Festiwal Wspinaczkowy DMM na Bornholmie

Gdybyście mieli wymienić rzeczy, z którymi kojarzy Wam się Bornholm, wspinanie zapewne nie znalazłoby się na liście. Ta duńska wysepka znana jest w Europie głównie jako „to takie małe coś na Bałtyku”, ewentualnie jako wakacyjna destynacja fanów podróży rowerowych. I zapewne ten stan rzecz nie zmieniłby się, gdyby nie DMM.

bornholm01

Walijczycy zawsze lubili myśleć inaczej niż wszyscy – nie tylko w kwestii sprzętu wspinaczkowego. Mogli zrobić festiwal u siebie w Llanberis, ale to byłoby za łatwe. Mogli wybrać się do Francji, jednak mimo wszystko są Brytyjczykami. Odpadła również Hiszpania, bo w tufach nie ma jak osadzić kości. Włochy? Niby fajnie, ale wszyscy tam już byli. Grecja – daleko. Sytuacja wydawała się beznadziejna, do czasu, kiedy ktoś z biura nie znalazł informacji, że wychodzi nowe topo po Bornholmie. Skoro jest topo, muszą być też skały! Po szybkim wygooglaniu okazało się, że wyspa zapewnia wspinanie tradowe, sportowe oraz kilka zachęcających boulderowych problemów. Decyzja zapadła. Kierunek – Dania!

bornholm02

Z Polski wyruszyło nas pięcioro – 3 reprezentantów teamu wspinaczkowego DMM (Agata Wiśniewska, Maciek Bukowski, Szymon Łodziński), oraz 2 osoby ze strony polskiego dystrybutora, firmy CAMPER (Krzysztof „Himen” Smulski, Marek Janeczek). O ile podróż przebiegała bez większych przeszkód, o tyle jej planowanie okazało się przedsięwzięciem logistycznym na poziomie operacji Argo. Jak wszystkich zgrać, gdzie się spotykamy, czy chłopaki dojadą pociągiem z Warszawy, czemu wszystkie promy bezpośrednie są już pełne, jak się pomieścimy z wszystkimi rzeczami… Cała masa problemów. Koniec końców, udało nam się złapać nocny prom ze Świnoujścia do szwedzkiego Ystad. Jeszcze tylko 2 godziny przerwy, drugie tyle na kolejnym promie, kilkanaście kilometrów samochodem i nawigacja melduje: „jesteś u celu”.

bornholm03

Namioty rozstawione, śniadanie zjedzone, sprzęt naszykowany… Tylko wspinać się nie ma komu! Cała nasza piątka jest tak absolutnie zmęczona po podróży, że marzymy jedynie o pójściu spać i przespaniu całego weekendu. Ale, jak to mawiał Jurek Kiler, „twardym trzeba być, a nie mientkim”! Razem z teamem z Niemiec wybieramy się na wybrzeże, gdzie podobno czeka na nas „a hell lot of climbing”. Rzeczywiście, jest morze, są skały… Brakuje tylko jednej, za to ważnej rzeczy – ringów. Szymon z Maćkiem, na samo wspomnienie o wspinaniu tradowym zaczynają szukać wygodnej pozycji do spania w cieniu. Przykładem świeci za to Agata, która po prawie dwumiesięcznej przerwie od wspinania, głodna jest skały! Po zbudzeniu chłopaków, Alex oraz Chris z niemieckiego teamu robią nam wykład z tradologii, tłumacząc co i jak osadzać. Pół godziny treningu – i w górę!

bornholm04

Uzbrojeni w Wallnuty, Offsety oraz Dragony atakujemy duńską skałę po raz pierwszy. Najbliżej jej do granitu, jednak z bardzo ziarnistą strukturą. Jest on dosyć zwarty, mimo lat działania sztormów i burz nic nie dudni ani się nie odłamuje. Na tarcie nie można narzekać. Na skórę – jak najbardziej. Formacje to głównie wertykalne lub nawet lekko pochyłe płyty poprzecinane rysami oraz krawądkami. Brakuje dziurek, znanych z Polski, czy przewieszeń, do których przecież przyzwyczaiło nas wspinanie za granicą. Mimo tego dość specyficznego doświadczenia, wszyscy forsują trudności (bardziej psychiczne niż fizyczne) i przechodzą pierwsze w swojej wspinaczkowej historii drogi na własnej protekcji. Szczęśliwie/nieszczęśliwie, ostro operujące słońce zmusza nas do drastycznego zwolnienia tempa i przeczekania największego upału. Kto by pomyślał, że nad Bałtykiem może być tak ciepło?

bornholm05

Po południu, kiedy temperatura spada, a magnezja zaczyna spełniać powierzoną jej rolę, ruszamy do ataku. Maciek oraz Szymon prowadzą – uwaga – tradowo filarek o nazwie Frafaldet (5+, skala skandynawska). Kolejna łatwa droga, z dobrymi miejscami na osadzenie camów. Psychiczne jest jedynie dojście do stanu, który nie dość, że oddalony o dobre 5 metrów od linii drogi, to jeszcze  dojścia do niego broni komin o średnicy półtora metra. Zebrać się w sobie, wymierzyć, skoczyć – uff! Udało się! Jednak w czasie zjazdu lina blokuje się w rysie, a my męczymy się dobre pół godziny, by ją uwolnić.

bornholm06

Maciek widzi to w ten sposób:

Po przestudiowaniu podstaw osadzania asekuracji, myślę, że każdy z nas chciał zobaczyć, jak to wygląda w praktyce. Droga, którą wybraliśmy z Szymonem prowadziła rysą przechodzącą w filar. Na szczęście cały czas można było osadzać dobre przeloty (głównie Dragony), którym wszyscy ufaliśmy po uprzednim obciążaniu na wędkę. Istotną rzeczą, którą zna każdy „tradowiec”, a my dopiero mogliśmy zaobserwować, była konieczność dokonania wyboru, czy w danym miejscu osadzić asekurację, czy zostawić miejsce na chwyt i stopień. Na nasze szczęście niewiele było takich miejsc na tej drodze i gładko doszliśmy na samą górę, gdzie zostało tylko przeskoczenie przez komin do stanowiska.”

bornholm07

Agata w tym czasie walczy z pięknym, wręcz podręcznikowym zacięciem o nazwie Laybacket (6-). Jak sama opowiada:

Zacięcie byłoby faktycznie podręcznikowe, gdyby nie fakt, że skała żyła trochę swoim życiem – była na całej wysokości porośnięta mchem, co praktycznie uniemożliwiało wspinanie techniką rozporu. Na szczęście, w środku zacięcia znajdowała się czysta rysa o nieregularnej szerokości, co dawało nadzieję na przejście tej bardzo estetycznej linii techniką Dulfera, no i oczywiście na osadzenie jakiejś asekuracji. Chłopaki z DMM, pamiętając moje ubiegłoroczne trzęsiawki na tradowych czwórkach i piątkach, na wszelki wypadek rzucili mi pod drogę crashpada i zarzucili kilka camów więcej na uprząż. Jak się później okazało – zupełnie niepotrzebnie, bo prawie wszystkie były za duże. Rysa okazała się węższą niż się wydawała i ostatecznie niespecjalnie posłużyła do asekuracji, za to wspinaczkowo była idealna. Chłopaki bardziej się chyba o mnie bali, niż ja sama, więc założyłam dla ich spokoju dodatkowe przeloty w pobocznych, szerszych, ale mniej głębokich ryskach.”

bornholm08

W końcu, koło 21, wracamy syci wspinania i czerwoni od słońca. Szybka kolacja, pogaduchy z resztą ekipy i spać.

Następny dzień zaczynamy zgodnie z wakacyjnym nastrojem, który udzielił się nam wszystkim. Wolne śniadanie, kawa, ciastka – typowi wspinacze! W końcu, w okolicach godziny 11, udaje nam się załadować trzy crashpady do samochodu i ustalić, co robimy. Czas na dzień boulderowy! Gubiąc się po drodze kilka razy odnajdujemy nadbrzeżne buldery.

bornholm09

Początkowe baldy nie rokują większych nadziei – ot, zwykle kamyki, nic specjalnego. Po chwili jednak dochodzimy do tego, którego zdjęcie zafascynowało team w przewodniku. Długa, obła krawędź, przy której trzeba porządnie użyć pięty. Agata poradziła sobie z problemem pierwszorzędnie:

Problem opisywany w przewodniku jako rozgrzewkowa, fontainbleu’owska czwórka od razu przykuł naszą uwagę, wyczuliśmy jednak, że nie będzie to dla nas problem rozgrzewkowy. Maciek z Szymonem potrzebowali na niego kilku prób – a wiadomo, że chłopcy oblaczki lubią bardziej, niż lubią je dziewczynki. Ta obła, pięknie wyeksponowana krawędź tak bardzo mi się spodobała, że postanowiłam poświęcić jej trochę czasu i gdy słońce na chwilę przysłoniły chmury, udało się mi zdobyć ten kamyk. Według nas wszystkich trudności wynosiły spokojnie około 7A.”

bornholm10

Szymon z Maćkiem w tym czasie, ponownie chowając się przed słońcem, zaczęli patentować własny problem. Trudny start z dupy, potem kilka mocnych ruchów i strzał na końcu – tak przynajmniej było w założeniu. Szymon relacjonował to później w ten sposób:

„Problem, który znaleźliśmy był wyjątkowo urokliwy, małe chwyty, precyzyjne ustawienia nóg. Bardzo ważna jest również praca całego ciała i koordynacja przy przestawianiu nogi. Walka na nim zaczęła się od „nie trzymamy chwytów” do „już jest całkiem blisko” – brakowało dosłownie sklejenia przełożenia ręki na lepsza krawądkę trzymając bardzo słabego, obłego odciągu i bylibyśmy w domu. Ale… No właśnie, pojawiło się jedno „ale”! Maciek usiadł pod boulderem w celu optymalizacji patentów i używając chwytu, który początkowo nie przyciągnął naszej uwagi, ominął całe trudności jednym długim ruchem, psując w ten sposób obraz pięknego, trudnego boulderu i „zrobił z niego 7a”. Jest nam przykro, ale co zrobić..

Żeby dopełnić czary goryczy, po powrocie do Polski okazało się, że bald ma już przejścia, nazwę i wycenę – Sheepshagger 7a+. Jak pech, to pech…”

bornholm11

Chłopaków wspiera urocza Dunka, Michelle, od której dowiedzieliśmy się, że skały na Bornholmie są jedyny skałami w całej Danii! Jeśli więc nie umiecie żyć bez wspinania w naturze, możecie śmiało powtórzyć za Hamletem “Dania jest więzieniem”.

Przenosimy się kilkaset metrów dalej, gdzie Niemcy znaleźli świetnego, przewieszonego balda. Teraz Agata, Szymon i Maciek mogą się wykazać! Cała trójka gładko przechodzi lewy, wyceniony przez nas na 6C, problem. Maciek widział go tak:

Boulder był bardzo urozmaicony i myślę, że każdemu przypadł do gustu. Zaczynał się z dobrej płetwy i składał się z paru siłowych ruchów w 45-stopniowym przewieszeniu. Dużą rolę odgrywała odpowiednia praca nóg i mocne skręcanie ciała do ruchów. Przydawała się również dobra technika haczenia pięty oraz dynamika przy strzale do krawądki. Całość kończyła się prostą mantlą, która była wisienką na torcie.”

bornholm12

Dużo więcej problemów sprawia prawa droga, która – według naszej wiedzy – nie ma jeszcze przejścia. Michelle walczy na niej dzielnie, jednak ciągle zrzuca ją z cruxa. Szymon, chcąc zapisać się na kartach historii, ostro daje z buły i jako jedyny z wycieczki przechodzi problem. Droga dostaje wycenę (7C) oraz nazwę – Brushman Ben, a Szymon pisze o niej tak:

„Brushman Ben jest kwintesencją siłowego wspinania po małych i ostrych krawądkach w dużym przewieszeniu, na którym od samego startu trzeba się mocno trzymać i bardzo uważnie dokręcać na dobrych stopniach, żeby z owego przewieszenia nie „wypaść”. Głównym problemem boulderu jest ruch z bardzo słabej półeczki z odpęknięciem na dwa palce. Stamtąd do w miarę pozytywnej krawądki, która jest zupełnie w plecy i podczas ruchu takie przeniesienie środka ciężkości, aby dało się to utrzymać. Nie wspinałem się w życiu dużo w skałach na baldach, ale wydaje mi się, że ta propozycja powinna otrzymać przynajmniej 7C i adnotację mówiącą o bardzo ostrych chwytach i świetnej klasie boulderu :).”

bornholm13

Resztę dnia spędzamy uciekając od słońca, które powróciło ze zdwojoną mocą. Pozujemy Walijczykom do filmu, który ma opowiadać o festiwalu i cieszymy się ostatnimi chwilami na wyspie. Nikt z nas nie jest dość odważny, by wejść do lodowatych wód Bałtyku (inaczej niż chłopaki z DMM oraz jedna z Niemek, która decyduje się popływać, jak ją pan Bóg stworzył) – prawdopodobnie zimne polskie wybrzeże odcisnęło na nas piętno. Znajdujemy samochód, jedziemy złapać Internet, by nadać relację do Polski i wracamy na kemping się pakować.

bornholm14

Festiwal wspinaczkowy DMM na Bornholmie był na pewno ciekawym przeżyciem. Możliwość wspinania na często dziewiczych ścianach czy pierwsze przejścia na baldach, to bez wątpienia coś, co dużo trudniej znaleźć w bardziej popularnych rejonach. Na pierwszy rzut oka, pod względem wspinaczkowym wyspa nie wydaje się być specjalnie ciekawa. Szorstka skała, brak obicia, trudne dojścia i brak infrastruktury użytecznej dla wspinaczy jest jednak po stokroć rekompensowany przez niesamowity klimat tego miejsca. Nie jest to rejon dla każdego, ale jeśli zależy Wam na spokoju, pięknych widokach i ciekawych skałach (a do tego nie boicie się wspinania na własnej), niewątpliwie będzie zadowoleni z wizyty w tym miejscu.

bornholm15

You might also like More from author