uogólniać, ale takie wypadki są.

Wielicki: A ja chciałem zapytać ciebie o przykłady. Proszę mi podać, czy przeżyłeś takie sytuacje i z kim. Partnerstwa w zespole, gdzie między sobą rywalizowaliście.

Sonelski: Rywalizacja zamiast partnerstwa.

(gwar)

Wielicki: Bo mówimy o tym, ale ja się z tym nie spotkałem. (…)

Gliński: Krzysiu, są takie sytuacje.

Sonelski: Proszę, kolega Gliński.

Gliński: A nasza wyprawa na Makalu… Śmierć Tadka Szulca. Po śmierci – kto pójdzie pochować. Był taki chłopak, który powiedział: mnie się to nie kalkuluje, bo stracę okazję wejścia na szczyt…

Sonelski: Tak, ale tu nie idzie o to, o czym mówił Heinrich – tu nie było rywalizacji między partnerami.

(wiele głosów)

Kukuczka: Jeżeli potraktujemy wszystkich uczestników wyprawy, jako partnerów, bo tak to właśnie powinno być… chyba… rozumiane, to pewna rywalizacja mimo wszystko istnieje.

Wiele głosów: Ale nie w dwójkowym zespole! (zgiełk)

Kukuczka: No nie, rzeczywiście – takiego współzawodnictwa nigdy nie widziałem.

Sonelski: Nie mówcie wszyscy na raz, bo się niczego nie da odczytać z taśmy.

(…)

Heinrich: …ale ja będę bronił swojego punktu widzenia; coraz częściej się zdarza, że idzie dwójka w kierunku szczytu i na przykład różnica w czasie wejść na wierzchołek między partnerami jest godzina, dwie godziny. A więc, jest jakaś rywalizacja między nimi. Równie dobrze mogliby obydwaj, idąc spokojnie, wejść na szczyt, razem zejść, ubezpieczając się nawzajem – a dochodzi do tego, że podejmują dodatkowe ryzyko, często kończące się wypadkiem.

Wielicki: Dlatego, Waciu, trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: czy idziemy w góry, żeby robić sukces, czy po to żeby przeżywać góry z partnerem.

Sonelski: – Chwileczkę, nie rozciągajmy tego w drugą stronę, że niby idziemy w góry, tylko po to żeby je przeżywać z partnerem. Oczywiście, że nie! Ale gdzie jest granica; do jakiej granicy życie partnera jest dla mnie jednak ważniejsze niż szczyt?

Wielicki: …o to chciałem zapytać, nawiązując do wypowiedzi Andrzeja Wilczkowskiego. On bardzo ładnie napisał, ten artykuł mi się bardzo podoba. Z tym, że jest tam wiele takich rzeczy ogólnikowych; jemu jest również trudno sprecyzować granicę między obowiązkiem a poświęceniem, albo obowiązkiem a zaniechaniem czy… zeszmaceniem… czy jak tam. Bo właściwie należałoby nawiązać do wypowiedzi Janusza; tam nie ma klarownych, czystych sytuacji. Wy mówiliście, że zdarzają się; zdarzają się ostatecznie, ale one nigdy nie są klarowne, dlatego, że wiele sytuacji jest podyktowanych błędem. Można popełnić błąd w taktyce, ale nie zawsze jest tak, że stajesz przed problemem: Zostawić partnera?… Nie zostawić?… jak?… ostateczna decyzja: zostawiam go. To tak się nie dzieje! To dopiero na dole się tak ocenia. Oczywiście można powiedzieć, jak mówił Andrzej, że jeśli ktoś nie dojrzał do tego, to w ogóle nie powinien chodzić w góry. Ale nigdy nie wiesz, co cię czeka, idąc wysoko.

Zawada: Nie, nie, właśnie, że zdarzają się takie sytuacje; czy zostawić partnera, czy nie. Taką miała Hannelore Schmatz na Evereście.

Wielicki: Tak, ale sądzę, że rozpatrzenie tego przypadku nie zmieni sytuacji ogólnej, o której dyskutujemy; mnie się wydaje, że chodzi tutaj o tę granicę między obowiązkiem a poświęceniem. .

Sonelski: Zacytuję tutaj wypowiedzi z książki Żakowskiego. Leszek Cichy odpowiada na pytanie – cytuję: – „Gdybyście znaleźli się w takiej sytuacji; zdecydowałbyś się zostawić Krzyśka? – Musiałbym tak zrobić. Przyjacielowi trzeba pomóc, ale tylko wtedy, kiedy jest szansa, że choć jeden przeżyje. W przeciwnym razie popełnia się zwykłe, głupie samobójstwo”. Czy myślałbyś tak samo, jak Leszek, gdybyś znalazł się na miejscu Hannelore Schmatz? „Wtedy się już nie myśli; wtedy się umiera”. – to ty powiedziałeś. A więc ten problem jednak istnieje i nie jest tak, jak mówisz, że nie ma takich pytań.

Wielicki: Niemniej to była wypowiedź o kimś, o sytuacji zaistniałej wcześniej. A nie była to sytuacja taka, którą on by przeżył sam. Leszek czy ja. Wypowiedź dotyczyła innego wypadku.

Wilczkowski: Pozwól, że ja teraz.

Sonelski: Proszę bardzo.

Wilczkowski: Pierwsza rzecz – o Diembergerze. Diemberger, moim zdaniem, był kiedyś bardzo etycznym alpinistą, ale przegapił własną starość. I chcę wam powiedzieć: uważajcie, żeby się wam to nie przytrafiło. Czas próby przyszedł na niego za późno. I nie wytrzymał tego czasu. Ale zostawmy już Diembergera w spokoju . Natomiast chciałbym zwrócić uwagę, że najbardziej naganna sytuacja nie zdarzyła się na K2, tylko w obozie III pod Lhotse. I zdarzyła się na siedmiu tysiącach trzystu metrach, a nie na ośmiu tysiącach, kiedy niestety już nieżyjący – a powiedziałbym mu to samo, bo mu kilka razy mówiłem to w oczy – Piotrowski zostawił Latałłę. Jest to dla mnie sytuacja podnosząca resztki włosów na głowie. On miał po prostu ciągle za dużo siły. Myślał wyłącznie o sobie, bo taki był. I tacy alpiniści się zdarzają. I niestety – w owym okresie jednak nie spotkało go potępienie ogółu alpinistycznego środowiska.

Zawada: Nie, spotkało! Przecież został wyrzucony z Klubu…

Wilczkowski: No tak! Ale jednak potem zawsze znalazł takiego, który z nim chciał chodzić.

Zawada: Miał do końca swoich dni zakaz udziału w wyprawach narodowych.

Sonelski: To jest kwestia sporna. Ja bym się przychylał raczej do zdania Wilczkowskiego. Było sporo osób – wspinaczy, które nie widziały jego winy. Uważały, że wręcz został wrobiony przez specyficzne układy; Piotrowski stawał się nagle jakimś kozłem ofiarnym. Nie było to jednoznaczne potępienie środowiska. (…)

Ale mamy masę innych sytuacji wątpliwych. Podam bliski przykład : doszły do mnie plotki, po waszej wyprawie na Ganesh, że Wielicki nie zachował się najlepiej po wypadku. Takich pomówień czy plotek jest bardzo dużo. Przecież Wielickiemu stawia się też zarzut, że zostawił Ruediego. Stawia się też zarzut Kukuczce, że „nie zauważył” – konkretnie pisze o tym pan Żemantowski – lecącego Piotrowskiego.

Wielicki: Ale w takim razie spróbuj sprecyzować, co to znaczy – zostawił? Co to znaczy osłabionego partnera? Czy to znaczy: niezdolnego do wspinania?

Sonelski: Nie przywołałem tego za rzutu po to, żebyś się miał tłumaczyć. Natomiast podkreślam to, co już powiedział Wilczkowski; przypadki łamania zasad etyki spotyka się na innych wysokościach również. Ja bym zaryzykował – i chciałbym ewentualnie o tym dyskutować – że powinniśmy przestać myśleć, iż etyka na ośmiu tysiącach jest narażona, a gdzie indziej nie. Bo w końcu na każdej wysokości mogą się znaleźć ludzie wyczerpani, którzy ledwo nad sobą panują, tak może być nawet na Gubałówce. I podlegają wtedy tym samym kryteriom, bo chodzi po prostu o to, że człowiek nie panuje nad wolą, umysłem, charakterem – nad swoim ciałem. (…)

Majer: Chciałbym zwrócić uwagę, że my Bauera, tego z grupy na K2 jakoś… gloryfikujemy dlatego, że mówił ładnie o Mrówce, a Diembergera…

Sonelski: Potępiamy.

 

Ale nie sposób nie postawić sobie pytania, czy dawniej w wyprawach na Mont Blanc, Elbrus czy Noszak możliwe byłoby pozostawienie samego sobie partnera na pewną śmierć? Głośna była swego czasu sprawa Staszka Latałły, który zamarzł na Lhotse, zawieszony na linie, na której obu końcach byli umocowani przyjaciele. Wtedy Tadeusz Piotrowski, ratujący własne życie, został dyscyplinarnie wykluczony ze środowiska. Dziś, gdy przyjaciele mijają słabnącą Dobrochnę Miodowicz, gdy Wielicki nie troszczy się o Ruediego, a Piotrowski znika niezauważony przez nikogo – te sprawy są przyjmowane już inaczej. (…)

Jacek Żemantowski – „Polityka” 52/86

W nawiązaniu do artykułu J. Żemantowskiego chciałbym przekazać kilka uwag bardzo istotnych dla właściwej oceny poruszonych tam kwestii.

Po śródtytule: „Kocham cię życie… J. Żemantowski próbuje dokonać oceny zmiany moralności alpinistów podając za przykład tragedie himalajskie w minionym roku. Komentując je nie przedstawił Czytelnikom rzetelnych faktów, zawarł natomiast sentencję o pejoratywnej zmianie moralności alpinistów dzisiejszych czasów. Jednym z dowodów na przytoczoną tezę miały być okoliczności śmierci Marcela Ruedi, z którym zdobywałem Makalu we wrześniu ub.r. Niestety, J. Żemantowski nie zapoznał się chyba z raportem nt. wypadku, a fakty podane w artykule przez J. Serafina (lekarza wyprawy) są nieprawdziwe lub źle interpretowane przez autora. Chcę więc uściślić fakty: (…) Wobec przytoczonych faktów wydaje się, że imputowanie mi przez autora, że zostawiłem osłabionego Marcela, by nie umierać „dla towarzystwa”, jest nieuczciwe. Dziękuję Opatrzności, że nigdy, jak dotąd, nie znalazłem się w takiej sytuacji, nie wiem też, jakbym postąpił. (…)

Krzysztof Wielicki – „Polityka” 8/87

Majer: …potępiamy, bo on o Mrówce się źle wypowiadał, albo był obojętny. Natomiast trzeba stwierdzić, że Bauer był najsilniejszy, on przetarł ten szlak, on przetorował – ale praktycznie on też zostawił tą dwójkę! Bo on zszedł do obozu drugiego, gdzie były już namioty, gdzieś po południu , jeszcze prawie przed zmierzchem, a Diemberger tam przyszedł w środku nocy. A Mrówka tam w ogóle już nie dotarła. No więc… oskarżenia czy zarzuty etyczne należałoby formułować jakoś bardziej obiektywnie. Uważam, że tej trójki nie należy pod względem etycznym…

Sonelski: Potępiać.

Majer: Nie potępiać, ale klasyfikować postępowania tej trójki.

Sonelski: Dobrze. Zatrzymajmy się na tym wniosku.

Gliński: Najpierw taka myśl. Moi drodzy. Dehumanizacja – to jest cecha współczesnego społeczeństwa, mająca miejsce wszędzie: w sporcie, w stosunkach interpersonalnych. I nie możemy oczekiwać, by alpinizm był czymś innym, by tam żadna dehumanizacja nie miała miejsca. W tą naszą dyskusję musimy włączyć jednak także procesy par excellence biologiczne. Łatwo się mówi o tym, że ktoś postępuje etycznie. Zyga jest etyczny tu siedząc, ja jestem… Do oceny tego, czy postępuje etycznie czy nie, konieczna jest jaka taka percepcja, jaka taka sprawność umysłowa, która na dobrą sprawę jest wynikiem stopnia utleniania, ale też zależy od zmęczenia, od wieku, od wysokości . A jest nas tutaj kilku, którzy widzieli chorobę wysokościową na wysokości tysiąca pięciuset metrów – Waciu, prawda? Sam asekurowałeś chorego.

(…) I usprawiedliwia Cichy decyzję Szerpy (pozostawienia w ścianie Everestu wyczerpanej alpinistki Hannelore Schmatz red.) „On nie mógł jej pomóc. Mógł najwyżej usiąść przy niej i też umrzeć (…). Tam przy maksymalnym fizycznym zagrożeniu, zaczyna się myśleć już tylko o sobie. Zaczyna działać instynkt samozachowawczy i nawet nie ma siły ani czasu na rozmyślania nad tym, czy umrzeć razem z tym drugim człowiekiem, czy ratować się samemu. To dzieje się automatycznie”.I już potem konsekwentnie i, jakby przygwożdżony pytaniem Żakowskiego, Leszek Cichy mówi:

J.Ż. – Gdybyś znalazł się w takiej sytuacji, zdecydowałbyś się zostawić Krzyśka?

L.C. – Musiałbym tak zrobić. Przyjacielowi trzeba pomóc, ale tylko wtedy, kiedy jest szansa, że chociaż jeden przeżyje. W przeciwnym razie popełnia się zwykłe, głupie samobójstwo.

J.Ż. – Czy myślałbyś tak samo, jak Leszek, gdybyś się znalazł na miejscu Hannelore Schmatz?

K.W. – Wtedy się już nie myśli, wtedy się umiera.

Przyznam, że dreszcz przerażenia przebiega po grzbiecie, gdy czyta się te słowa, okrutne słowa. A więc przyjacielowi należy pomagać tylko wtedy, kiedy jest szansa… Otóż nie Przyjacielowi trzeba pomóc zwłaszcza wtedy, kiedy żadnej szansy nie ma, po prostu w biedzie, zwłaszcza w górskiej biedzie, jak zrobili to, przypłacając życiem, Klimek Bachleda, Wawrzyniec Żuławski i tylu, tylu innych. W Pana pojęciu śmierć Bachledy w Tatrach czy Żuławskiego w Alpach, musi się wydawać czymś anachronicznym, jeśli Pana w Himalajach nie byłoby na nią stać, gdyby tego wymagała taternicka więź liny, taternicka solidarność.

Warto się zastanowić, co czują dziś obaj Szerpowie, którzy uratowali swe życie, zostawiając swoich himalaistów z dalekiego kraju tam, pod szczytem Everestu ? Czy zaangażowałby ich Pan do udziału w swej następnej himalajskiej wyprawie? Bo ja nie! (…)

Warto wiedzieć, że pozostanie przy umierającym – nawet za cenę własnego życia. także dobrowolny wybór własnej śmierci za uratowanie cudzego życia, niekoniecznie bywa uznane za „zwykłe, głupie samobójstwo”. Maksymiliana Kolbego taka postawa wyniosła na ołtarze…

Zdzisław Ryn – „Gorzki smak Everestu”, „Życie Literackie Nr 9/83


Na te właśnie słowa „dreszcz przerażenia przebiega po grzbiecie” pana doktora. Powiadamia nas, że „nie można być bardziej lub mniej moralnym” oraz, że „w uprawianiu alpinizmu trzeba być dojrzałym wszechstronnie”, bo „podczas wspinaczki górskiej – co w moim odczuciu najważniejsze – właśnie z moralnej dojrzałości zdaje się egzamin w pierwszym rzędzie”. Wspiera się nawet postacią Ojca Kolbe, a przecież są to różne sytuacje i nieporównywalne przypadki, inna jest też alternatywa, przez co wprowadzanie do polemiki tego wielkiego nazwiska wydaje się czystą demagogią.

To, co powiedzieli obaj polscy zdobywcy Everestu, jest okrutne, ale prawdziwe. Przedstawia pewną sytuację szczególną, o ogromnej doniosłości moralnej, sytuację o charakterze archetypu, gdzie nazbyt pochopna wykładnia opowiadająca się za pozostaniem za wszelką cenę – ściślej: za cenę własnego życia – nie tylko nie stwarza żadnej normy, ale przez swoją fałszywość deprecjonuje zarówno sam problem jak i sugestie jego rozwiązania. (…)

Obaj himalaiści odpowiedzieli uczciwie i, jak sądzę, zgodnie z sumieniem, chociaż była to odpowiedź trudna, a dla pięknoduchów i moralnych mitomanów nawet szokująca. Ale prawda nie zawsze jest łatwa. Prawda nie zawsze nam się podoba.

Jan Paweł Gawlik „Moralista?” – Polemiki, Życie Literackie 83

Wilczkowski: Stanisławski zostawił Gieysztora w drodze do Roztoki.

Witkowski: Dobrze… Ale co to załatwia? Takie postawienie sprawy? Czy to znaczy, że każdemu wolno raz popełnić coś takiego … niefajnego, dopóki się nie przekona, że jego już na to nie stać?

(wiele niezrozumiałych głosów)

Gliński: Krzysiu, ale i ten czynnik biologiczny musimy brać pod uwagę. Bo zrozumiałe jest to, że prawdopodobnie współczesny Żuławski nie poszedłby po Grońskiego, wiedząc o wszystkim – to, co my wiemy – zwłaszcza, gdy toczyłoby się to na wysokościach himalajskich.

Witkowski: Ja myślę odwrotnie…

Gliński: Słuchaj. Tadek Szulc wisi do dzisiaj na zachodniej Makalu. A Schmatzowa siedzi na Przełęczy Południowej… siedzi dalej…

Sonelski: Panowie doktorzy! Proszę o chwilę przerwy. Mnie się wydaje, że zeszliśmy trochę poniżej założonego problemu. Zastanówmy się: my, jako alpiniści, uważamy, że mamy prawo poddawać się tej próbie człowieczeństwa – i jakim kosztem? Natomiast ty w tej chwili usiłujesz wprowadzić jakieś kryteria łagodzące: „bo człowiek tam nie myśli…” My to wiemy, wszyscy tu siedzący wiedzą, że tam nie będą myśleć. Na to dał odpowiedź Wilczkowski, i to jednoznaczną: jeżeli się tam nie sprawdzasz, to po cholerę się tam pchasz! Jeżeli czujesz, że nie sprostasz próbie – to nie idź tam w górę!

(gwar)

Gliński: Zgoda. Odwracam to pytanie. Może i kota do góry nogami odwracam.

Głos z boku: do góry ogonem.

Sonelski: Dobra. Mniejsza o ten ogon.

(śmiechy)

Gliński: No więc, kto wytrzymuje kryteria współczesnego wyczynowego himalaizmu?

Sonelski: To jest w wypowiedzi Serafina. Powiedział, że w skali globu znajdzie się kilka takich osób. Ale inni ślepo ich usiłują naśladować, zauroczeni magią sukcesu… jakiegoś tam.

Gliński: Jest tu rozwiązanie, które zresztą samo się narzuca; możesz wieczorem uprawiać sobie jogging. Nikt ci nie broni. Ale nie daje ci to podstaw do startowania w finale olimpijskim na sto metrów.

Sonelski: Wracajmy do pytania. Dla czego niektórzy ludzie uważają, że oni mogą się testować na tych wysokościach, nawet kosztem partnera?

Wielicki: Zacznijmy więc od tego, kto w takim razie nie ma prawa uprawniać tego sportu wyczynowego, czy też – będzie to nieetyczne, jeśli to zrobi. Jeśli ktoś ukrywa chorobę, jest to nieetyczne. Idzie w góry – i naraża partnera. Jeśli ktoś jest niesprawny, lub też nie sprawdził się wcześniej – wcale nie na tej wysokości; w ogóle, w różnych sytuacjach życiowych – i wie o tym, że jest niepewny, i idzie w góry; jeśli ktoś wiekiem… Przepraszam bardzo, moje zdanie o K2 jest takie, że byli tam ludzie nie…

Sonelski: Niekompetentni, nazwijmy to?…

Wielicki: Diemberger tam nie powinien być… nie, (ogólny śmiech) wiem, o czym myślisz.(przekrzykuje śmiech). To jest niemoralne, że ci ludzie poszli razem się wspinać. Nieetyczne – w pewnym sensie. I uważam, że te przypadki są oczywiste. I te trzeba wykluczyć. Natomiast…

Sonelski: Chwileczkę! (gwar).Czy wszyscy się zgadzają, że to jest oczywiste?

(chaotyczna dyskusja)

Zawada: Studiując różne wypadki można dojść do wniosku, że bardzo łatwo zrobić cyrk, zrobić… coś niewłaściwego na wyprawach, kiedy nieodpowiedni ludzie się do tego biorą. Koledzy często zapominają o tym, że alpinizm to jest sport kwalifikowany. Że to jest sport, który wymaga odpowiednich umiejętności, odpowiedniej fachowości. I wiele rzeczy da się od razu rozstrzygnąć, jeżeli będziemy zwracać uwagę na to, żeby na odpowiednie wyprawy – z założeniem odpowiedniego celu – jechali odpowiedni ludzie. Jako kierownik wypraw wielokrotnie zastanawiam się nad tym, jaki dobrać zespół, i uważam – jedną z najważniejszych spraw jest kryterium tego, jakie mam szanse na dokonanie wyczynu. Bo po co chodzimy po tych górach? Absolutnie chodzimy po to, żeby dokonać wyczynu! To jest bardzo ważne stwierdzenie.

Sonelski: No, to „absolutnie” jest trudne do obrony…

Zawada: Poziom, który dzisiaj osiągnął alpinizm, to jest wynik tego wyczynu, który już wiele lat temu rozpoczęli wszyscy, kiedy pierwszy raz zaczęli się w te góry wybierać i coraz bardziej fachowo je zdobywać. To jest przecież konsekwencja całego rozwoju w sporcie, prawda? Co więcej; ten wyczyn rozwija się w pewien sposób przy założeniu odpowiednich celów i wartości w alpinizmie. Najpierw pierwsze wejście szczytowe, później różne drogi, później zima, później wejścia w najlepszym, sportowym stylu – i ciągle ten rozwój trwa! Na tym tle właśnie należy rozpatrywać również sprawę partnerstwa. Dlatego, że partner może być kimś wspaniałym, kto nam pomaga, z kim razem możemy wykonać założony cel – lub może być dla nas wielkim niebezpieczeństwem. Zaraz mogę przedstawić, dlaczego tak jest. Jeżeli na przykład lecimy samolotem i jest bardzo dobry pilot, ale bierze ucznia, to to nie jest jego partner. To jest jego pasażer. To samo można zauważyć w alpinizmie. Jeżeli na przykład ktoś, kto nie jest zawodowcem – pozwolę sobie ten termin wprowadzić – ale tylko amatorem, wiąże się na przykład z Jurkiem Kukuczką, to Jurek jest dla niego wielkim niebezpieczeństwem!

Heinrich: A nieraz odwrotnie.

Zawada: Może być… może być odwrotnie.

Sonelski: Słuchaj! Nie wiem, do jakiej klasy wyczynów miała dorastać cała ta epopeja na K2, jeśli brał w tym udział jakiś dziennikar’ Parmentier, jeśli brali w tym udział ludzie – jak twierdzi Wanda i w co wierzę bez zastrzeżeń – zupełnie przypadkowi.

Zawada: Właśnie!… To co powiedziałem ma podkreślić tą różnicę między tym, co robią fachowcy, gdy robią duży wyczyn, a tym, co później próbują naśladować amatorzy…

Sonelski: Ale, Andrzeju, Mrówka nie była fachowcem dla ciebie?… (cisza)

Zawada: Ja mam swoje zdanie na ten temat. Oprę się tutaj na wypowiedziach również i Wandzi, która Julie Tullis uważała za amatorkę, a nie zawodowca. Ja nawet mogę powiedzieć, że uważam to samo o Alanie Rouse.

Sonelski: Pozwól. Dla mnie wszystko to razem, właśnie K2, doprowadziło pojęcie wyczynu w światowym alpinizmie do absurdu. Co to w ogóle znaczy – ściganie się na tej trasie na K2? Kto to jest Benoit Chamoux? To jest ekstremalny alpinista, wyczynowiec? Bzdura ! To właśnie świadczy o tym, że tak zwany „wyczyn” w himalaizmie stał się rzeczą względną i nieuchwytną. W tej chwili!

Zawada: Wracam do zdania, które już uprzednio powiedziałem; wyczyn w alpinizmie jest tym, co powoduje rozwój alpinizmu. I niech ktoś mi powie, że szuka tylko przeżyć romantycznych po górach! Takie zdania padały, nawet Chwaściński się wypowiadał, że był wychowany na literaturze romantycznej, ale sam zrobił solowe przejście Zamarłej Turni. I zrozumiałe, że następne pokolenie, które przychodziło, chciało zrobić jeszcze coś większego, prawda? I w ten sposób rozwój alpinizmu widzimy stale. To, co się robi w tej chwili w skałkach, jest przecież dalszym krokiem, jeśli chodzi o pokonywanie trudności skalnych.

Sonelski: To dyskusyjna sprawa, ale zaraz do tego dojdziemy… Słucham.

Wielicki: Co ty chcesz od Benoit, czy od Wielickiego? Powiedz…

Sonelski: Od Wielickiego na razie niczego nie chcę.

Wielicki: Cały czas albo mówisz, albo wracasz do problemu partnera i liny i taternictwa. W tej chwili w górach robi się różne rzeczy. Ludzie się wspinają bez liny, wspinają się solo, skaczą na lotni, po czym idą pod ścianę i znów się wspinają. Czy to jest alpinizm? Tam nie ma partnera, nie ma liny. To jest wyczyn. A wyczyn dla kogo? Dla siebie (podnosi się wrzawa). Jeśli Chamoux chciał wejść w ileś tam godzin na K2 – czy on nie miał prawa sprawdzenia się?

Sonelski: To jest trochę naciągane. Chamoux był finansowany i miał to zrobić, bo mu za to zapłacili.

Wielicki: Gdyby tylko był zainteresowany wejściem w ogóle, że na przykład ta góra mu się podoba, on by tam chciał wejść – to by wszedł. Ale jego interesowało co innego, nie możesz zarzucać komuś, że ma inne cele, czy inaczej widzi wyczyn niż ty. Podejście do gór jest bardzo intymne. Natomiast dziennikarze, moraliści oceniają to, mniej lub bardziej trafnie. Każdy, kto potrafi obronić swoje idee, powie: A mnie i tak to gówno obchodzi, co ktoś powiedział, ja dla siebie się wspinam. Wojtek Kurtyka sobie robi tak, bo chce tak i wszystko inne odrzuca.

Bilczewski: To wszystko jest prawdą. Motywacje każdy z nas ma na pewno inne, i… swoje własne. I pewnie każda dla każdego jest dobra. Ale dalej szukamy człowieka; to jest chyba najważniejsze. Mówiliśmy tutaj o wysokościach himalajskich. Tak się składa, że ja też zajmowałem się ludźmi w sytuacji ekstremalnej. Okazuje się, tak to jakoś jest dziwnie, że prawdziwy człowiek, to co w nim siedzi w środku, wychodzi dopiero w sytuacjach ekstremalnych.

Zawada: Jak się wódki napije.

(śmiech ogólny)

Bilczewski: To też jest sytuacja ekstremalna.

(śmiech)

Sonelski: Dla niektórych codzienna.

Bilczewski: Na przykład Czokuś (Andrzej Czok – red.) był agresywny, jak się napił wódki, a był aniołem w górach, jeżeli chodzi o koleżeństwo i partnerstwo. To są jednak różne sprawy. Wilk pisał już, że można być łajdakiem – albo świętym. Ale też, że pomiędzy tym jest cała gradacja. Bo przecież każdy z nas jest inny; nie każdy ma predyspozycje do świętości . Jak również do łajdactwa. Ludzie czasami bywają w szoku po urazach, zachowują się bardzo dziwnie. Skądinąd ci sami ludzie kilka naście dni później potrafią się zachować jak bohaterzy. W warunkach górskich. Z pełnym poświęceniem. I w tych układach, jeżeli chcemy ocenić ludzi, to trzeba przykładać zupełnie inne miarki do każdego z nich. Niemniej mnie się wydaje, że istnieje tylko jedna droga; jeżeli ktoś się nie sprawdza pod względem etycznym – po prostu nie powinien być brany na wielkie wyprawy. Jeżeli sam tego nie potrafi ocenić, nie ma samokrytycyzmu – to powinni to ocenić inni na podstawie wypadków. Tak powstają doskonałe zespoły. Bo wiemy już, co w trawie piszczy, i co się z ludźmi poprzednio działo.

Sonelski: Adamie, czy chcesz udowodnić, że doskonałe zespoły tworzą tylko ludzie moralnie bez zarzutu?

Bilczewski: Nie. Ludzie znający się. Są ludzie, którzy się nie sprawdzają zupełnie w sytuacjach podbramkowych.

Wilczkowski: Ale można wymóc pewne etyczne zachowania, co tu będziemy dużo gadać. Po prostu potępienie środowiska potrafi wymóc na ludziach, którzy tego nie czują, wyrachowanie; tak muszę postąpić, bo inaczej będę potępiony przez środowisko. Prawda? Mimo, że ma strach u dupy, to on się zachowuje jak bohater.

Rutkiewicz: W jednej rzeczy naprawdę trafił w sedno Adaś. Ja pomijam wypadki krańcowe: zdecydowany łajdak i zdecydowany święty… natomiast bardzo często znajdujemy się w sytuacjach, gdzie gramy rolę na przemian – raz jesteśmy bliżsi łajdactwa, raz bliżsi świętego. Otóż myślę, że dla wielu względnie zdolnych do uczenia się osób wystarczy przejść raz sytuację, w której sam oceni, lub będzie oceniany przez innych, że jest łajdakiem, że jego postępek był nieetyczny. To czasami wystarcza. Myślę, że niezależnie od tego, co my tu wymyślimy, w jakiej formie to opublikujemy – będzie ważne to, że sprawy etyki są sprawą nas wszystkich. Sprawą w tej chwili ważną. Mnie się wydaje, że będzie już punkt od niesienia dla innych… do ewentualnej korekty postępowania, dopasowania do wymogów etyki. Wydaje mi się, że tego również trzeba się uczyć, tego my nie mamy w sobie.

Skorek: Ja chciałem jeszcze wrócić do tej sprawy: wyczyn a etyka. Po pierwsze; wyeliminowałbym tutaj działanie samotne w górach, bo ono w zasadzie nie podpada pod naszą dyskusję. Trudno mówić o etyce osoby samotnie się wspinającej, czy upra­wiającej alpinizm…

Zawada: Ooo, dlaczego?

Skorek: Dla mnie jest to po prostu sprawa mniej ważna.

Zawada: To znaczy masz na myśli etykę w stosunku do partnera?…

Skorek: Tak jest, w stosunku do partnera. Ale chciałbym kolejną taką tezę, może dyskusyjną, postawić… Według mnie jednak poziom wysokości, od której się dzia­ła, ma dość duży wpływ na występowanie problemów etycznych. Mianowicie od pew­nej wysokości zmienia się jakościowo styl działania alpinistów. I prawdopodobieństwo powstania takiej ekstremalnej sytuacji, która tu została sformułowana tak: wyczyn — al­bo się zeszmacić, czy może: przeżyć — albo się zeszmacić — jest znacznie większe na dużych wysokościach. Dlaczego? Jeżeli uprawiamy ten wyczyn na wysokościach al­pejskich, czy nieco wyższych, to tam jest sytuacja klarowna. Jest zespół — podkreś­lam to — jest zespół, który się wiąże liną. I on na ekstremalnej drodze idzie związany tą liną do końca. Jeżeli się zdarzy wypadek, to partner nie opuści drugiego, chociażby z te­go względu, że sam sobie nie da rady. Po prostu będzie wołał o pomoc. I nikt go nie będzie potępiał. Sytuacja jest klarowna, bo ten drugi nie ma wyjścia — choćby nawet chciał. Natomiast od pewnej wysokości brak jest tej liny chociażby, która na stałe tych ludzi wiąże przez dzień, dwa, czy ileś. Oni mogą podejmować zupełnie indywidualne działania. I to jest właśnie problem, który się pojawił na dużych wysokościach. (…)

Witkowski: A propos tego indywidu­alnego działania i liny; jest to problem, który zdarza się nie tylko na bardzo wielkich wysokościach, bo ja z wyprawy na Dhaulagiri pamiętam trzy sytuacje, kiedy idąc w zespole jeden oddalał się od drugiego tak daleko, że nie wiadomo było, co się z drugim dzieje, albo wręcz go zostawiał. I to nie byli ludzie zdeteriorowani, nie musieli się strasznie po­święcać, żeby zostać. I ty miałeś pretensje do Kuby, że cię zostawił, i Młody miał pretensje do ciebie, żeś poleciał na dół, nie wiem, czy Jurek miał pretensje do Andrzeja, że go zo­stawił, bośmy o tym nie mieli czasu roz­mawiać, ale tak było. Jest to stwarzanie zagrożenia. Zostawienie partnera. Myśmy się zawęzili do sytuacji zupełnie ekstremal­nych, kiedy partner umiera, a ja walczę o życie. A to nie jest jedyna możliwość. Ludzie nie związani liną idą po poręczów­kach, ale w terenie trudnym… przecież tam można było zginąć w każdej chwili, wpada­jąc do szczeliny.

Wielicki: Janusz słusznie zauważył; brak liny powoduje to, że powstają wymie­nione przez Krzysztofa sytuacje, w których zostawia się osłabionego partnera, co na przykład bardzo różnie może brać dzienni­karz w prasie polskiej i nie tylko. Tam się uważa tak: jak ktoś kogoś zostawi, to znaczy, że tamten był słaby, umiera i trudno. Ja przez to nie będę umierał, nie? Schodzę. To nie są takie sytuacje. Jest wiele sytuacji… technicz­nych, taktycznych, gdzie zostawia się part­nera nie myśląc o tym, że się w ten sposób stwarza nieetyczną sytuację. Na przykład musiałbym się bronić, ponieważ taką sytua­cję miałem z Marcelem. Ja przez ani jedną chwilę nie myślałem o tym, że Marcel był słaby; nie miał żadnych objawów tego, że był chory, niezdolny do wyjścia. Nie związa­liśmy się liną od początku w ciągu pięciu dni ani razu. Szliśmy — ja torowałem, on szedł za mną. Ja wszedłem na szczyt — zostawi­łem go pod szczytem. Dałem mu wszystko, co mogłem mu dać. Schodziłem dalej — do namiotu. Oczywiście, że wątpliwości ja mam do dzisiaj.

Sonelski: Czy czułeś, że on JEST twoim partnerem?

Wielicki: Nie. Nie czułem… ale… był partnerem. Był partnerem! W sensie, ze pod­jęliśmy hazardowe przedsięwzięcie. Bo był to hazard — po prostu. On sobie zdawał sprawę… myśmy sobie wyjaśnili sprawy przed wyjściem jasno, tak, że była dosyć klarowna sytuacja. Ja na to… mam kaca, oczywiście, … z punktu widzenia etycznego, ale głównie mam kaca innego; że w ogóle podjąłem takie ryzyko. Czyli jak gdyby w sfe­rze błędnej taktyki.

Zawada: Czyli ta odpowiedzialność, o której mówiłeś.

Wielicki: Ta odpowiedzialność… Ja na przykład do dzisiaj mam pretensje do siebie i do niektórych ludzi, którzy nam nie zwrócili uwagi. Ale zaznaczam — nie żeby się bronić, bo mogę przyjąć każde zarzuty i próbować się bronić — chcę się wytłuma­czyć w ten sposób, że nie zawsze to jest na zasadzie zostawienia partnera. Nie wiem, co bym zrobił, gdyby na przykład partner był słaby. Muszę powiedzieć, że po sytuacji z Marcelem przeżyłem coś takiego z Wandą. Kiedy byłem na Annapurnie. Jak pomyśla­łem, że mogłoby się coś stać, to powiedzia­łem: sp…my natychmiast na dół. Ze strachu. A jeszcze się nic nie działo!

Rutkiewicz: Tak powiedział.

Wielicki: Tak było przy Wandzie. Wiesz dlaczego? Bałem się tak jak Andrzej mówi — że mnie po prostu zlinczują. Że znów zostawiłem słabą osobę. Ona nie była ani słaba, ani chora. Były pewne symptomy, że… no, może być coś nie tak. I ja ze strachu zszedłem …

Sonelski: Chcę ci zwrócić uwagę, że to brzmi od strony etycznej… wątpliwie. Ty ze strachu — co powiedzą ludzie…
(niezrozumiałe — zagłuszone przez Wieli­ckiego)

Wielicki: Tak, masz rację! To jest bardzo słuszne, co Andrzej powiedział! To zdanie…
(wiele głosów)

Sonelski: Ja się zgodzę, że to jest ludzkie, ale…

Gliński: Mnie chodzi o Marcela. Wie­działeś ile dni upłynęło od czasu, jak on wyjechał ze Szwajcarii?

Wielicki: Wiedziałem, ale ja ci zaraz podam argument. On w ciągu trzech dni zrobił Shisha Pangmę. Od Zurichu do Zurichu — w sześć tygodni. Byliśmy w Zurichu, po­kazuje slajdy Oswald Enz, który był z Mar­celem. I mówi: no, tu jest załamanie, tu wy­chodzimy… Ja mówię: Ale jak atakowaliście, to mieliście dobrą pogodę? On na to: Jak to? Nie rozumiem. No… więc to było jedno wy­jście. Z bazy. Przyjechali i weszli na szczyt.
(gwar)

Gliński: Z punktu widzenia biologicz­nego to się może udać raz.

Wielicki: Oczywiście, tam zostały po­pełnione błędy. W obawie przed tym, że te błędy zostaną przesunięte w sferę etyczną, to ja z Wandą uciekałem, żeby tylko cokolwiek się nie stało.

Wilczkowski: I dobrze się stało. Na­tomiast, proszę ciebie, mogę ci powiedzieć, że z tego Marcela to ja cię całkowicie roz­grzeszam, jeżeli cię to interesuje, bo tyżeś go musiał uważać za silniejszego.

Wielicki: To jest jeszcze inna spra­wa…

Wilczkowski: Prawda? Musiałeś, bo on miał dziewięć ośmiotysięczników na kon­cie.

Sonelski: Panie Wilczkowski, boję się, że pan trochę sam sobie przeczy.

Wilczkowski: Zmyłkowa informacja! — proszę ciebie. Heinrich, dajmy na to, ma odwrotną sytuację; znając swoje możliwości — on się wycofuje. Dlatego, że wie, że on ma większe możliwości, niż jego partnerzy. Po czym jemu mówią, że nie jest przebojowiec.

Wielicki: On ma rację. Marcel — bar­dzo sympatyczny człowiek, przyjemny… tru­dno, znaliśmy się parę dni, ale robił wrażenie bardzo rozsądnego, mądrego człowieka. Po­wiedz mi, czy jeżeli on czuł, że jest już na granicy właściwie i powinien zawrócić, czy jeśli nic nie powiedział, czy to było etyczne? Wiesz, jakie założenie zrobiłem? Jak wyszed­łem z bazy, to wp…łem specjalne tabletki. Powiedziałem mu jasno, ze może być różnić, nie jestem zaaklimatyzowany, jak się źle po­czuję to spieprzam natychmiast na dół. Tak powiedziałem Marcelowi. Żeby nie liczył na mnie jak nie dam rady — to uciekam.

Heinrich: Pozwól, że wejdę ci w sło­wo. Ja, analizując wypadki na K2, zastana­wiam się, czy tam nie było takiego wypadku, że oni zażywali jakieś środki farmakologicz­ne, dopingowe, względnie wzmacniające, które na tych wysokościach zadziałały w ba­rdzo specyficzny sposób, na tych ludzi — szalenie przecież wyczerpanych. (…)
(po raz kolejny omawiana jest sytuacja na K2)

Sonelski: Ci, którzy usiłują bronić przypadków etycznie spornych chętnie po­sługują się argumentem, że na tych wysoko­ściach człowiek już nad sobą nie panuje, nie jest w stanie myśleć jak należy, no — nie myśli, itd. I dlatego chyba później, na dole, słyszymy odpowiedzi: „Co wy mi tu chcecie zarzucać z pozycji wygodnych foteli”. Być może to prawda. Mamy tu tak kompetentne gremium, że możemy i tę sprawę wyświetlić.

Wielicki: Na pewno masz rację, że nie można tego bronić na zasadzie prostej osi liczbowej — wysokość a zachowanie się w górach; to jest chyba zrozumiałe i to trzeba
jasno powiedzieć, natomiast nie wynika…

Sonelski: Chwileczkę! Cieszę się, że to pada z twoich ust. Wysokości się nie mierzy etyką — czy też odwrotnie.

Wielicki: Masz rację, ale widzisz, jest to, co Janusz powiedział, że warunki działa­nia na dużych wysokościach są inne; inaczej się działa, w innych zespołach, bez liny. Oczwiście, generalnie zasada obowiązuje ta­ka, że popełnianie błędów jest również nie­etyczne. Moim przynajmniej zdaniem. Ale jest to inny rodzaj etyki… Może trudno mó­wić o rodzajach, zaraz tu będą tacy, którzy powiedzą, że jest jedna etyka.

Gliński: Można by, co do relacji mię­dzy łajdactwem a świętością, zwrócić uwa­gę, że częstość notowania skłonności do świętości jest odwrotnie proporcjonalna do wysokości nad poziomem morza.

Kukuczka: Mnie się zdaje, że musimy się umówić co do jednej sprawy. Przynajm­niej ja to tak czuję po tych wszystkich wypo­wiedziach. Umówmy sie, że etyka, czy mora­lność — jest rzeczywiście jedna. Na pewno moralność jest taka sama na sześciu, sied­miu, czy ośmiu tysiącach. I sądzę, że trzeba cały czas myśleć przy naszej działalności w górach: że będziemy zawsze oceniani pod kątem etycznym. I możemy mieć tylko nad­zieję, że jak się trochę zeszmaciłem gdzieś tam, powiedzmy, na wysokości siedmiu ty­sięcy metrów, to będzie mi to wybaczone. Ale ten wypadek, który by się zdarzył w nor­malnej sytuacji — będę wtedy zrównany z błotem.

Sonelski: Kukuś. Nie zgadzam się z twoim stwierdzeniem. Dlaczego? Nie może być tak, że my w ogóle nie usiłujemy określić pewnych norm etycznych już tu, jako punktu wyjścia, tylko będziemy czekać na kolejny wypadek, a potem się zastanawiać. Ja zacy­tuję wypowiedź Wilczkowskiego. „Przed wyjściem w góry partnerzy zwalniają się z ja­kichkolwiek świadczeń pomocy tam, na gó­rze. Kiedy usłyszałem to po raz pierwszy, doznałem wstrząsu. Zadźwięczały mi jakieś dalekie echa wojny, ba! — odwrotu Napo­leona spod Moskwy. Nie, praktycznie ni­gdzie nie stosowano tego jako reguły. Nie potrafię znaleźć żadnej analogii w żadnej innej dziedzinie życia”. O to mi idzie. To jest jakaś reguła etyczna. Jeżeli ona się pojawia, to wnieśli ją właśnie himalaiści jako nowość i możemy dyskutować, czy należy ją potępić, czy uważamy: W porządku! Ci chłopcy tam tak grają, więc niech tak będzie.

Wielicki: W sumie widzę z tej dys­kusji, że są sprawy nieetyczne w sposób oczywisty typu: ktoś ukrywa chorobę, jest niesprawny, przecenia swoje możliwości. Oprócz tych spraw — pozostaje jedno. Zo­stawienie partnera. Nie ma innych sytuacji… oprócz… są drobne inne. Najważniejszy pro­blem. Oczywiście, będzie bardzo trudno nor­my stworzyć, bo trzeba sprecyzować: Co to znaczy zostawić partnera? W jakiej sytuacji? I te normy określić. Proszę bardzo. Określaj­my.

Zawada: Oczywiście, jak najbardziej — moralność i etyka jest tylko jedna. I nie ma innej. W najbardziej ekstremalnych sytu­acjach powinno być zachowane oblicze człowieka, człowieczeństwo. Absolutnie — to jest warunek. Nie widzę innego postępowania i tylko takie mnie interesuje, takie jest dla mnie piękne, kiedy to człowie­czeństwo jest do ostatniej chwili życia za­chowane. Biologiczne sprawy — oczywiś­cie! Ktoś dostanie kamieniem w głowę, w ogóle go zamroczy i wtedy już nie od­powiada za swoje czyny. Ale to się może zdarzyć i tutaj na poziomie morza, prawda? Jeszcze chciałem tu podkreślić: dla mnie właśnie przy dużych wyprawach jest to pięk­ne, że grupa ludzi działa dla jakiegoś trud­nego, wspólnego celu, i to dla celu abstrak­cyjnego. Dla mnie osobiście to jest właśnie najbardziej w alpinizmie pociągające. W wy­padku na przykład złamania nogi pomaga partner drugiemu, zrezygnuje z wejścia na szczyt, co nie zawsze się zdarza. Przykład z wyprawy na Kangbachen, kiedy leżał chory kolega, a nikt z sześciu czy pięciu kolegów nie potrafi się zdobyć na to, ze zostanie przy nim i będzie mu pomagał — wszyscy poszli na wierzchołek. A właśnie… oczywiście, róż­nie się ludzie zachowują; j.ak ktoś w rzece tonie, to nie każdy wskakuje i ratuje. Praw­da? Dlaczego ci alpiniści wszyscy mają być tacy święci? Też ktoś może nie udzielić po­mocy. Ale mnie interesują tylko ci właśnie, którzy tej pomocy udzielają. I na mojej wy­prawie chcę mieć takich partnerów, do któ­rych mam zaufanie i których potrafię spraw­dzić, jak siebie, tak i ich, w najtrudniejszych warunkach — i zachowują twarz. Dlaczego ja Piotrowskiemu nie pozwoliłem na wypra­wie na Lhotse już więcej wyjść z bazy? Bo powiedziałem mu: ty mi nie gwarantujesz, że potrafisz udzielić pomocy swojemu partnero­wi. Dlatego zostawiam cię w bazie. Dla mnie te rzeczy są w ogóle proste i nieskomplikowa­ne, i cały ten szum, jaki w tej chwili się robi…

Kukuczka: Wynika z nieporozumie­nia.

Zawada: Właśnie. Z nieporozumienia! Wielicki i Cichy przychodzili mi z pomocą,, kiedy schodziłem z Przełęczy Południowej i nie mogłem znaleźć dalszego ciągu porę­czówek, i wiem… wiem co im zawdzięczam, i jakie mam do nich zaufanie — a miałem partnerów, którzy mnie na przykład opuścili! Też mogę podać przykłady, ale że są bardziej negatywne, to nie będę wymieniał nazwisk.

Wilczkowski: Dlaczego?

Zawada:’ No…

Wilczkowski: My wszyscy wiemy. (wybuch śmiechu)

Zawada: Ale mnie na ciężkich, dużych wyprawach interesują właśnie stosunki mię­dzyludzkie w tych skrajnie trudnych warun­kach, przy — jeszcze podkreślam raz — przy realizowaniu maksymalnego wyczynu. Bo 0 tym nie trzeba zapominać; pójście na wy­cieczkę na Gubałówkę nie stworzy tych wa­runków.

Sonelski: Rozumiem.

Zawada: Więc wyczyn musi być, musi być odpowiedni partner, fachowość musi występować u wszystkich, to podkreślam. Można sobie łatwo wymyślić wspaniały cel.
I amatorzy — to właśnie była ta siedmio­osobowa grupa, która poszła na K2 — do­prowadzą tylko do wielkiej tragedii, do strasz­nych historii. I później cały świat komentuje ich niemoralne zachowanie się.

Sonelski: Zadam ci pytanie. Wyliczasz te czynniki: musi być wyczyn, musi być to i tamto… A co u ciebie stoi wyżej? Ta etyka , która też przecież ma być, czy wyczyn?

Zawada: Oczywiście, że wyżej sta­wiam etykę. Znaczy: nie wolno zatracić czło­wieczeństwa. I można zrezygnować ze szczytu, jeżeli trzeba ratować kolegę, bo zła­mał nogę, a nie wolno zostawić go z tą złamaną nogą i iść na szczyt.

Sonelski: Mamy tu na sali członków komisji do oceny śmierci Czoka. Tam też były pytania — i znów niestety to wali w Wielickiego i w Kukuczkę — czy oni mieli moralne prawo iść na szczyt, wiedząc, że Czok jest chory? I co?

Wielicki: No, musimy odpowiedzieć. Konsultacje lekarskie odbyły się poprzednie­go dnia wieczorem, przez radiotelefon; le­karz, znając historię choroby Andrzeja, oczy­wiście — nie stwierdził żadnego przeciwskazania do tego, żeby Andrzej szedł na szczyt. Zaznaczam! Na szczyt! A nie do bazy. Nie było mowy o żadnym zejściu, o żadnym wycofie, o żadnej chorobie. Andrzej się czuł gorzej.

Sonelski: Zaczekaj, ty wiedziałeś, że on się czuje gorzej, czy jak?

Wielicki: Nie, gorzej się czuł dlatego, że przyszedł później. O godzinę przyszedł później.

Gliński: Czyli, że czuł się gorzej niż normalnie?

Wielicki: Tak, gorzej niż normalnie. I zaraz ci powiem, jaka była sytuacja. Z Jur­kiem rozmawiamy i z Przemkiem, odnośniejutrzejszego ataku. Jurek i ja mówimy: Idzie­my na szczyt. Atakujemy. Przemek mówi: Nie wiem, zobaczymy, jak się będzie Andrzej czuł, ale nie jest to pewne, że będziemy mogli pójść na szczyt. Rozumiesz. I całą noc nic się nie działo. Myśmy wstali bardzo wcześnie, oni spali. Myśmy wyszli w kierun­ku szczytu, sądząc, ze: albo przeczekają dzień — taka była sytuacja, widzicie, jaka była — albo dzień przeczekają, pójdą po nas — albo po prostu zrezygnują i zejdą. Myśmy się o całej sprawie dowiedzieli po zejściu ze szczytu. Jeśli lekarz, który badał Andrzeja, i cały czas miał z nim do czynienia, nie stwierdza konieczności zejścia Andrzeja, bo gdyby tak była postawiona sprawa, natych­miast byśmy, oczywiście, jeszcze tego same­go dnia… bo to tylko ratowało Andrzeja: Natychmiast jeszcze wieczorem zejść! A my­śmy się położyli do namiotów spać normal­nie. Nic się tam nie działo.

Kukuczka: Ale to jest przykład niejas­nej sytuacji tam, na wysokościach. Rzeczy­wiście, powiem szczerze, że ja nie raz do tego wracam, przemyśliwałem całą sytuację, i nie powiem, że jestem… że czuję się na sto procent rozgrzeszony. Bo rzeczywiście, gdy­by w tym momencie ktoś pomyślał, że jest taka szansa, że jest zagrożenie… i że myśmy tej szansy nie wykorzystali, schodząc jeszcze wieczorem z Andrzejem. Ja czuję, że nie zrobiliśmy sto procent tego…

Wielicki: Tak, to była jedyna szansa, która ratowała…

Kukuczka: Ale w tej sytuacji, wtedy, w namiocie, do głowy mi nie przyszło, że jest to sytuacja zagrożenia…
(gwar wielu głosów)

Wielicki: Nie można było stwierdzić, że Andrzej jest słaby…
(wiele głosów)

Baran: Wojtek Kurtyka by tu powie­dział, że to jest brak wrażliwości na stan partnera. Być może…
(hałas, wzajemne przekrzykiwanie się)

Witkowski: … stąd, że istnieje pod­stawowa niezgodność twojej relacji z relacją kierownika i lekarza wyprawy. Podstawowa niezgodność! Bo jeden i drugi twierdzą, że wtedy juz Andrzej został wezwany do zejścia na dół. Natomiast ty twierdzisz coś absolut­nie różnego.
(zgiełk)

Majer: Mnie to też strasznie nurtowa­ło. Rozmawiałem na ten temat bardzo długo z Przemkiem, kilka razy; czy on, śpiąc razem z Andrzejem nie zauwazył, że ten się źle czuje, że zaczyna umierać… Kiedy on to zau­ważył?…

Zawada: Ale, kochani, uogólniajmy sprawę, bo szczegóły…

Sonelski: Tak. Weszliśmy w bardzo szczególny przypadek. Pani Wando. Pani od dawna chciała coś powiedzieć.

Rutkiewicz: Ja chciałam jeszcze bar­dziej uogólnić to wszystko…

Sonelski: Świetnie. Proszę.

Rutkiewicz: Otóż twierdzę, że to, 0 czym mówi Andrzej, dotyczy pewnego modelu wypraw, w których on jest dobry i jedynych, które zna. Po prostu — nie jest to jedyny model wypraw, jakie w tej chwili chodzą w góry wysokie. Zadaniem wypraw jest w tej chwili nie tylko osiągnięcie celu jakąś trudną drogą. Jest to zbiór pewnych osób, które jadą, żeby wejść na szczyt. Na przykład na K2 drogą Abruzzów, niesłusznie uważaną za łatwą. I tam było parę takich grup. Więc w tej chwili… należy rozpatrywać społeczność górską nie jako jedną społecz­ność, wyprawową, gdzie jest kierownik i re­lacje przyjaźni, wspólnego celu, lecz jako społeczność, w której są również konkurenci z innych wypraw, niemalże przypadkowość i zespoły, tworzące się ad hoc. To nie jest recepta na to, jak uzdrowić sytuację, tylko to jest bardzo ważny czynnik, określający w tej chwili działanie himalaistów w górach wy­sokich. Nie ma obecnie wypraw, jakie były kiedyś, o których wspominamy, do których być może niektórzy z łezką wracają. Jest model wypraw wyczynowych w innym sen­sie, niż ty mówisz — nie zespół, działający dla wyczynu, tylko ktoś jeden realizujący swój wyczyn indywidualny — lot na lotni, na balonie — nie wiem… bez tlenu…

Zawada: Nic nowego. Były nawet wejścia solowe na Everest; przypominam: nic nowego pod słońcem.

Rutkiewicz: I chcę powiedzieć, że o wiele trudniej jest określić nam reguły postępowania w przypadku grupy niezwiąązanej wspólnym celem, albo nawet wspól­nym interesem, A te dotyczące działania w ramach jednej wyprawy są oczywiste, znane z podręczników, od instruktorów, i tak dalej… Cały wypadek na K2 jest naprawdę inny i nie można go rozpatrywać w katego­riach, o których mówi Andrzej, że grupa dylatentów… (…)(wrzawa)

Sonelski: Proponuję przerwać w tym miejscu. Ja już dziesięć lat temu usłyszałem zdanie: „Cały ten — piękny zresztą — ethos taternika, ta lina, ten partner, to już prze­szłość. Teraz każdy dba o siebie. Tylko takim kosztem można osiągnąć liczący się na are­nie światowej wynik. Uczciwość wymaga, aby publicznie i wyraźnie powiedzieć to spo­łeczeństwu. To, co było dawnej, nieodwołal­nie skończyło się. No! — chyba, że uprawia się alpinizm rekreacyjny”.

Majer: Bzdura.

Sonelski: Chwileczkę. „Walka na naj­wyższym poziomie wymusza nowe reguły postępowania”. I dalej: „Jest w tych okru­tnych zdaniach jakaś logika. Gotów jestem częściowo uznać racje tego wywodu. Fak­tem jest przecież, że na dużych wysoko­ściach na wszystko reaguje się swoiście. Koń­czy się normalność, zaczyna się domena pa­tologii. Biologia domaga się drastycznie swych praw. Traci na tym to, co w nas duchowe. Być może największy problem wyczynowego himalaisty — to nie pozwolić się zdominować całkowicie biologii”.
Chciałbym usłyszeć, na ile tylko takim kosztem — czyli zaniedbania spraw etycz­nych — można osiągnąć wynik. Czy to jest prawda?

Majer: Wydaje mi się, ze to jest jedna bzdura.
(przekrzykujące się głosy)

Kukuczka: Mnie się zdaje, że dlatego dochodzi do tej naszej dyskusji. Dlatego, bo zaczynają zabierać głos tacy ludzie, jak ten.

Sonelski: To jest zdanie jednego z al­pinistów, który to przekazał Jagielle…

Fromenty-Bilczewska: Jurek! Escoffier identycznie tak mówił. Sam się prze­konałeś we Włoszech. Jego wypowiedzi są identyczne. We Francji miałam dyskusję w „Alpirando” i w „Mountagne Magazine”. W tej chwili panuje indywidualizm. I sami dziennikarze… my nie możemy nic powie­dzieć na ten temat. I to jest niestety strasz­ne…!

Sonelski: Boję się, że nagle staliśmy się rzeczywiście bardzo zwartym kręgiem.
Wyrażone tu opinie — ku mojemu zasko­czeniu — bardzo się pokrywają. Oczekiwa­łem ostrego starcia: wyczynowcy kontra mo­raliści — a tymczasem okazuje się, że wszy­scy są zgodni. To znaczy: nie ma takiej sytu­acji, że wyczyn, czy w pewnych wypadkach pseudowyczyn, stawiany jest ponad wszyst­ko inne?…
(chaotyczne dyskusje)
(…)

Majer: Ja się z tym nie zgadzam i uważam, ze tak nie jest.

Sonelski: Ale fakty chyba tego dowo­dzą?

Majer: Właśnie, że fakty tego nie do­wodzą, a… ale pisze się.

Wielicki: Na samym K2 wszyscy zde­cydowali się zostać jednak.

Rutkiewicz: Właśnie, to jest przykład jak gdyby…

Wielicki: Przeciwny przykład.

Majer: Zupełnie przeciwny przykład.

Wielicki: A że był wypadek, że ludzie poginęli — błędy! Niedoświadczeni ludzie poszli.

Zawada: Niedoświadczeni! Tak jest.

Wielicki: Słabi.

Heinrich: Mnie się wydaje, że my zbyt jednostronnie patrzymy na sam moment za­istnienia wypadku. Nie oceniamy innych sytuacji, tylko analizujemy sytuacje, gdzie ludzie ginęli i zawężamy się do bardzo krót­kiego okresu czasu. Natomiast jestem prze­konany — wracając do Kangchendzóngi, bo ten problem nie był zakończony — jestem przekonany w stu procentach, bo wspinałem się z Krzyśkiem dużo, i z Jurkiem — że gdyby u nich zaświtała chociaż myśl, że Czokowi cokolwiek się może stać, to prze­cież by zeszli z nim. Przecież mieli jeszcze cały miesiąc czasu na Kangchendzóngę… nic ich nie dopingowało, żeby akurat w tym dniu wchodzić na szczyt.

Wielicki: On ma rację.

Sonelski: Pozwól, Andrzeju. To jest przypuszczenie, wobec tego zostawmy to. (totalna wrzawa)
— Proszę o spokój!

Heinrich: Ale posłuchajcie! Byłem w takiej sytuacji, kiedy z Markiem Malatyńskim i Przemkiem Nowackim szedłem granią Gasherbruma. I do momentu, kiedy Marek stracił wzrok, nie zdawałem sobie absolutnie sprawy z zagrożenia. Wszystko przebiegało normalnie.

Zawada: No! Andrzej! Andrzej! …

Heinrich: i… i dopiero wtedy.

Zawada: Co przebiegało normalnie!? Już w ogóle wasze wejście na szczyt było nienormalne.

Heinrich: Ja rozumiem, popełniliśmy masę błędów, ale nie zdawałem sobie ab­solutnie sprawy z jakiegoś zagrożenia…

Zawada: Właśnie taktyka, jaką żeście zastosowali, doprowadziła do tego wypadku.

Heinrich: No tak, oczywiście, ale to był cały szereg błędów…

Zawada: Widać z tego jak bardzo łatwo cyrk zrobić w górach.

Heinrich: … które zresztą zostały po wyprawie wypunktowane.

(wiele głosów nakładających się)

Sonelski: Nie wszyscy na raz! Niech skończy Heinrich!

Heinrich: Według mnie należy ludzi wychowywać w duchu tej etyki, w duchu partnerstwa …

Sonelski: Klasycznej etyki, nazwijmy to.

Heinrich: Natomiast tam, na wysoko­ści, trzeba im dać pewną swobodę działania. Nie możemy tutaj, przy zielonym stoliku, analizować potem kroków i wytykać błędów. Bo to nie będzie nigdy obiektywne!
Wielicki: Teza jest! Wreszcie jest teza.

Sonelski: Momencik! Wielicki ma tezę!

Wielicki: Ponieważ ktoś powiedział, że spotkaliśmy się na okoliczność tych wypad­ków ostatnich, to mam tezę, że te wypadki nie miały ścisłego związku z obniżeniem etyki wśród alpinistów, o których się mówi.

Zawada: No jasne, że nie miały! Po­wstały z błędów taktycznych pewne sytuacje, a później objawiły się nieetyczne zachowania, Ale nie z powodu etyki to się stało.

Sonelski: Wanda to właśnie w swojej wypowiedzi napisała. I bardzo mądrze napi­sała; nie szukajmy przyczyn szczególnego upadku etyki u himalaistów, bo to jest rzeczy­wiście absurdalne, ale dopatrujmy się tych przyczyn w ogólnym upadku etyki. Dopatruj­my się również w tym, że — trochę wbrew temu, co mówi Andrzej Zawada — współ­czesny sposób rozumienia wyczynu, albo czasem — „pseudowyczynu” w Himalajach spowodował, że dzisiaj biorą się do tego niefachowcy. I będą się brali w dalszym ciągu. Niestety, Himalaje zmalały! Ale my, alpiniści-amatorzy, ale jak najbardziej fachowcy — zbierzemy cięgi, jako że kiedyś utworzyły się i wciąż funkcjonują mity. Himalaiści, himalaizm dziś uważany jest — obowiąz­kowo! — za ostoję etyki. W Tatrach nikt już nie zwraca na te problemy uwagi. Takie na przykład ciężkie w końcu wykroczenia prze­ciw etyce, jak odmowa pójścia na akcję ratun­kową, dzisiaj przechodzą bez wrażenia. Bo to są „tylko” Tatry. W Alpach też się tym nie przejmujemy, tam od ratowania są inni — he­likoptery, ratownicy. W Himalajach to nie ujdzie, bo tam ciężkie sytuacje na ogół kończą się śmiercią, a ratować trzeba się samemu, albo siłami zespołu.
Niestety, Himalaje ogniskują na sobie uwa­gę opinii publicznej. I tu wracamy do punktu wyjścia dyskusji, bo w trakcie zaczęto nagle tak stawiać sprawę, że właściwie trzeba by dyskutować o taktyce. Ponieważ opinia pub­liczna jednak koncentruje uwagę na himalais­tach — jak powiada Jagiełło: od tych ludzi wymagamy szczególnej jednorodności etycz­nej. I ich szczególnie bierzemy pod soczewkę. Trudno.
Wielicki: No tak, ale publicity zajmuje się przede wszystkim wypadkami i tym co się stało, jak się kto zachował po wypadku. A wydaje mi się …

Sonelski: Panie Wielicki, Żemantowski nie pisze ci, coś ty robił przed czy po wypadku, tylko pisze krótko: zostawiłeś partnera. (gwar)

Wilczkowski: Waciu! (przekrzykuje hałas) Waciu. Pierwsza rzecz; nie po toś sprowadził do Gliwic tylu, żeby sam gadać … (śmiechy)

Sonelski: Ale to zawsze można wyciąć z taśmy.

Wilczkowski: Nie szkodzi, ale gadasz i gadasz, bracie …

Sonelski: Udzielam głosu koledze Wil­czkowskiemu.

Wilczkowski: Dobrze.
(śmiechy)

Wilczkowski: W swoim eseju bardzo wyraźnie rozgraniczyłem moralny obowiązek od poświęcenia. (…) Zdajemy sobie sprawę z tego, że na ośmiu tysiącach nikt nikogo nie weźmie na plecy — kiedy już zaistniała sytuacja, że towarzysz umiera, czy jest ciężko chory. Natomiast chciałbym zwrócić uwagę na to, że cały problem to jest problem zwraca­nia uwagi na ostatniego. Zwłaszcza przy schodzeniu. Ten ostatni to jest ewentualny kandydat do pomocy. Albowiem w przygnia­tającej większości przypadków, jakie znam — ulegli wypadkom ci, co zostawali najwyżej i zawsze w czasie zejścia. Wtedy jest czas na to, żeby zwracać na towarzysza uwagę. Żeby nie zostawić go samego z jego popłochem, z jego zdenerwowaniem, z jego zbyt szybkimi ruchami i z jego chęcią dogonienia partnera. Ja absolutnie nie zgadzam się z tezą, że nastąpił upadek obyczajów. Obyczaje zawsze były takie same, tylko w tej chwili — ponie­waż Himalaje są jak na patelni, widoczne dla całego świata — w związku z tym na nas patrzą.

Zawada: I poza tym przed wojną było u nas sto dwadzieścia osób wspinających się, a dzisiaj jest tam… te cztery tysiące. I to samo jest na świecie.

Wilczkowski: Nie jest to istotne, że nas oceniają, ale jest to istotne, żeby nie budzić się po nocach samemu z wyrzutami sumienia, że można było coś zrobić. I tutaj przed naszą dyskusją, zostałem zaatakowany, ze ja uważam, że każdy ma te bezsenne noce.
I powiedziano mi, że są tacy, którzy tych bezsennych nocy nie mają. A ja powiedzia­łem, że tacy nie istnieją. I z tej dyskusji widzę, ze rzeczywiście nie istnieją. I dlatego, żeby nie mieć tych bezsennych nocy, żeby nie miała ich młodzież — my musimy zwracać uwagę na naszą etykę. A przede wszystkim ci, którzy tworzą wielki alpinizm — to znaczy: wy. Bo już nie ja. Wy powinniście na to zwracać uwagę. Takie jest moje zdanie, może nieco archaiczne, ale… nie wiem. Nie jestem taki pewien, czy to jest archaiczne.

Rutkiewicz: Ja się z tobą zgadzam, po prostu.

Skorek: Musimy sobie z tego zdawać sprawę, że będziemy cały czas pod pręgie­rzem opinii publicznej. Wracając do przykła­du, o którym mówił Andrzej Zawada; jeżeli ktoś tonie w rzece, a tłum nie pomaga — nikt nie skoczy, w końcu ktoś się utopił — to kwituje się to w środkach masowego przeka­zu, że znieczulica, i tak dalej, utopił się facet. Ale żadnego krzyku nie ma. Niestety, u nas jest sytuacja inna. W tych sytuacjach drama­tycznych jest dwóch, czterech, czy tam iluś — jest skończona liczba osób i można po­wiedzieć, że Iksiński nie udzielił pomocy. I już konkretnie można pokazać palcem. To jest, niestety, prawda, z którą musimy się pogo­dzić. Prasa nas atakuje… Ona ma w zasadzie prawo tak robić; taka jest rola prasy, nie musi obiektywnie na rzeczy patrzeć. My powinniś­my jakoś odpowiedzieć na to wszystko.

Gliński: Jeszcze chyba jeden moment. O każdej grupie profesjonalnej, a za taką chyba nas trzeba uważać — opinię tworzą najgorsi. Stąd się przyjęło: Lekarz bierze łapó­wki, malarz pije wódkę…

Sonelski: No, panie Michale, jak się atakuje Kukuczkę czy Wielickiego to to nie
przystaje do sytuacji. Ale wróćmy do rzeczy.

Zawada: Uważam, że etycznie muszą się zachowywać zarówno amator, jak i dobry alpinista, jak i normalny człowiek na ulicy. Pamiętajmy o tym. Do licha, do czego wraca­my? Etycznie musi się zachować każdy! I jest tylko jedna moralność. Obojętnie, czy na ośmiu tysiącach, czy na nie wiem ilu. Możemy tylko rozważać, że deterioracja, niedotlenie­nie — czy już nie pozbawiła tego człowieka, tego osobnika — ludzkich cech. To jest inna sprawa. Możemy sobie wyobrazić, że nawet na ulicy ktoś postanowi wejść kiedyś na K2, może i do tego dojdzie, ale jak będzie miał tam wypadek, to się powinien zachować etycznie.

Gliński: Tak, tylko że biologia ma swoje prawa …

Zawada: Ma! Oczywiście, ale jeżeli w ogóle zajmowanie się alpinizmem, to jest wyraz człowieczeństwa… Powiedzenie Mal- lory’ego, że wspinam się, bo istnieje Everest… dla mnie jest to naiwne powiedzenie. Już dawno się powinno zrobić korektę. Jest zupe­łnie obojętne, czy ten Everest istnieje, czy nie; jeżeli nie ma człowieka, to w ogóle nie jest ważne, że ta góra istnieje. Powiedzenie — ono nic nie mówi! Idę tam, bo jest Everest… nie dlatego on szedł, że ten Everest był, tylko dlatego, że on miał świat swoich wartości. I uznał, że wchodzenie na najwyższą górę jest jego ideą. A ta idea jest wyrazem człowieczeń­stwa.

Gliński: Mallory w tym powiedzeniu chciał się odciąć od profanów, nie wpuszczać ich w swoje intymne sfery.

Zawada: Jak zadają naiwne pytania, to się najlepiej mówi: Idziemy dlatego, że płacą nam za metr wysokości złoty dwadzieścia…

Sonelski: Tak, ale motywację to już zostawmy, zgoda? Właśnie o to się upomina Jagiełło w pięknych swoich zdaniach, iż grozi nam, że zatracamy nagle ten świat wartości dodatkowej, ludzkiej, którą wnosi się wraz z alpinizmem. I trzeba się bać, żebyśmy tego nie zgubili.

Zawada: To jest najważniejsze! (chwila ciszy)

Majer: Ale… drugie uogólnienie.

Soneiski: Tak, słucham.

Majer: W pierwszym powiedzieliśmy, że nie można rezygnować, czy stosować tary­fy ulgowej, do spraw etycznych. A drugie uogólnienie jest takie, że nie upadek etyki alpinistów ostatnich lat był przyczyną tej wielkiej liczby wypadków w górach, czy Himalajach. Myślę, że to błędy taktyczne, a nie błędy etyczne są przyczyną tych wypadków.

Sonelski: Ja właśnie nie chcę widzieć, nie chcę szukać związku. My abstrahujemy od wypadków, tylko sprawdzamy, czy istnieje zjawisko upadku etyki, co ono dla nas ozna­cza i jak mu przeciwdziałać.

Majer: Ale nie możemy abstrahować od wypadków, jeżeli główny zarzut prasy, publikatorów jest taki: Są wypadki, a przyczyną wypadków jest upadek moralny i etyczny…

Wielicki: Nie, jest rywalizacja partners­ka, jeden zostawia drugiego — stąd są wypa­dki.

Majer: A poza tym — tego w górach zupełnie nie ma!

Sonelski: Ale wydaje mi się, ze te sprawę załatwiliśmy stwierdzeniem, że ponie­waż my startujemy właśnie tam — świado­mie, dobrowolnie przyjmujemy możliwość tej próby najcięższej. Musimy się liczyć, że so­czewka opinii publicznej jest na nas bardzo ostro ustawiona. A ucieleśniamy między in­nymi ich marzenia, ich idee. Oni chcą, oni się trzymają tego mitu człowieka gór. I my, nie­stety, nie bardzo możemy się wyłgać od podtrzymania tego mitu.

Wielicki: Trzeba właśnie wytłumaczyć te sprawy. Że mit, tak jak powiedział Wilk, istniał — i nieuzasadnienie istniał, i istnieje.

Sonelski: Ja zupełnie się nie zgadzam z Wilczkowskim, że nie nastąpiły zmiany w etyce. Weźmy taki punkt. Kiedyś śmierć w górach była traktowana inaczej. Na przy­kład śmierć uczestnika wyprawy przesądzała o jej porażce. Koniec! Zginął facet — wyco­fujemy się. Później niepostrzeżenie przyjęło się uważać, że nieosiągnięcie szczytu
— i TYLKO nieosiągnięcie szczytu — jest porażką wyprawy. A stało się to jakoś tak mimochodem, „po drodze”, przy czym po­sługiwano się argumentem, że przecież jak już ktoś zginął, to „szkoda” tej śmierci, bez zdo­bycia szczytu pójdzie ona „na marne”…

Wielicki: O, to jest nowy, ważny temat — do dyskusji!

Sonelski: On też chciałby wejść na ten szczyt, więc dla niego niejako… my się poświęcamy i z ciężkim sumieniem, walcząc, bijąc się z myślami — jednak idziemy na szczyt. Ale o czym to świadczy? To jest chyba jeden z objawów jakiegoś relatywizmu etycz­nego. Upadku? A takich by się znalazło wię­cej.
(gwar)

Rutkiewicz: Poprzednie wyprawy, kiedy pieniądze szły z kasy jakiejś-tam, spon­sora, państwowej, klubu, czegokolwiek
— umożliwiały tego typu decyzje. W himalai­zmie europejskim i w ogóle światowym w tej chwili mało kto jeździ za pieniądze czyjeś. Jeździ się za pieniądze własne. Wydaje mi się, że również tutaj jest odpowiedź na to pytanie.

Sonelski: To znaczy: byliśmy zmuszeni niejako do tego zatknięcia flagi, bo tego od nas oczekiwano?…

Rutkiewicz: Nie, nie, nie zrozumiałeś. Właśnie odwrotnie.
Chór głosów różnych: Odwrotnie, Waciu! Odwrotnie!…

Rutkiewicz: Nikt nie chce tracić wejś­cie na szczyt, bo zapłacił, to kosztowało dziesięć tysięcy dolarów… dlaczego ma to tracić?…

Sonelski: No i to jest też zupełnie nowy problem.

Heinrich: Wacek, Wacek, posłuchaj!

Sonelski: Słucham.

Heinrich: Ja stanąłem przed takim problemem na Nanga Parbat, kiedy w obozie czwartym byliśmy z Jurkiem i najpierw do­staliśmy wiadomość, że zleciał z lawiną Piot­rek Kalmus, potem — że zginął. I zastanawia­liśmy się. Paweł, był początkowo zdania, żebyśmy schodzili. Zaczęliśmy go przekony­wać. Ja się zacząłem zastanawiać. No, dob­rze. Jeżeli teraz zrezygnuję, to w zasadzie trzeba by wrócić do kraju i przestać się wspi­nać. Jaki sens jest przyjechać i zacząć or­ganizować następną wyprawę przez dwa lata, włożyć znowu ogromny wysiłek, żeby znowu to samo ryzyko podejmować? I tak już jemu w tej sytuacji nie mogliśmy nic pomóc
— a góra stała przed nami. Miałem pełną satysfakcję po powrocie do kraju, kiedy roz­mawiałem z matką Piotrka Kalmusa i powie­działa mi w ten sposób: Panie Andrzeju, jestem szczęśliwa, że weszliście na szczyt, bo przynajmniej ta śmierć nie poszła na marne.

Sonelski: A czy to nie jest objawem powszechnych zmian w etyce?

Gliński: (przekrzykując nagle zaistniałą wrzawę) Sekundkę, sekundkę, nieprawda! Dlaczego należy powiedzieć, że etycznym jest przerwanie wyprawy w momencie śmierci uczestnika. Dlaczego to akurat ma być etycz­ne?!

Sonelski: No wiesz, jestem zaskoczo­ny, bo ja pamiętam jakeś ty stawiał sprawę na Makalu, wtedy jak umarł Szulc.
(wrzawa)

Gliński: … Ja na Makalu musiałem mówić jako lekarz, a zdałem sobie sprawę, że kontynuacja wyprawy po śmierci stwarza je­dnak — w minimalnym procencie, ale zwię­kszone ryzyko, jako że każdy uczestnik bę­dzie miał pewne opory psychiczne.

Sonelski: Współczuję ci takich pro­blemów…
(wrzawa i zgiełk okrutny. Nad zgiełkiem za­czyna płynąć fortissimo głos Wilczkowskie­go)

Wilczkowski: (skandując) Żadna działalność ludzka nie zostaje przerwana tyl­ko dlatego, że ktoś umarł!
(cisza)

Wilczkowski: Pokażcie mi taki przy­padek!

Bilczewski: A wiemy z góry, że to jest niebezpieczne. Na każdej wyprawie…
(gwar)

Wilczkowski: (jak wyżej) Czy gór­nicy przestają fedrować tylko dlatego, że był zawał?

Sonelski: Zgoda. Ale chodzi mi tylko o podkreślenie, że zmieniły się pewne zasady etyki. Bo kiedyś jednak ten argument był poważny; zginął nasz partner, kolega, wyco­fujemy się.
(zgiełk)
— Proszę o spokój. Skończymy kwestię; amatorzy czy profesjonaliści.
(…) (Zawada przytacza dalej obszerne fra­gmenty opracowania Rutkiewicz o K2, doty­czące Diembergera i Tułłis) (…)

Zawada: A wracając do Tadka Piot­rowskiego; jego wejście w pewnym sensie mogę też traktować jako amatorskie, to zna­czy — fachowo nieuzasadnione. Tadek poprzednio nie był na żadnym ośmiotysięcz-niku. Ja wiem, dlaczego on nie był na oś-miotysięczniku. I wybrał sobie jako pierwszy — najtrudniejszy z ośmiotysięcznych szczy­tów K2, w dodatku z założeniem, że będzie bardzo długo przebywał powyżej ośmiu ty­sięcy metrów. Czy to wystarczy?

Sonelski: To powiedz, dlaczego nie był na ośmiotysięczniku. Mówisz, że ty wiesz.

Zawada: Dlatego, że jego kondycja, jeśli chodzi o wysokość, spadała gwałtownie począwszy od siedmiu tysięcy metrów. Jak na dole był jak tur, tak od siedmiu tysięcy metrów robił się coraz słabszy.

Kukuczka: Słuchajcie, ja jestem zo­bowiązany w tej chwili się włączyć…

Sonelski: Proszę bardzo.

Kukuczka: Jeżeli chodzi o Tadka; w momencie, kiedy byliśmy na szczycie, gra­tulowaliśmy sobie dwóch rzeczy: Pierwsze: wejścia na ten szczyt. A drugie — że przez to wejście przełamaliśmy tą złą opinię o Tad­ku jako o tym, który nie umie wchodzić na osiem tysięcy. Pamiętaj, że gdy byliśmy na szczycie — to był trzeci dzień naszego po­bytu na ośmiu tysiącach. I to już, uważam, skreśla tę opinię, o której mówisz.

Wilczkowski: No, niestety! niestety! Jeżeli komuś spadają raki…

Wielicki: Tu bym się nie zgodził…

Wilczkowski: … to znaczy, że nie dorósł do ośmiu tysięcy metrów.

Kukuczka: Raki spadały nie raz, nie dwa. Tadkowi pewnie się to juz zdarzało nie raz. Mnie tak samo się to zdarzało.

Gliński: Zydze też…
(śmiechy)

Kukuczka: Rzeczywiście, przypadek był fatalny.

Zawada: I wiemy, kiedy te raki spada­ją. Właśnie jak już się rano nie ma siły do tego, żeby je odpowiednio przypiąć.

Kukuczka: Być może, ale to jest właś­nie ta sprawa biologii. (…) My sobie zdajemy sprawę, że działamy w sytuacjach ekstremal­nych, gdzie rzeczywiście człowiek popełnia pewne błędy.

Wielicki: No, niemniej podziwiam cię, że się zdecydowałeś tu w kraju z Tadkiem jednak, znając jego historie ośmiotysięczne… Ja ci powiedziałem, że ja bym się nie od­ważył.

Zawada: A widzisz?

Wielicki: Tak, ja cię podziwiam, że podjąłeś takie ryzyko.

Zawada: A w końcu to fachowcy w tej chwili mówią.

Kukuczka: Jeżeli chodzi o dojście do szczytu, to rzeczywiście, nie mam sobie nic do zarzucenia.
(wiele głosów)

Sonelski: Ja bym chciał wyjaśnić pe­wną kwestię. Czy to do czegoś zmierza?… że byś się nie odważył z nim pójść? Czy chodzi o to, że człowiek o — powiedzmy — zaszarganej opinii nie kwalifikuje się…

Wielicki: Nie, nie w tym sensie. Ja mówiłem w sensie…
(zgiełk)

Zawada: Tylko proszę nic tutaj nie sugerować o stronie etycznej Tadka; chodzi­ło tylko o jego odporność na dużej wysoko­ści.

Sonelski: Dobrze. Wobec tego propo­nuję rozważyć coś takiego: czy, wobec tego, jeśli taką wagę przywiązujemy do etycznego postępowania i o dziwo — czym jestem zaskoczony! — taka zgodność panuje, że trzeba postępować etycznie…

Wielicki: Ale czy się dziwisz temu?

Sonelski: Dziwię się trochę tej zgod­ności. Ale mniejsza o to. Czy wobec tego ktoś, kto się jakoś etycznie zblamował, kto budzi pewne wątpliwości, jest dalej partne­rem w pełni? Któremu można zaufać? Z któ­rym się zdecydujemy pójść w górę?

Rutkiewicz: W wielu przypadkach — tak. Ludzie się również uczą pewnych rzeczy. Podałabym przykład pewnego zespo­łu, w którym partnerka zostawiła swoją part­nerkę. A ta druga nie potrafiła schodzić. Zawsze miała problemy z zejściem. Mimo, że była świetna w ogóle idąc w góry. I po którymś tam razie, takim dosyć… no, powie­działabym znaczącym, zawsze towarzyszy jej w zejściu. Bo wie, że ona właśnie ma taki problem.

Zawada: Nie można człowieka karać na całe życie. Wyście tu mówili o wychowa­niu etycznym — człowiek się może wycho­wać. Jeszcze raz wracam do tego wypadku na Lhotse. Kiedy Tadek po wypadku z Latał- łą wrócił do bazy — mam wspaniałe nagrania magnetofonowe dyskusji, jaka się odbyła po jego powrocie — nie rozumiał swojego nieetycznego postępowania. W ogóle był bardzo zdziwiony, że my mamy do niego pretensje. Wtedy uznałem, że on sobie nie zdaje sprawy, jak należy się za­chować w trudnej sytuacji z partnerem i uznałem właśnie, że go już, niestety, z bazy nie wypuszczę. (…)

Wilczkowski: Ja znam tę sprawę, ja ją analizowałem…

Zawada: Ja chcę tylko powiedzieć, że zwracając się z wnioskiem do sądu koleżeńs­kiego wcale się nie powoływałem na sprawę nieetycznego zachowania. W ogóle uznałem, że to jest sprawa, która mnie jako kierownika — nie dotyczy. Że sąd to ma rozstrzygnąć. Ja natomiast przedstawiłem zupełnie kon­kretną sprawę: Niewykonanie polecenia kie­rownika. A polecenie było: Związać się liną!

Wilczkowski: Żeby nie było niejas­ności. Było mianowicie tak, że wyszli z na­miotu razem. Surdel został, bo coś mu rak… i wrócił do namiotu mocować sobie rak, natomiast Piotrowski pobiegł na dół, twier­dząc później, że nie było potrzeby wiązania się liną, bowiem teren był łatwy. W tym łatwym terenie następnie stwierdził, że pole­ciał; jak leciał, to mu się przypomniała córe­czka, która prosiła: Wróć, tatusiu! I się tym tak stremował, proszę ciebie, że czekał u koń­ca poręczówek, po czym zszedł do namiotu i stwierdził: coś się musiało stać, bo ja czeka­łem na nich, ale oni nie schodzą.

Gliński: Wiedział, ze Surdel jest jesz­cze z tyłu. I zaasekuruje Staszka.

Zawada: No a przecież mógł zginąć gdzieś Surdel.

Bilczewski: Żebyś nie spał spokojnie, to ci muszę powiedzieć, że tutaj — poza sprawą Piotrowskiego — jest jeszcze jedna. Latałło nie był alpinistą. Dla niego wysokości siedmiotysięczne to było objawienie. I nigdy niealpinista na tych wysokościach, w sytu­acji podbramkowej — obsunięcia się, sil­nego mrozu, czy czegoś takiego — nie za­chowa się tak, jak alpinista. Już wypusz­czenie go na te wysokości stwarzało niebez­pieczeństwo, z czym się też należało liczyć. No a już, powiedzmy, zostawienie go przez Tadka… Zapomnienie o tym, że to jest zupeł­nie zielony człowiek w tym terenie — to już podnosi włosy na głowie. On sobie o tym zapomniał. Bo rzeczywiście, alpiniście się tam nic nie miało prawa zdarzyć.

Wilczkowski: Nie, on o tym nie zapo­mniał. Ja go miałem na kursie lodowcowym w Alpach, w sześćdziesiątym siódmym roku; on odwiązał się od liny i szedł do schroniska. W ścianie. Bo było już łatwo… to poszedł. I ja napisałem potem do Zarządu Głównego list, że jest to tępy fanatyk i wcale bym się nie zdziwił, gdyby uronił towarzysza wcale tego nie zauważywszy.

Zawada: I to sąd koleżeński mnie zarzucał, że mając twoją opinię o nim wzią­łem go na wyprawę.

Sonelski: Proszę państwa. Ja bym przerwał w tej chwili. Panie Wilczkowski, to odbiegło od tematu…

Wilczkowski: Nie odbiega. Dlatego, że są ludzie, którzy absolutnie nie są w stanie zrozumieć, o co tu biega.

Sonelski: Piotrowski już nie żyje.

Wilczkowski: Trudno.

Sonelski: Ja, jako advocatus diaboli, o ile dobrze mówię po łacinie, powiem, że usłyszałem kiedyś taką plotkę, że Zawada z jakichś tam powodów celowo przydzielił Piotrowskiemu takie zadanie, wiedząc, że on się z niego nie wywiąże. No więc widzicie — wszystko jest możliwe do wymyślenia.

Zawada: To jest śmieszna historia. (rzeczywiście — wszyscy się śmieją)

Sonelski: Proponuję, żeby przerwać dyskusję o konkretnym wypadku Latałły. Czy to?…

Rutkiewicz: Nie o Latalle…

Sonelski: W porządku. Wobec tego proszę.

Rutkiewicz: . Tu jesteśmy w ileś tam osób. Chciałabym, żeby każdy po kolei spró­bował odpowiedzieć, tak dla celów statys­tycznych: Czy może dobrze spać nocą?

Głosy:- Nie. Nie.., Nie! (różne intona­cje)

Rutkiewicz: Ja mogę zacząć; po­wiem od razu, że nie. Chodzi o Barrardów. Może powiem w skrócie, dlaczego. Byliśmy w czwórkę. Trójka była francuska, ja —- Po­lka, nie rozumiejąca ich języka. Nie dostrze­gałam żadnych objawów wyczerpania w ze­spole Barrardów, tym niemniej mogłam podejrzewać, że Parmentier mógł je dostrzec, rozmawiając z nimi. Parmentier zbiegł pierw­szy, zostawił mnie jak gdyby samą, bo wie­działam, ze Brrardowie sobie będą razem schodzić. Byłam wprawdzie po środkach na­sennych, więc otumaniona, myślałam rze­czywiście tylko o sobie, ale nie chciałam sobą nikogo obarczać. Ale gdybym się przypa­trzyła lepiej, to może bym zuważyła, że Barrardowie są słabi. Nie wiedziałam tego. Nie wiem, czy by to coś pomogło,, Po prostu  może byśmy w trójkę nie żyli.

Bilczewski: Ja mam dwie rzeczy. Po wypadku Furmanika i Tomaszewskiego, kie­dy ci zostali na Alasce przysypani lawiną, a ja, jako wicekierownik, w pół godziny po wypadku dałem hasło, że zaczynamy scho­dzić. Przez rok widziałem tę lawinę… Czy nie zostali przypadkiem jednak żywi? Czy zrobi­łem absolutnie wszystko, żeby ich wydrzeć pazurami…

Gliński: Adaśku. Ja tam byłem w ten sam dzień. Tam się naprawdę nic nie dało zrobić.

Bilczewski:- Nie wiem. A druga rzecz: Raz nie doprowadziłem sprawy do końca. Też mi to siedzi jako wyrzut sumienia. Na Lhotse. Tak się stało, że najsłabszy… Partner go zostawił. I poleciał do przodu w rynnę. On sobie nie potrafi! uruchomić aparatu tle­nowego. Myśmy już schodzili ze szczytu (zastaliśmy go. Uruchomiłem mu aparat i ka­załem wrócić. Prawie z płaczem, na siłę, wrócił, ł wtedy zobaczyłem, że dzieje się niedobrze. Już mu ustawiałem nogi. W po­rządku —: wyprowadziłem go z rynny na pole. Ale jak poczułem, że ja też mam już odmrożone nogi, to dałem dyla do namiotu i tamten przyszedł piętnaście minut po mnie. Nie było w porządku. Nie doprowadziłem sprawy do końca —- i to też we mnie siedzi. Mógł się pośliznąć.« ’

Sonelski: Panie Adamie, a czy nie miałeś żadnych wahań moralnych, kiedy sie­dząc w bazie, ty zresztą sam schorowany, i mając Czoka już po dwóch nocach na ośmiu tysiącach metrów, i właściwie żad­nego wsparcia dla niego w niższych obo­zach, decydowałeś… zostawiałeś mu to: Chcesz — idź! Jesteś wielkim alpinistą — co w tym momencie zabrzmiało dwuzna­cznie, tak wręcz zachęcająco — jak chcesz, idź do góry, twoja decyzja…

Bilczewski: Nie, nie, ale powiedzia­łem mu: Jesteś na tyle wielkim himalaistą, że o ile poczujesz, że jesteś zagrożony, to ze­jdziesz.

Wielicki: Powiem ci coś. Adam by nie spał, gdyby się coś stało.
(śmiechy)

Bilczewski: No, i tak nie spałem.

Rutkiewicz: Słuchajcie. Zróbmy ina­czej. Mnie chodziło nie o rozważanie przypa­dków, tylko o powiedzenie, czy każdy z nas ma czyste sumienie, tak naprawdę, przed samym sobą.

Bilczewski:- Ale nie wiem, czy drugi raz bym zrobił to samo…

Rutkiewicz: Skończy się na nas, wi­dzę.

Sonelski: Wobec tego… sądzę, że bar­dzo dobrze byłoby, gdyby Kukuś coś powie­dział, bo on mało mówi…
(śmiechy)

Sonelski: A jego słowo jest najważ­niejsze dla tak zwanej publiczności.

Kukuczka: Ale ja jestem właśnie od chodzenia, a nie od dyskutowania.
(wybuch śmiechu)

Sonelski: Boję się, że to nie jest ar­gument w tym momencie.

Kukuczka: Znowu wracamy do tego, że są sprawy niejasne, że jednak chodzenie po górach to bardzo złożona sprawa. I być może my szukamy właśnie takich sytuacji niejasnych, gdzie w jakiś sposób się spraw­dzamy. Jeden ma szczęście jak Adam, że wtedy jego decyzja była słuszna, bo Andrzej wszedł, zrobił wyczyn, zszedł… i może po­wiedzieć, rzeczywiście: Moja decyzja była słuszna.,.

Bilczewski: Moja decyzja mi się uda­ła. To będzie lepsze powiedzenie.

Sonelski: To też brzmi bardzo zastanawiająco…

Rutkiewicz: Ale ma rację.

Wilczkowski: Z mniejszej wysokości bardzo poważny przypadek. Pewnej zimy w Tatrach wyszło trzech alpinistów wrocławskich na wspinaczkę. I po pewnym czasie zaczęliśmy montować akcję, rmmo, ze lawiniasto było jak cholera, A mon­towaliśmy w trzech Henio Long (Henryk Furmanik . red) Adaś Skoczylas i ja. Na­czelnik GOPR-u zadzwonił, że zakazuje wyjść Wtedy Berbeka powiedział. Krzysio, ja się wycofuję, bo mnie obowiązuje dyscyp­lina GOPR-u Pamiętam, że wylazłem wtedy na stół w jadalni w Morskim Oku i zapyta­łem: Kto się wycofuje wobec takiej sytuacji? Nikt się nie wycofał. Rano zbudził mnie He­nio Long. Spadło następne trzydzieści centymetrów świeżego śniegu. Odwołałem akcję. Osobiście. Biorę na siebie odpowiedzial­ność. Ale — do wiosny, kiedy się dowie­działem, że zginęli, wgnieceni przez lawinę pod lód na stawie — bytem wręcz przerażo­ny swoją decyzją, myśląc, że może ich znajdą gdzieś na ścieżce, niedaleko schroni­ska, bo zginęli z wyczerpania. Natomiast po­tem trochę to osłabło, bo nic byśmy nie pomogli, co nie zmienia postaci rzeczy, że do dziś dnia ta sprawa nie jest dla mnie zupełnie czysta. Nie wiem. czy nie trzeba było wtedy wyjść.

Zawada: Znowu, od strony, Andrzej­ku, etycznej to jest wszystko niezależne, czy oni w tym stawie siedzieli, czy byli…

Wilczkowski:  — Wszystko jedno.

Zawada: Tak, że wyrzuty możesz mieć.

Wilczkowski: Oczywiście. To jest nrezaieżne.

Sonelski:Kukuczka powiedział przed chwilą coś, co wydaje mi się bardzo ważne. Po prostu tak sobie stwierdził, na granicy banału — że my lubimy narażać się na takie próby, żeby się sprawdzić. Tu właśnie, W tych materiałach, to pytanie zadała twoja wywiadowczyni: Dlaczego przyznajecie so­bie prawo narażania się na nie wiem jakie próby swoich rodzin, itd.? W imię czego? Co to ma przynieść? Jakie to daje wartości?

Wielicki:— Przepraszam, czy zmieniasz temat?

Zawada: To jest zupełnie inna dzie­dzina. Czy zmieniamy temat? To jest sprawa wartości w alpinizmie.

Bilczewski: Albo motywacji..

Sonelski: Dobrze, wobec tego to wycofuję.

Rutkiewicz: Ja chciałam się zapytać Andrzeja, czy on nie ma bezsennych nocy. Bo ja to właściwie tak do niego chciałam dojść.
(śmiechy)

Sonelski:A, to musimy wysłuchać i Andrzeja.

Zawada: Śpię bardzo dobrze,

Gliński: Jesteś pełnym profesjonalistą

Rutkiewicz:Nie masz wątpliwości?

Zawada: Nie mam żadnych i nigdy w życiu nie zażywam proszków nasennych… Nawet na ośmiu tysiącach.

Sonelski:.— Czy to ma wynikać ż faktu, że uważasz, iż zawsze postępowałeś słusznie  i etycznie bez zarzutu?

Zawada: I to podkreślam wielokrotnie w wywiadach, że najważniejszą sprawą dla kierownika —- nie tylko, jeśli chodzi o wypa­dek, ale także, kiedy szczyt nie zostanie zdo­byty jest jego własne sumienie. Bo… kto i się zna na alpinizmie, jeżeli chodzi o dziennikarzy —nieliczne grono! A — jeżeli mamy w ogóle nowy temat poruszyć…

Sonelski: Nie, nie! Nie ruszajmy! Trzymajmy się tego!

Zawada:Twierdzę, że aby kierownik nie miał wyrzutów sumienia, to powinien być przekonany, że tak przygotował wyprąwę i tak nią kierował, iż zrobił ze swojej strony wszystko, żeby szczyt został zdobyty.
Bo w końcu… ciągle wracam do tej sprawy, że w alpinizmie liczy się wyczyn. Po to się organizujemy.

Sonelski: Cel, powiedzmy.

Zawada: No. wyczyn — czyli cel.

Sonelski: Dla mnie to nie jest tożsame.

Zawada: No jak to… Cel jest związany z wyczynem. Bo jeszcze raz wracam — to nie jest wycieczka na Gubałówkę!

Sonelski: Po prostu stawiasz sobie  zawsze cele najwyższe (śmiech)

Zawada:  To było moje założenie, że staram się. Prawda.

Wilczkowski:  Dobrze, ale twoje wyprawy nie były bezawaryjne. I nigdy nie myślałeś, że gdybyś postąpił inaczej, to może… Nigdy nie miałeś takich…

Zawada: Czekajcie, pozwólcie mi do­kończyć. Kierownik właśnie wtedy może spać spokojnie i nie ma żadnych wyrzutów sumienia, bo to jest najważniejsze, żeby on nie miał wyrzutów sumienia, nie to, jak ocenią koledzy czy jak ocenią niefachowcy — gdy zrobił wszystko. Przygotowanie wyprawy, kierowanie wyprawą, i jak jest wypadek — odpowiednie zachowanie w czasie wypadku. I ja osobiście mam czyste sumienie. Jak do tej pory. I oby mi się tak udało jeszcze w przyszłości.

Sonelski: Na pewno ci tego życzymy. Wobec tego spróbuję pewnego podsumowania. Okazuje się, ze wszyscy jesteśmy zgodni, iż powinno się podtrzymać kanony klasycznej etyki, Niezbyt wyraźnie  sprecy­zowaliśmy, ale być może czasu jest na to za mało. Powstaje teraz takie pytanie: mimo wszystko trudno nie przyznać racji, że dużo się zmieniło w tych zasadach etycznych, że pewne reguły upadły Nie jest to już ten dawny, dobry alpinizm, (rosnący gwar na sali)

Wielicki:  Złe określenie!

Zawada:  Ja się nie mogę zgodzić.

Wielicki:  Co to znaczy: dawny, dobry alpinizm, a teraz zły alpinizm (zgiełk)

Sonelski:  Po prostu pewne cechy dawnego alpinizmu gdzieś znikły.

Wilczkowski:  Alpinizm strategicznie się zmienił.

Wielicki: We wszystkich dziedzinach się to zmieniło.

Zawada:  Tak. W we wszystkich dzie­dzinach się zmieniło — natomiast etyka jest ta sama!

Majer: Etyka została.

Wielicki:  Zmieniła się taktyka, zmie­niły się sposoby, podejście, schemat, wyczyn.

Zawada:  Sprzęt się zmienił — wszys­tko się zmieniło. Etyka jest ta sama.

Sonelski:  O sprzęcie w tej chwili nie mówimy. Natomiast punkt wyjścia był taki, że stracił sens jakiś ukształtowany w opinii publicznej ethos alpinisty. Młodzi stawiają sprawę tak, że to wszystko jest kit, fotomon­taż i nie ma już wielkich ludzi gór.

Zawada: Ale nie widzę tu młodych, którzy by się wypowiadali inaczej, niż my …

Sonelski: W porządku! Ale mamy tu­taj tych, którzy to robią, i mamy tych, którzy etycznie to oceniają — a przynajmniej mają takie aspiracje. Wobec tego: Czyżbyśmy mieli uznać, że nie ma sprawy w ogóle? Nie wierzę, żeby tak beztrosko można było to podsumować. Ethos dalej trwa, alpiniści da­lej są wielkimi ludźmi gór? Na pewno jest to, o czym powiedzieliśmy. Wchodzą do alpiniz­mu ludzie różnymi kanałami, nie ma tej ostrej selekcji, która kiedyś wynosiła na szczyty piramidy najlepszych — i etycznie, i fizycz­nie. Coś się zmienia. Ale jeden z głównych celów tej dyskusji był taki, że jeżeli stwier­dzimy taki stan, że ten ethos upadł — to będziemy się go starali odbudować. Uwa­żam, że warto się jednak o to pokusić. Bar­dzo się cieszę, że wszyscy się na to zgadzają, bo to jest wniosek praktyczny; to trzeba będzie właśnie przekazać tym młodym lu­dziom którzy wchodzą w alpinizm, którzy oczekują od nas jasnego postawienia sprawy: Stary, to jest białe, to jest czarne, pluj na resztę, my wiemy lepiej. Cieszę się. że my rzeczywiście wiemy lepiej (…)

Gliński:Myślę, że trzeba powtórzyć jeszcze raz to, co mówił Zawada; przestaliś­my być sportem elitarnym, który mógł gru­pować sobie tych stu dwudziestu najlep­szych Pretorianów. Białych. W tej chwili jest w Polsce cztery tysiące. Więc jest to przekrój populacji Tam będą i ci najlepsi — ale to jest przekrój społeczeństwu, to jest pewna już grupa, która musi być taka sama jak społeczeństwo. Więc będą i gorsi.

Rutkiewicz:  Jeszcze tylko — jakie społeczeństwo? Czy nasze społeczeństwo — polskie, to alpinistyczne? Czy mówimy 0 himalaizmie światowym? I wydaje mi się. że w tym przypadku. Janusz ty masz rację i jednocześnie nie masz racji. Masz rację w odniesieniu do nas, dlatego, że my nie jesteśmy jeszcze profesjonalistami, którzy dobijają się o pieniądze konkurując z innymi
— cóż to za konkurencja z pędzlem i farbą — ale nawet i tutaj istnieje… Natomiast nie ma tej konkurencji startowania do sponso­rów i firm sponsorujących, Tam ten ethos rzeczywiście troszeczkę inaczej wygląda, i jednak bym się nie całkiem zgodziła z tobą. Myślę, że w odniesieniu do środowiska pol­skiego nie jest tak źle. My chyba zachowaliś­my te same kanony etyczne, co przedtem, choćby przez to, że więcej się o tym mówi. Ale wracając jeszcze do alpinizmu w świecie, w ogóle; teraz, dla alpinitstów zachodnich, profesjonalistów i nieprofesjonalistów, kiedy dostęp do wypraw jest o wiele łatwiejszy, bo to tylko pieniądze, transport, znane drogi
— plus jeszcze konkurencja wśród profes­jonalistów — tam rzeczywiście to… uległo obniżeniu. I tutaj akurat z twoim zdaniem zgodziłabym się.

Majer: Jeszcze jedno uzupełnienie. Wydaje mi się, że to, o czym mówi Wanda, ma właściwie miejsce w działaniach poza górami. Takich… coś publikuje się na temat danej wyprawy, tamten był gorszy, tamten był lepszy; w takich ocenach — wydaje mi się.

Sonelski: Post factum.

Majer: Tak. I mają miejsce chwyty nie fair. Natomiast wydaje mi się, że w górach — to na palcach można by policzyć faktyczne nieetyczne zachowanie się ludzi przeby­wających w górach. Takie jest moje odczu­cie, obserwacja…

Heinrich: Mnie się wydaje, że wnio­sek z dyskusji może być taki; ilość wypad­ków nie jest spowodowana upadkiem etyki i moralności w górach, a po prostu niesły­chanym podwyższeniem tej poprzeczki ce­lów, jakie chcemy osiągnąć. Himalaizm wkroczył w takie stadium, gdzie atakuje się najtrudniejszymi drogami szczyty ośmioty­sięczne — i ryzyko, jakie się podejmuje przy tym, jest znacznie wyższe, i to powoduje automatycznie wzrost wypadków.
(…)

Sonelski: Właściwie te materiały, któ­re mieliśmy przed sobą — zostały w więk­szości zanegowane. One są pisane ze sporą dozą osłupienia, z rozgoryczeniem, to są wy­powiedzi katastroficzne. Tymczasem z naszej dyskusji wynika, że to wszystko bzdura – dobrze jest, chłopcy. Boję się, że to jest obraz przesadzony w drugą stronę, ale rozu­miem to. Stanowimy tu środowisko, które postanowiło się bronić, które postanowiło stworzyć front— zresztą sam do tego na­woływałem — odporu. Ale posłuchajcie: „Zaczyna się nowa epoka w alpinizmie. I tru­dno dziś wyrokować, czym się ona skończy. Alpinizm tradycyjny, partnerski, był próbą syntezy skrajnego indywidualizmu z wymo­gami działań zespołowych, poddanych ze­społowi norm, stanowiących niepisany, lecz powszechnie uznany kodeks człowieka gór. Lina łącząca zespół wspinaczkowy, miała ty­leż techniczne, co i kulturowo -etyczne zna­czenie. Taternik-alpinista był w większym stopniu człowiekiem syntetyzującym w sobie kulturę i naturę — w szerokim sensie tych słów aniżeli boiskowym wyczynowcem.”

Wilczkowski:  A kogo ty cytujesz?

Zawada:  Oczywiście, Jagiełłę.

Wilczkowski:  Jezuitę! Jezuitę, pro­szę ciebie, cytujesz!

Sonelski:  Czy uważacie, że w ogóle jest to tak zwane bicie piany?

Skorek: Moim zdaniem właśnie wy­chodzi kwestia tego ethosu, o którym mówi­łeś i który, sugerujesz, należy dalej podtrzy­mywać i umacniać. A ja uważam, że to osłupienie, które się pojawia w wielu wypo­wiedziach, wynika właśnie stąd, że przece­niono wartości ethosu, który się przypisuje temu sportowi. Alpinizm był zawsze otorbiony. To, co się działo w alpinizmie, było poza oczami społeczeństwa. Można powie­dzieć, że była to grupa specyficzna, o spe­cyficznym przekroju społecznym. A teraz się to na nas skrupia. Czasy poszły do przodu, a ethos trwał. Niestety, teraz alpinizm stał się powszechny i publiczny, i stąd nagle jest to osłupienie. Ja uważam, że należałoby przy­zwyczaić ludzi do tego, że to jest po prostu normalny sport, taki jak i inne. Na boisku piłkarz daje sędziemu po pysku i przechodzi się nad tym do porządku dziennego …

Sonelski: Boję się, że się posuwasz trochę za daleko…
(wybuch śmiechu)
(…)

Gliński: Mówimy: Ethos. Ale czy ten ethos zawsze musi mieć ten sam model? To jest tak samo, jak różne są motywacje ludzi, którzy chodzą w góry. Jak różne są ich sposoby zachowania i przeżywania… Zyga, ten ostrożny Zyga — dla niego ważniejsze od zdobycia szczytu jest mieszkać w górach, być w górach. Drugi poświęci na to tyle czasu, ile musi, na aklimatyzację, wejście i zejście, a są w końcu tacy, którzy będą robić to w stylu sprinterskim — do góry, na dół i na drugą górę, albo do miasta. Przecież nie musimy wszyscy być tacy sami. A nie ma to nic wspólnego z etyką. Po prostu: żeby w tym wszystkim być etycznym — ale nie można stwarzać modelu: Taki ma być hima­laista.

Zawada: Dla mnie bardzo ważny jest wę wspinaniu styl i pewna elegancja, nie tylko dotycząca samych spraw technicznych, ale również i odpowiedniego zachowania się. Ta elegancja, która może być większa w tych dobrych czasach przedwojennych, muszę powiedzieć, że teraz trochę loty ob­niżono; wystarczy posłuchać taśm z nagrań magnetofonowych z wypraw, żeby usłyszeć, jaki jest w ogóle język, stosowany na wy­prawach. I mnie na przykład to razi.

Sonelski: Chodzi ci o relacje między­ludzkie w zespołach…

Zawada: Nie, po prostu sposób wyra­żania się. Ja nie używam takich słów, jak na przykład używają niektórzy koledzy na nie­których wyprawach.

Wilczkowski: Ja zawsze używałem! (ogólny śmiech na sali)

Zawada: … ale to jest sprawa elegan­cji czy stylu.

Sonelski:— To jest sprawa kultury oso­bistej.

Zawada: Kultury osobistej. Nato­miast to zupełnie nie ma nic wspólnego z moralnością i z zachowaniem się w wypad­ku śmiertelnego zagrożenia. Spraw kul­ tury i odpowiedniej elegancji nie mieszajmy ze sprawą moralności.

Rutkiewicz: Desio kazał swoje roz­kazy dla uczestników wyprawy podpisywać przez uczestników, żeby było wiadomo, że zrozumieli, a żeby on miał dowód. Nie wiem, czy to było eleganckie.

Zawada: Oo, wiesz, dla mnie na przy­kład rzucanie mięsem, jak to na niektórych wyprawach się robi, świadczy o pewnej ner­wowości, i to jest rozładowanie napięcia. Ja na przykład tego nie potrzebuję.
Wilczkowski:  Andrzej, kurwa, ja za­wsze…
(wybuch śmiechu zagłusza dalsze słowa)
Wilczkowski:  (po chwili) … ja za­wsze tego używałem. Dobrze. Nie o to cho­dzi. Wydaje mi się, że tak; wejście na Matter­horn sto dwadzieścia lat temu było więk­szym wyczynem, niż dzisiaj wejście na Eve­rest. Nie łudźmy się. Większym.

Zawada: O tym zapominają młodzi, którzy uważają, że tytko to, co oni teraz robią, jest wspaniałe…

Sonelski: Ale to jest przywilej młodo­ści.

Wilczkowski: Tylko wówczas to było bardzo daleko od rzeczywistych możliwości człowieka. Im się tylko wydawało, że to są krańce ich rzeczywistych możliwości.

Zawada: Ale wyobrażenia są najważ­niejsze. To jest ta bariera psychologiczna, prawda? To dopiero z latami mija.

Wilczkowski: Teraz sytuacja jest ta­ka, że zbliżyliśmy się niesłychanie do krańca możliwości człowieka. I co tu będziemy ga­dać; jeżeli chodzi o etykę wtedy i dzisiaj, moim zdaniem była taka sama i jest taka sama, tylko w pewnym momencie wszyscy, którzy uważali nas za herosów, nagłe zoba­czyli, że król jest nagi. Co wcale nie zmienia postaci rzeczy; powinniśmy się starać, żeby było lepiej. Dla siebie samych. Nie dla pub­liczności.

Zawada: Ale tak było dawniej i tak jest teraz.Zawsze trzeba było wałczyć o mo­ralność.

Gliński: Jako biolog muszę chyba powiedzieć, że może dobrze, że nie ma dziewięciotysięczników, bo biologiczne możli­wości adaptacji organizmu ludzkiego — właściwie prawie wszystko, co można było w tym kierunku normalnymi środkami zrobić — zostało zrobione.

Sonelski: Sytuacja będzie inna. Zro­bią dokładniejsze pomiary i nagie się okaże, że coś ma dziewięć tysięcy.

Zawada: Ominęło nas na szczęście używanie podciśnieniowych kombinezonów i innych historii, bo to się zaczyna mniej więcej od dziesięciu tysięcy metrów.

Sonelski: W porządku. Ja bym miał jeszcze jedną taką kwestię. Wszyscy dostali­ście te materiały. W tej chwili coś wychodzi na jaw; że właściwie to nie są sprawy ważne. Najbardziej dotyczy to kolegi Wilczkowskie­go, który był nastawiony raczej katastroficz­nie, a w tej chwili sam właściwie ..

Wilczkowski:  Gdzie masz ten kata­strofizm w moim eseju…

Sonelski: Nie ma?..,
(śmiechy)

Wilczkowski:  Wprost przeciwnie.

Sonelski: To dlaczego napisałeś, że „muszę zabrać głos…”, …skłoniło, mimo poważnych, oporów, do chwycenia kolejny raz za pióro…” Jeżeli nie było po co chwy­tać, to po coś chwytał?

Wielicki:  Lubi to robić.

Wilczkowski: Po prostu…

Sonelski:  Chyba żeby zarobić, prze­cież ja ci zapłacę.
(wszyscy się śmieją)

Wilczkowski: Wacusiu, możesz mnie w dupę pocałować… (kolejny wybuch śmie­chu)… Czy to się nagrywa?

Sonelski: Oczywiście żartowałem, mam nadzieję, że ty tez. Ja bym prosił o wy­powiedzi tych, którzy to dokładnie przestu­diowali — co się pojawiło rzeczywiście wa­żnego w tym, cośmy rozesłali.

Wielicki: Co ważnego?… Wydaje mi się, że ważna jest ogólna teza, że zaczęło się 0 tych sprawach mówić nie tylko w prasie, która nas jak najmniej interesuje w sensie merytorycznym, a interesuje nas ze względu na skutki —że zaczęło się o tym mówić w środowisku.

Sonelski: Czyli uważasz, że probiem był.

Wielicki: Tak. Prawdę mówiąc, daw­no się na ten temat nie mówiło. Mówiło się tylko: wyczyn, kto, gdzie, ile, jak szybko, natomiast… Andrzej tu napisał, że „mimo wszystkich oporów zdecydowałem się wszakże podzielić się raz jeszcze ze środowi­skiem swoimi przemyśleniami”. Co jakiś czas warto podsumować, warto swoje przemyś­lenia napisać. Oczywiście, łatwiej się dysku­tuje wtedy, kiedy ktoś napisze swoje przemy­ślenia, ponieważ to prowokuje do dyskusji i do rozmowy. Muszę się przyznać, że na wyprawach ostatnio nie ma czasu, żeby mó­wić o problemach etyczno-moralnych.

Witkowski:  Sam fakt że takie gremium się tutaj zgromadziło, świadczy, że jed­nak istnieje jakiś problem.

Zawada:  Ja bym zaproponował dal­sze rozbudowanie tego naszego tematu na sprawy związane z nowoczesnym wspina­niem — w cudzysłowie nowoczesnym — ale w każdym razie z tym, co się teraz dzieje w Himalajach. Mianowicie: Kto jest partnerem na wyprawie i jakie są obowiązki moralne w stosunku do tych nie-partnerów, spotykanych na takim szczycie, jak K2 czy Evereście. Do niedawna alpiniści strasznie płakali, że rząd Nepalu, czy Pakistanu, daje tylko jedno zezwolenie na Everest, czy jedno na K2. Najpierw wszyscy bardzo narzekaliś­my, dlaczego nie więcej. Teraz znowuż jest odwrotnie, kiedy nagle, ni stąd, ni zowąd, rząd Pakistanu zdecydował się dać każdemu, kto prosił. Więc było jedenaście zezwoleń na K2.

Sonelski:  I też źle.

Zawada:  I też źle. I teraz wszyscy mówią: A, bo nagle tyle zezwoleń dali, że było tam zgromadzenie dziewięćdziesięciu czy siedemdziesięciu alpinistów, to od razu konkurencja, przetarg, ten wleciał w dwa­dzieścia cztery godziny na K2, to inni też; ten bez tlenu, ten też. Do czego zmierzam. Kie­dyś pytano mnie na odczycie, dlaczego wła­ściwie rząd daje jedno zezwolenie, dlaczego nie można więcej wypraw,., tak, jak się wchodzi na Kasprowy, czy na przykład na Gubałówkę. No więc próbowałem uzasad­niać, że są problemy natury delikatnej. Na przykład jest problem poręczowania, zakła­dania drabin na ice-fallu… Ci zbudowali
— tamci chodzą. Tu się drabina zapadła — już dyskusja, kto ma wejść, kto nie. To jeszcze nie są sprawy moralne, to są sprawy techniczne. A znaleźliśmy się w takiej sytua­cji po naszej wyprawie zimowej, kiedy nasza baza była otoczona dwoma wyprawami
— jedna Katalończyków, druga Basków. I teraz jest problem taki: Mamy cel, na który z trudem zdobyliśmy pieniądze, sprzęt i tak dalej, mamy ograniczoną ilość czasu, wspi­namy się na Everest, a nagle w wyprawie Katalończyków na Lhotse jest wypadek. I wtedy przypominan sobie taką dyskusję, nie wiem, czy ty byłeś wtedy w bazie… ty nie byłeś. Była dyskusja. My jesteśmy tuż przed atakiem szczytowym i nagłe jest akcja ratun­kowa. Strasznie trudna dla nas sytuacja. To już jest sprawa moralna… bardzo ciekawa i współczesna. I jest problem taki: co robić? Mamy na drugi dzień robić atak szczytowy i zwycięskie zakończenie wyprawy; czy na­gle wszystko przerwać… trzeba ratować człowieka. No, już jest dla kierownika i dla uczestników bardzo ciekawe zagadnienie.

Sonelski:  Bardzo jestem ciekaw, jakbyśmy to rozstrzygnęli przy tej naszej zgod­ności…
(gwar)

Zawada: Ale jeszcze nie… (przekrzy­kuje resztę). Więc dawniej tego problemu nie było, było tylko jedno zezwolenie, tylko się walczyło na jednej wyprawie. A teraz już jest więcej — są trzy, cztery, pięć… To nie są nasi partnerzy w tym pojęciu stricte, że myśmy tu, razem, gdzieś tam, w Warszawie, czy Katowicach, czy Gliwicach ustalili, że robimy wyprawę.

Sonelski: Panie Andrzeju, czy sądzisz, że jest możliwe ułożenie tak szczegółowych kodeksów, honorowanych przez wszystkie strony, które by te wszystkie przypadki pre­cyzyjnie ujęły? Dlatego nie chciałem dopro­wadzić do dyskusji na ten temat, bo uwa­żam, że jedynie słuszna jest recepta Wilczkowskiego, najbardziej ogólna, ale za to podstawowa: „Miłuj bliźniego…” a co zro­bi…

Wilczkowski: Ale to nie moja wcale! To już dwa tysiące lat…
(śmiech!)

Sonelski(przekrzykując) Aleś mnie zagiął! Dwa tysiące łat temu. Ma rację. Przy­znaję. Ale — sam widzisz — nie wierzę w kodeksy szczegółowe, a jeśli nawet ktoś je stworzy, to będą świstkiem papieru.

Zawada: Oczywiście. To zresztą może jest bardzo dobrze, że świat — to nie jest takie… czarne i białe, tylko że życie jest bardzo skomplikowane, ze ma wiele przeja­wów, wiele stron, wiele barw. I dlatego czło­wiek ma możliwość, tak jak powiedział tu Jurek, sprawdzać się nie tylko na wysoko­ściach; okazuje się, że musi się sprawdzać również z powodu układów, jakie zastanie w górach.
(…)

Zawada: Ja ciągle wracam do moral­ności, to znaczy, żeby nie stracić tego czło­wieczeństwa ..

Heinrich: Wejdę ci w słowo. Wtedy, jak był wypadek tego Szerpy na wyprawie hiszpańskiej, ty byłeś w trzecim obozie, a Ju­rek z Andrzejem się szykowali do ataku szczytowego, wieczorem zrobiłeś mi awan­turę wręcz…

Wielicki: Nie pierwszy raz.

Heinrich: …że zajmujemy się Szerpą z obcej wyprawy, a jutro mamy ruszać z Ole­chem na Everest. I powiedziałeś: Przestańcie się nim zajmować, bo jutro rano wychodzicie na Everest!

Zawada: Tak, poczekaj, poczekaj… (narastające poruszenie aa sali)

Heinrich:  Ja ci wtedy powiedziałem, że dla mnie sprawa tego Szerpy jest ważniej­sza, niż Everest i rzuciłem słuchawką.

Zawada: Na szczęście mam nagranie, taśmy. I od razu mówię. Ja byłem świadkiem tego wypadku. Mam zdjęcia nawet, jak on spadał w lawinie. Pierwszy to widziałem. I miałem moment —- właśnie a propos spa­nia— miałem moment, czy mnie to nic nie obchodzi, czy… bo widzę, że schodzą Katalończycy i za chwilę będą udzielać pomocy. Ale jednak prosiłem cię o akcję ratunkową? Przecież to ja ciebie wywołałem z obozu trzeciego i prosiłem cię, żebyś leciał szybko, jak tylko możesz, na…

Heinrich: Myśmy od razu polecieli. Myśmy też widzieli, to się na naszych oczach stało.

Zawada: Dobrze! Chwileczkę! Pozwól mi skończyć!

Heinrich: Tak?

Zawada: Prosiłem cię o to, żebyś poszedł tam, doszedłeś, poinformowałeś mnie, że ma złamaną podstawę czaszki, do­szli Hiszpanie — rozpoczęła się akcja. I wte­dy powiedziałem — dość już. Myśmy swoje zrobili. Byłeś pierwszy. Jakby trzeba było go ratować, już byś mu udzielił pomocy. A spra­wa transportu w dół, zajmowania się po­grzebem — nie należała do nas.

Henrich: Nie. Andrzeju, właśnie, że sytuacja trochę inaczej wyglądała. Bo myś­my mieli radiostację i łączność z Kathmandu, i ja wtedy w wieczornej łączności załatwia­łem w Kathmandu, żeby przyleciał helikop­ter.

Zawada: No, przecież to JA rozma­wiałem z Kathmandu!

Heinrich: Rozmowa się przedłużała. I tyś wtedy powiedział: Przestańcie zajmo­wać się Szerpą!

Zawada:  Przecież to ja rozmawiałem z pilotem i ja rozmawiałem przez bazę z Kat­hmandu, i ustalałem, czy on może wylądo­wać w Kotle. Odmówił, powiedział, że należy.,.

Wielicki:  Może ciszej trochę…

Zawada: … należy transportować do bazy. I już transportowaniem zajmowali się Katalończycy.

Gliński: Wniosek bardziej ogólny. Po­patrzcie, każdy z nas wyliczy szereg wypraw polskich, które angażowały się w pomoc innym wyprawom. Czy każdy z nas dużo znajdzie wypraw zagranicznych, które po­magały Polakom?… To chyba też świadczy, że właśnie utrzymujemy ten ethos

Zawada:  No tak, ale na przykład Mes­sner zarzucił nam, jak znalazł na Broad Pea ku chyba ciała jakichś alpinistów, napisał w „Sternie” czy w „Quicku” artykuł, że tam – „widzę ciała…”— czy coś takiego — „na pewno to są ciała Polaków, bowiem Polacy charakteryzują się tym, że nigdy nie chowają swoich towarzyszy”. W związku z tym — z Nyką powiększałem specjalnie zdjęcia z Kunyang Chhisha jak chowamy Jasia Franczuka, powiększałem zdjęcia, jak chowamy ciało Staszka Latałłty, i wysłaliśmy do redak­cji z odpowiednim komentarzem.

Gliński: Ja myślę, ze równie nieetycz­nym ze strony Messnera było negowanie zimowego wejścia na Everest.

Zawada: No, to była sytuacja innego typu, on chciał przejąć pałeczkę, że to on pierwszy wejdzie zimą na Cho Qyu.
(chwila ciszy)

Sonelski: Kochani. Ja się boję,że wszystkich tematów nie wyczerpiemy, tym bardziej, że dyskusja trwa już dosyć długo.
I powtarzam: jestem zaskoczony jej rezul­tatem, bo w zasadzie panuje duża zgodność. Można tylko się cieszyć. Jest to pewna wy­tyczna. Środowisko będziemy wychowywać według najlepszych wzorów, trzymając się liczących dwa tysiące lat zasad Wilczkow­skiego..
(śmiech)

Sonelski: … które on przypomniał. Bar­dzo dobrze. Miejmy nadzieję, że nikt nie powie: ach, ci Polacy to bzdurzą, bo i tak robią inaczej. Jutro się okaże…

Wilczkowski: Wacuś, zawsze byłeś histerykiem trochę, szczerze ci powiem (śmiechy)

Sonelski: To nie jest histeria. To jest wiara w tak zwany „postęp”.

Kukuczka: Ale jedno zdanie by tu trzeba było jeszcze powiedzieć; widać już z tej dyskusji, że nasza staruszka moralność w tej chwili jest pod takim obstrzałem, że kto wie, czy nie zmieni się w jakiś sposób. Przy­najmniej jej zabarwienie.

Sonelski:  Ale właśnie mamy do tego nie dopuścić.

Gliński:  Momencik, to nie jest tak, Jurku. To wszystko kwestia punktu odnie­sienia. Przypomina mi się taki stary kawał o zakonniku, który palił fajkę. Spytał się młody zakonnik »swojego przeora. czy podczas mdlitwymoże palić fajkę. Oczywiście, przeor go opieprzył. A stary zakonnik powiedział mu na to. Bracie, popełniłeś błąd. Powinieneś się go spytać czy przy paleniu fajki: wolno Ci się modlić. Podobnie jest ze spojrzeniem na moralność.

Sonelski: To jest argument humorys­tyczny. bardzo miły, ale… jest niebezpieczeń­stwo, które gdzieś wytknięto: Jeżeli tu zwol­nimy się z odpowiedzialności, w niezbyt przemyślany sposób. to bardzo szybko się to przeniesie niżej i runie wszystko. Cały gmach moralny. B0 jeśli Kukuczce wolno — to mniew Tatrach tez wolno.

Kukuczka: Ale zaraz, co wolno? (śmiechy)

Sonelski:  Właśnie… Jeżeli on może łamać pewne reguły, bo to jest osiem tysięcy, to ja też byłem wyczerpany na dwóch tysiącach, ja też byłem zmęczony – nie ma żadnej różnicy. Ale w sumie wnioski z naszej dyskusji są bardzo budujące. Cieszy mnie to, że kompetentne osoby bo za takie się chyba uważamy, zwłaszcza ta elita wyczyno­wców — stwierdzają, że sprawy nie ma.

Zawada:  Nie ma tu w każdym razie niczego nowego pod słońcem. Na wyprawie amerykańskiej na K2 też zostawiono towa­rzysza w namiocie. Francuzi zostawili na Gasherbrumie żywego kolegę… A również było dużo pięknych faktów… na przykład Doug Scott miał złamaną nogę i towarzysz go nie opuścił. Po co daleko szukać – Jurek Ku­kuczka i Andrzej Heinrich i ich powrót z Cho Oyu… Przykład wspaniałej współpracy mię­dzy dwoma partnerami. Bo też mógłby na przykład Jurek powiedzieć; a cóż mnie ob­chodzi, ty schodzisz tak wolno, to ja zlatuję szybciej, prawda?… Tak, że można podawać i przykłady pozytywne, jak i czasami zdarzają się negatywne, tylko, że te negatywne bar­dziej bulwersują Andrzeja Wilczkowskiego i społeczeństwo.

Heinrich: Mało tego. Zdarzają się ta­kie wypadki, gdzie koledzy z wyprawy podej­mują pełne ryzyko po to, żaby pomóc tym, którzy schodzą na przykład wyszli nam naprzeciw do obozu trzeciego na Nanga Parbat, z ogromnym ryzykiem, bo schodziły lawiny, kamienie leciały, poręczówy były po­zrywane, I ludzie, którzy przysięgali, że już więcej nie wchodzą w tą ścianę, jednak w sytuacji, kiedy byliśmy zagrożeni — wy­szli nam naprzeciw, donieśli jedzenie, zaporęczowali nam zejście. A nie wiadomo, jakby to wyglądało gdybyśmy schodzili sami. . .

Zawada: Więc nic  nowego pod słońcem

Heinrich: Natomiast styl chodzenia się zmienił po prostu. Bo jednak dużo tych wypadków dzieje się przez to, że partnerzy wspinają się osobno. Idą niezwiązani liną…

Zawada: Ale Andrzejku, powiedzieliśmy, że nie dyskutujemy na ten temat

Heinrich: Czekaj chwileczkę, to jest moralny problem, I nie ma złej woli w tym… bo jeżeli ktoś wie, że partner jest zagrożony, a znacznie łatwiej jest to ocenić z odległości dwudziestu metrów, jak się jest związanym liną, a inaczej z odległości pół kilometra, to mnie się wydaje, że w tej właśnie zmianie stylu chodzenia, poruszania się w górach, istnieje ogromne zagrożenie.

Witkowski: I trudniej jest wrócić pół kilometra niż te dwadzieścia metrów…

Heinrich:  Właśnie. Na przykład ten wypadek, że Diemberger zostawił Mrówkę. Owszem, zostawił, bo był tak wyczerpany, że jak zszedł sto metrów niżej, to żeby nie wiem, jak chciał, to on już nie był w stanie podejść z powrotem do góry, (…)

Zawada: No więc wracamy do tej strony biologicznej. Możemy też rozpatry­wać takie wypadki, kiedy od strony właśnie fizjologii, biologii — ktoś już nie jest w sta­nie zachować się po ludzku

Gliński: Nie tytko to. Zdolność per­cepcji może być szalenie upośledzona. To, co tutaj będziemy dzisiaj oceniać — etycz­ne, czy nieetyczne – tam… są sytuacje, w których nie ma możliwości rozróżnienie, co jest białe, a co jest czarne Zostaje im jedynie instynkt życia. Ten najbardziej atawi­styczny instynkt.

Zawada: Tak, Ja z tym się zgadzam i właśnie tym bardziej zwracam uwagę na odpowiedzialność. W moim pojęciu ta od­powiedzialność polega na odpowiednim po­stępowaniu, żeby do takich sytuacji nie do­puścić. I mnie się wydaje, że przez całą swoją działalność w jakiś sposób mogę to udowodnić, swoimi czy osiągnięciami, czy postępowaniem na wyprawie.

Sonelski:  Jesteś wyznawcą ideologii profesjonalisty.

Zawada: Tak. I racjonalizmu. To jest… Od początku swojego wspinania w Tatrach, kiedy pierwszy raz się zapoznałem z różnymi kapliczkami straceńców i różnymi innymi czarnymi motylami, powiedziałem sobie: Oj, coś tu jest nie w porządku. Pamiętam, że to było od pierwszych moich dni wspinania w Tatrach.

Sonelski: Ale nie chcesz chyba  zanegować tak zwanej romantyki…

Zawada: Widzisz…  Może mnie tu ktoś osądzi że nie  jestem romantyczny i nawet z takimi zarzutami się spotykam, że za bardzo podchodzę racjonalnie i rozumowo do wspinania.  Ale faktycznie — ja twierdzę, że powinno się w górach postępować racjonalnie, bardzo rozumowo, dlatego, ze to należy do homo sapiens. Ala jednocześnie uważam, że w górach jest dość miejsca na przygodę, bo w takim środowisku, jak wysokie góry, nigdy nie wiadomo, co jeszcze może nas zaskoczyć.

Biczewski: Mam pytania w związku z tym wszystkim. Co byś zrobił – jako kierownik – gdyby… sytuacja Hannelore i Geneta – ona ma radiotelefon. ty jesteś kierownikiem na dole. Kazałbyś jej schodzić, czy nie?

Zawada:  Oczywiście, że kazałbym jej schodzić, a kazałbym zostawić dwóch Szer­pów.
(zapada cisza)

Sonelski: To jest trochę wymijająca.

Zawada:  Chwileczkę. Dlatego, ze po­traktowałbym, że ona jako kobieta, jest słab­sza. Wybacz Wandziu, ale tak będę zawsze kobiety traktował .

Rutkiewicz: Ona być może dlatego została, że nie miała sił schodzić również.

Zawada: …no, ale to już jest bardzo nieładna sugestia.

Wilczkowski:  Dlaczego nieładna?

Zawada: Nie jest tak. Bo się łączyła (radiotelefonem — red.) i posłała Szerpę na dół. Ale podstawowy błąd zrobił jej mąż, który był kierownikiem wyprawy; obiecał, ze będzie czekał razem z zespołem na Przełęczy Południowej A zszedł na dół do kotła. Tu jest zasadnicze zło.

Sonelski: Znów wylazło jak szydło z worka, że najpierw są błędy taktyczne lub techniczne, a potem zaczyna się walka o tak zwaną moralność

Zawada: Oczywiście. Dlatego właśnie kładę nacisk olbrzymi na taktykę, na przygo­towanie racjonalne, na odpowiednie postę­powanie.

Wielicki: Dlatego, Wacek, wrócę do jednego z pierwszych przykładów racjonal­nego postępowania, gdzie pozornie wydaje się w pierwszej chwili etycznie coś nie w po­rządku. Byłem zdziwiony, kiedyś mówiłeś o plotkach na temat Ganesha. Więc jeśli była mowa o spaniu, to jeśli chodzi o Ganesh — spokojnie śpię. Nigdy nie miałem żad­nych wyrzutów. Ponieważ zostałem z partnerem bez liny w ścianie, z której trzeba było zejść, i partner w powiedział, ze nie zejdzie bez liny. więc zdecydowałem się zejść do bazy. Nie było żadnej możliwości wezwania po­mocy – jest tu lider, może powiedzieć. Musiałem zejść ścianą przez całą noc i pół dnia po to, żeby wezwać pomoc. I został urato­wany wtedy Oczywiście, mogłem z nim to zostać. I w pierwszy chwili… słuchaj, etycznie nie w porządku zostawiam partnera. Ale…
Ja zszedłem, przyszła pomoc i nie widzę żadnego… To było typowe, wyrafinowane, racjonalne myślenie, które doprowadziło do szczęśliwego zakończenia sytuacji. I po akcji. możemy mówić, czy to było etyczne, czy nieetyczne. Uważam, że było etyczne – skoro się tak zakończyło (…)

Rutkiewicz: Cały czas operujemy w tym schemacie, który najczęściej uprawia Andrzej. Kierownik, selekcja uczestników, on decyduje – wyprawa. Powiedzmy sobie — w tej chwili takie wyprawy są unikalne Są wyprawy partnerskie, w których owszem, jest kierownik, ten najbardziej doświadczo­ny, ale to nie jest ten kierownik-wódz. Na Zachodzie są wyprawy trakkingowe typu kierownik – Stefan Worner, każdy wpłaca po pięć tysięcy dolarów idą dobrzy alpiniści, jak Habeler, ale każdy tam idzie na swoją rękę, jest to model wypraw u nas w ogóle nie do pomyślenia.

Zawada: Ale czy zmieniamy temat?

Rutkiewicz: Poczekaj, skończę,.

Zawada: Kończymy z tą moralnością? (wybuch śmiechu: jakiś głos przez śmiech: — Dosyć moralności)

Rutkiewicz: (po chwili) czy ja mogę skończyć.. mam wniosek formalny.. ja chcę skończyć..

Majer:  Waciu. to jest duży temat, który jest niesłychanie ważny. Jakie zagroże­nia niesie nowy sposób uprawiania alpiniz­mu w tych górach.

Rutkiewicz: No właśnie, chciałam do tego zmierzać. Wyjąłeś mi to z ust.. Chcia­łam powiedzieć, ze zmienia się sposób cho­dzenia po górach, i on rzutuje na statystykę wypadków, zachowań — również w gó­rach. I teraz tytko… czy na przykład z tej dyskusji ma wynikać: zastopujmy w Polsce styl typu partnerskiego, chociaż on sprawdził się i chyba jest dobry. Zastopujmy styl wypraw, w których ktoś jest jako kierownik, 3 ludzie się grupują przypadkowo, kto ma czas, kto ma pieniądze – nie wtem, z nurko­wania, z kominów — a jeszcze tam wujka z dewizami. Czy my mamy zmierzać w tym kierunku?

Sonelski: Nie. Nie mamy, bo dyskusja jest w zasadzie zakończona. Uważam, że postawiony przez Wandę problem jest tak ważny, że musielibyśmy teraz zacząć debatę od nowa. Te kwestie, które się nie pojawiły, bardzo ciekawe… sama powiedziałaś: co bę­dziemy nakazywać, co zakazywać, ja boję się tego, jak ognia. To są rzeczy, które się same z siebie rozwijają.

Wilczkowski: Wandziu, na Ogre nie było kierownika – i jakoś nikt nie spieprzał na własną rękę, prawda?

Rutkiewicz: I to są te bardzo fajne układy partnerskie.

Sonelski:  Uważam — pozwólcie — że bardzo istotne tu, dla nas, byłoby prze­dyskutowanie, czy właśnie inne ustawienie roli kierownika, powrót do jakichś sztywniej­szych reguł, czy to mogłoby się przyczynić do zwiększenia marginesu bezpieczeństwa wypraw? Te dylematy się pojawiają. Na wy­prawie Machnika był to wręcz krzyczący problem. Machnik powiedział: Miałem ludzi o tak dużym autorytecie, że ja im nie mogłem nic kazać. Przecież to powiedział na łamach prasy.

Zawada: Ja tego nie rozumiem: kiero­wnik nie może kazać?

Sonelski: A to jest właśnie kwestia dyskusyjna. Dlatego choćby, że jeżeli kiero­wnik jest na dole w sytuacji sztabowca, który może pioneczki ustawiać, i ma jasność umysłu, a u góry są ludzie sfrustrowani, zdeteriorowani, którzy już nie panują nad tym co robią — mimo, że sprawiają takie wrażenie — to być może wtedy kierownik odgrywa rolę podstawową. I padło to stwierdzenie w którejś z wypowiedzi, że tyle było bzdur­nych decyzji na K2! Gdyby tam był kierow­nik, rzucił parę poleceń, wszystko mogłoby być inaczej. Więc może to jest temat do dyskusji?

Zawada:  Bardzo ciekawy temat: Kie­rownik i wyprawa…

Wilczkowski:  Mnie dwa wypadki w polskim alpinizmie przeraziły. Jeden to jest Latałło i Piotrowski, a drugi — to jest Broad Peak. Wrocławski.

Sonelski:  No, sprowokowało cię to do pięknych polemik na łamach „Taternicz­ka”

Wilczkowski:  Zresztą Nyka odwalił mi z „Taternika” to, co napisałem w „Taterniczku”, twierdząc, że co, czy ja chcę mieć ciągle wrogów. Odpowiedziałem, że nie chcę, ale…

Bilczewski: Ale lubię…
(śmiechy)

Wilczkowski: To znaczy: Wolę mieć wroga żywego, niż przyjaciela w trumnie. Odpowiedziałem mu wtedy — i wydruko­wałem to w „Taterniczku”. Natomiast to jest typowiusieńki przykład konieczności nieety­cznego postępowania w wyniku kardynal­nych błędów taktycznych.

Sonelski: Właśnie. Przypuszczam, że nasz główny temat możemy uznać za wy­czerpany, bo raczej już nic nowego, bardziej znaczącego nie wymyślimy.

Zawada:  Czyli co… Trzeba zawsze zachować twarz człowieka nawet w sytua­cjach ostatecznych.

Sonelski: (z naciskiem) Trzeba STA­RAĆ SIĘ zawsze zachować twarz, nawet w sytuacjach poza granicą panowania.

Zawada: I że lubimy się wystawiać na te największe trudności w górach, żeby spra­wdzać, czy zachowamy twarz ludzką.

Heinrich:  Ale starać się… Starać się nie doprowadzać do sytuacji, gdy przestaje się być człowiekiem.

Sonelski: Dziękuję wszystkim, kole­dzy!

Koniec dyskusji

Rozmowę na taśmach zapisał — Maciej Chalubiec
Skrótów dokonał — Zbigniew Tumidajewicz

(Oryginalny, spisany bezpośrednio z taśmy zapis liczył około 160 stron maszynopisu. Było to oczywiście o wiele za dużo. jak na nasze możliwości edytorskie. Poza tym, dyskusja przebiegała chwi­lami w sposób chaotyczny, argumenty się powtarzały, a dyskutanci często odbiegali bardzo od tematu w polemicznym ferworze. Musieliśmy zatem dokonać znacznych skrótów — red).
Komentarz
Z dyskusji wynikają, jak Widać, optymistycz­ne wnioski. Aby jednak nasi czytelnicy nie popadli w nadmierny optymizm przytaczamy wzięty z życia fakt, który wydarzył się na Maka­lu w 1988 roku
Jeden z uczestnikó w działającej tam polskiej wyprawy (alpinista wcale nie „najmłodszego” pokolenia) kategorycznie odmówił udzielenia pomocy choremu wspinaczowi, nie chcąc stra­cić szansy wejścia na szczyt następnego dnia.
Ponieważ chorym był obcokrajowiec (które­mu ostatecznie zdołano jednak uratować ży­cie), sprawa nabrała rozgłosu i wywarła w świecie wspinaczkowym niezbyt dla Pola­ków przychylne komentarze.
redakcja

You might also like More from author