Marcin Tomaszewski – o życiu i nie tylko

Jakub Barbasz (Qbab):

Cześć Marcinie,

Wolisz kawę czy herbatę, może sok? Czy może coś mocniejszego sobie nalejesz zanim przystąpimy do tej długiej rozmowy?

Marcin Tomaszewski:

Witaj. Zdecydowanie kawa z mlekiem i cukrem, na jednej z pewnością się nie skończy.

JB:

Nie no bez przesady, nie zamęczę Cię aż tak bardzo. Przecież to nie Twój pierwszy wywiad.

MT:

A kto powiedział, że kawę piję na zmęczenie ; ) Jestem niereformowalnym nałogowcem.

JB:

To do takiej słodkiej „miękkiej” kawy jaka muzyka pasuje?

MT:

Ostatnio dość gładko wchodzi mi Placebo. Teraz na przykład słucham Special Needs. Całkiem niezły kawałek.

JB:

Albert Einstein powiedział że: „Życie można przeżyć tylko na dwa sposoby: albo tak, jakby nic nie było cudem, albo tak, jakby cudem było wszystko.” Który sposób wybierasz? No chyba że nie zgadzasz się z nim – w końcu był genialnym fizykiem ale patentu na wszystko nie miał.

MT:

Moje życie przeczy prawom fizyki, zbudowane jest z wielu przenikających się warstw, dlatego teoria Einsteina raczej by się nie sprawdziła. Nie postrzegam go w kategoriach cudu bo nigdy nim nie było.

JB:

To zaskakujące wyznanie dla kogoś kto widział odwiedził takie cuda jak choćby Ziemię Bafina, Grenlandię, Patagonię czy Karakorum. Rozumiem, że to iż znalazłeś w sobie tyle motywacji żeby tego dokonać nie jest postrzegane przez ciebie jako cud? W końcu w latach 2000-2012 odbyłeś 17 dużych wypraw. Wielu o tym marzy, jednak jak przychodzi do zamiany marzeń w czyny pozostają nieliczni.

MT:

To prawda doświadczam pięknych chwil, odwiedzam niesamowite miejsca. Potrafię się tym zachwycać w nieskończoność, taka mam naturę. Nazwałbym to cudem gdyby wydarzyło się coś dzięki czemu poszedłbym swoją droga na skróty. Nie ominęło mnie jednak nic z czym wiąże się konsekwentne dążenie do celu i nieodparte pragnienie bycia sobą. Spoglądając na moje wyprawy widzisz piękne zdjęcia, relację z przygody pamiętaj jednak, ze za tym kryje się przede wszystkim prawdziwe życie. Wybory, trudne decyzje i ból. Czy cud powinien tyle kosztować? Tylko sens życia jest wart takiej ceny.

 

1012_MarcinDach_800

 Wenezuela , kluczowy wyciag na nowej drodze ” Mysterios” Acopan Tepui, 7c. fot. Wojciech Wandzel

JB:

Teraz też się wybierasz na kolejną wyprawę. Czy masz choć chwilę takiego wyciszenia. Bez myślenia o kolejnym wyjeździe?

MT:

Mój stan wyciszenia jest ściśle związany z górami, czuję się z tym swobodnie. Nie męczy mnie myślenie o nich, czasami odnoszę wrażenie, że jesteśmy jednorodna masą.

JB:

Ale to również oznacza, jak sam powiedziałeś wcześniej trudne wybory, poświęcenie i ból. Jest w tym trochę sprzeczności.

MT:

Życie nie jest czarno białe. Jeśli nie możemy z pewnych względów zawrócić z swojej drogi to należy odnaleźć najlepszy sposób by iść do przodu. Wspominałem Ci wcześniej o przenikających się warstwach w moim życiu, nie ma w nich miejsca tylko na dobre lub złe decyzje. W każdej z nich odnajdziemy procent tej przeciwnej. Tutaj odnajdziesz wspomniany przeze mnie ból i trudne decyzje. Stawiając na moją zgodność duchową z górami przeciwstawiam się światu, który ma w stosunku do mnie określone oczekiwania. Staję się tym samym w pewnym sensie postacią tragiczną. Szczęśliwą, jednak z drugiej strony przezywającą rozterkę a nawet rozdarcie. Nie każdy z nas ma pełną akceptacje na to co robi i kim jest. Każdy z nas staje w pewnym momencie swojego życia przed wyborem czy pozostać sobą w pełni.  Tego typu procesy nie zachodzą jednego dnia, nad tym pracuje się całe życie.

 

IMG_0099

Yosemite, El Capitan. Salathe Wall. fot. Krzysztof Krawczyk

JB:

Ale takie wybory to też „smaczek” życia. Bez nich było by niezwykle nudno, to trochę tak jak by całe życie być na wakacjach w hotelu z pełnym „all inclusive”, przez tydzień jest wspaniale że nie musisz nic robić, drugi tydzień tylko znośnie ale trzeciego tygodnia to ja bym już nie wytrzymał. Zresztą w moim przypadku wiem, że granica jest nawet wcześniej tzn już po 5-6 dniach zaczyna mnie nosić. Nie da się przecież tak w nieskończoność?

MT:

To prawda bierny tryb spędzania wakacji zdecydowanie mi nie odpowiada. Potrafię jednak dostosować się do każdej sytuacji, no prawie każdej. Uważam, że jest w życiu czas na szaleństwa jak również odpoczynek. Najważniejsze jest to aby dopasować tą mieszankę do własnych potrzeb, bliskich również.

JB:

Wiesz, 16 lat temu w „papierowym” Brytanie był opis Twojej solowej drogi na Kazalnicy. To było moje pierwsze spotkanie z Twoim nazwiskiem (byłem wtedy w ekipie brytana i Darek dał mi do zrobienia jakieś prace przy Twoim tekście). Dla mnie zawsze będziesz się przez to kojarzył właśnie z „Ostatnim Mohikaninem”. A jaka droga dla Ciebie jest tą którą wymienisz jak usłyszysz „wspaniała wspinaczka”

MT:

Rzeczywiście „Ostatni Mohikanin” był dla mnie wielkim doświadczeniem.  To była naprawdę piękna wspinaczka. Miło wspominam „Don Quichote” na Marmoladzie.  Pokonałem ją solo w ciągu kilku godzin asekurując się na dwóch czy trzech wyciągach.  Droga ta nie ma w zasadzie żadnych poważnych trudności, wartości sportowej, jednak dała mi dużo satysfakcji. Musze przyznać, że ciężko jest mi wyłonić jedną drogę, każda na swój sposób była niepowtarzalna. Właśnie wertuję swój kapownik i wracam pamięcią do przeszłości.  Musze przyznać, że istotne są dla mnie nie tyle drogi, co etapy wspinania. Chwile w których odkrywałem Tatry, Kazalnicę. Samotne podejścia pod ścianę. Partnerów z którymi wiązałem się liną.

JB:

Ucieknijmy jeszcze na chwilę od tematów wspinaczkowych. Masz na swojej stronie bajki dla dzieci, dlaczego?

MT:

Pytasz dlaczego na stronie, czy w jakim celu je piszę? To są dwa osobne pytania. Pomimo, ze znam na nie odpowiedź to jednak niełatwo jest mi o tym opowiadać. Powodów jest wiele. Na stronie zamieściłem tylko kilkanaście z nich.

JB:

Ale musisz przyznać że są to teksty dosyć specyficzne. Mocno filozoficzne. Nie masz wrażenia, że są to bajki dla dorosłych które przy okazji można czytać dzieciom?

MT:

Bajki te piszę głównie dla moich dzieci. Gdy dorosną odnajdą w nich odpowiedzi na pytania, które już teraz rodzą się w ich głowach. Jak wiemy w życiu nie da się wszystkiego prosto wytłumaczyć, bajki otwierają nam wielkie możliwości by dotrzeć do wyobraźni, ukształtować empatię. Powstają również z tęsknoty, potrzeby wytłumaczenia pewnych zdarzeń i ich konsekwencji. Na pewno nie są proste, uważam jednak, że czasem warto zatrzymać się nad jednym zdaniem i chwilę zastanowić. Na pewno nie jest to lektura z którą można zostawić dziecko same sobie, powinna je czytać osoba dorosła i w razie potrzeby tłumaczyć niezrozumiałe fragmenty. Dostaję dużo maili od osób czytających moje bajki swoim starszym dzieciom, były również wykorzystywane na uczelniach wyższych jako podkład do zajęć psychologicznych. To jest naprawdę miłe, tym bardziej, że nie mam talentu czy zaplecza literackiego.

LATAWIEC

Obserwowałem kiedyś szybujący na wietrze latawiec. Wyobraźcie to sobie. Jak uwięziony na sznurku, rwie się do nieba. Zamknijcie oczy i przypatrzcie się jeszcze uważniej. Tylko dzięki niemu jest w stanie sprzeciwić się wiatru i wznosić wciąż coraz wyżej. Jakby mu na przekór. Im mocniej wieje tym on silniej rwie się do nieba. Każdy, kto choć raz sterował, takim latającym żaglowcem dobrze wie, co się wydarzy, gdy wypuści z rąk utrzymującą go w przestrzeni cięciwę. Latawiec spadnie na ziemię, porażony, zrezygnowany. A przecież właśnie zyskał wolność… od liny która go więziła. Być może jeszcze ostatkiem sił spróbuje wznieść się z wiatrem i wykona kilka akrobacji. Jednak nic nie powstrzyma tego nieuchronnego spadania. W zgodzie z wiatrem nigdy nie sięgnie nieba i nie odnajdzie się wśród jego porywów.

Latawiec na uwięzi. Pomyślcie tylko, czyż nie jest dziwne, że tylko uwiązany może stać się wolny.

Moc, która siąga go w dół jednocześnie wypycha go w górę, dodaje sił na to by korzystając z niesprzyjających wiatrów mógł wzlecieć wyżej i pewniej. Ta siła utrzymująca sznurek zawze jest najważniejsza. Od wiatru, od nieba, od samego lotu. I sztuką jest wyczuć, kiedy ściągnąć go bliżej ziemi a kiedy odpuścić. Dlatego nie każdy potrafi nim sterować. Lub też zrozumieć istotę jego lotu. Sznurki bywają różne, są cienkie i mocne lub też grube i słabe, latawce też nei są łatwe. Nie wszystkie też wytrzymują przeciążenia, jakie na nie oddziaływują w powietrzu. Jednak jedno jest pewne, są skonstruopwane z myślą by mogły latać. Bez tego stają się bezużyteczne.

latawiec

fot. Rafał Palm

JB:

Którakolwiek z nich powstała w górach?

MT:

Tylko Snowmoll, na Alasce w 2007 roku.

JB:

Może nie masz zaplecza, ale o talencie to powinni się wypowiadać czytający. Ja należę do tych którzy nie zgodzili by się z Twoim zdaniem na temat jego braku. A przeczytałem kilkaset bajek, co najmniej w wykonaniu kilkudziesięciu autorów. Bajki wiążą się niewątpliwie z dziećmi. No właśnie, dzieci, rodzina. To bardzo zmienia człowieka, szczególnie w zakresie obcowania z ryzykiem. Jak to widzisz.

MT:

Zadajesz coraz trudniejsze pytania. Moje kochane dzieciaki nie zmieniły mojego podejścia do gór, nie odebrały motywacji czy odwagi do wymagających przejść. Czasami mam wrażenie że jest wręcz odwrotnie. Od pierwszych dni swojego życia poznawały mnie takiego jakim jestem, postanowiłem być w stosunku do nich uczciwy. Tak samo jak w stosunku do kobiet z którymi żyłem. Uważam, że gdybym zrezygnował dla nich z moich marzeń to miały by do mnie o to w przyszłości żal podobny do tego, który mógłbym, mieć  do swoich rodziców. Gdybym był w stanie cofnąć czas i wykasować swoją chorobę w dzieciństwie chciałbym aby się realizowali, być może nasze życie potoczyło by się wtedy inaczej. Wierzę, że pomimo wszystkich popełnionych błędów pokazuję im że warto walczyć o swoje marzenia i kiedyś również wezmą ze mnie przykład walcząc o swoje. Chciałbym je wtedy w tym wesprzeć.  To są właśnie te decyzje z procentem. Stając się ojcem podobnie jak wielu z nas ruszyłem na niesamowitą, piękną, czasem smutną i trudną drogę.

JB:

Niewielu ma odwagę tak to powiedzieć wprost. Takie trudne decyzje zazwyczaj trzymamy głęboko w sobie i nawet siebie staramy się okłamywać, że nie ma takiego dylematu. To trochę jak przy wspinaniu. Jak robi się trudno i ryzykownie zakładamy przelot „dla psychy”. Niby wiemy, że jak by co to nie wytrzyma ale jak patrzymy w dół to jednak raźniej jak lina w czymś wisi, a nie tak swobodnie. Masz tak czasem? Bo patrząc na Twoje wspinanie mam przekonanie, że „psychy” to Ci nie brakuje.

MT:

Poruszyłem tylko jeden wątek tej sfery życia. Nie oceniałbym siebie jedynie pod kątem tej wypowiedzi. No to pytanie mógłbym odpowiedzieć na wiele sposobów. Moim problemem jest to że w różnym stopniu, nawet minimalnym ufam w każdy założony przeze mnie przelot. Nie oznacza to jednak, że się nie boję, lub obawiam, że może nie wytrzymać. To są nierozerwalne części składowe wspinania na własnej asekuracji. Nie jestem jednak zwolennikiem iluzji. Poprawianie nastroju swojemu partnerowi również może okazać się ryzykowne. To tak jakbyśmy postawili kawałek styropianu jako balkonową balustradę. Poprawia psychę jednak z drugiej strony przekłamuje nasze postrzeganie rzeczywistości.

Każdy ma jakiś próg bezpieczeństwa. Mój przesunięty jest trochę dalej co nie wynika z jakiejś szczególnej odwagi lecz ignorancji, toporności oraz odporności na trudne warunki z którymi nauczyłem się bardzo szybko oswajać.

JB:

Jednak z drugiej strony robi się barierki balkonowe ze szkła – nie poprawiają samopoczucia a bezpieczeństwo podnoszą. W Twoim wspinaniu nie widzę takich zachowań. Wybierania celów pod publikę, takich wiesz niby ekstremalnych a w rzeczywistości pozwalających spokojnie się wspinać. Mam wrażenie że jak już coś wytypujesz to jest to bardzo blisko granicy?

MT:

To prawda. Moje granice znajdują się tuż przy krawędzi, wynika to głównie z moich predyspozycji psychicznych i fizycznych. Zawsze byłem bardzo ambitny, pokonywałem swoje slabości i lęki nie tylko w górach. Wychylam się ale nigdy nie skoczę w przepaść. Zawsze wierzę w powodzenie swojej misji.

JB:

No dobra to pozwól że jednak popytam o kilka spraw ściśle wspinaczkowych. Jak byłeś z Reganem to się podział kto co robi nie był oczywisty. Obaj macie „A-ileś tam” przewspinane, jak było naprawdę. I czy w ogóle jak jedziesz z innymi partnerami to dobierasz ich jakoś pod kątem uzupełniania się czy bardziej na zasadzie – z tym pojadę bo spoko się dogadamy a z tym nie bo po 3 dniach skoczymy sobie do gardeł?

MT:

Z Reganem miałem wielkie szczęście. Trafiłem na gościa, który działa na tych samych falach. Pomimo, ze przed wyprawą nie związaliśmy się liną to jednak dopasowaliśmy się bez słów. Zarówno osobowością jak i techniką wspinania. Nasze poczucie humoru nie raz doprowadziło mnie ze śmiechu do  łez. Do tego też nawiązywała nazwa naszej drogi „Superbalance”. Nasza górska droga dopiero się rozpoczyna, to będzie prawdziwa przygoda! Wybierając partnerów wielokrotnie zdaję się na swoją intuicję. Zdarzało mi się jeździć z trudnymi charakterami, jednak na swój sposób bardzo ciekawymi. Wiele lat wspinałem się z Krzykaczem, nasze dyskusje wypalały śniegi dookoła namiotu. Zaszło między nami do kilku bardziej lub mniej poważnych nieporozumień, które po wyjaśnieniu tylko wzmocniły nasze relacje. Tak właśnie wygląda męska przyjaźń, faceci czasami muszą „dać sobie po pysku”, żeby dojść do porozumienia. Konfrontacja nie zawsze musi doprowadzić do stałego konfliktu i nie należy jej na siłę unikać.  Oczywiście teoria ta nie ma zastosowania w zespołach mieszanych lub związkach, wtedy górą jest zawsze kobieta.

JB:

Ale chyba w góry to jednak zespoły „jednopłciowe” są bardziej wydajne jeśli idzie o wynik?

MT:

Bardzo nad tym faktem ubolewam.

JB:

Z drugiej strony ułatwia to „uzyskanie” przyzwolenia na kolejny wyjazd :)

MT:

Zdecydowanie : )

17_Seerdengpu_Tomaszewski_Pieprzycki

 Chiny, Cheng du. Z Adamem Pieprzyckim na zakupach przed wyprawą na Serdengpu.

JB:

To wariactwo w górach to jednak nie jest takie wariactwo jak motocyklisty jadącego w mieście 150 km/h. Szansa że komuś innemu zrobi się krzywdę jest jednak stanowczo mniejsza. Może jednak jak jesteś poza górami masz jakieś inne sposoby na zapewnienie sobie wymaganej dawki adrenaliny. Nie wiem, latasz na paralotni, nurkujesz?

MT:

Nie zależy mi tak na adrenalinie możne się zdziwisz ale pomimo ze często mnie nosi to jednak lubię czasem odpocząć, pogapić się w telewizor lub poczytać książkę. Moje miejskie oblicze wbrew pozorom bardzo się rożni od górskiego, staram się wyciszyć nie szukać na sile wrażeń których w ostatnich latach miałem pod dostatkiem. Wydaje mi się ze trzeba wiedzieć kiedy dać z siebie wszystko a kiedy zluzować.

JB:

Nazwałbyś się w takim wypadku człowiekiem spokojnym?

MT:

Z natury tak. Żyję jednak bardzo intensywnie co niestety bardzo często wystawia mój spokój na próbę. Osiągniecie stanu wyciszenia nawet w najtrudniejszych sytuacjach wymaga dużej kontroli i pracy nad sobą. Zazwyczaj nie daję się sprowokować i staram się panować nad swoimi słowami i czynami.

JB:

Ale są rzeczy których byś nie zdzierżył?

MT:

Tak są rzeczy, których nigdy nie zaakceptuję i nie przejdę obok nich biernie. Ostatnio najbardziej osłabia mnie bezmyślność i głupota. Nie będę obojętny względem krzywdy ludzkiej, nigdy nie przejdę obok niej obojętnie. Są również sytuacje, w których jestem gotowy na bardzo zdecydowaną reakcję. Nie znoszę zła, znęcania się nad słabszymi, krzywdzenie dzieci.

 

IMG_0348

Chiny. W trakcie wyprawy na Serdengpu. fot. Wojciech Wandzel

JB:

No dobra pogadajmy chwilę teraz o najnowszym planie. Chociaż czy najnowszym? Może chodziło Ci to po głowie od dawna. Góra ma nazwę która nieodłącznie w Polsce kojarzy się z Wojtkiem, ściana wygląda więcej niż poważnie. Który z waszej trójki wymyślił to wyzwanie? Co było inspiracją?

MT:

Naszym celem jest Great Trango Tower i być może Namelles gdy starczy czasu. Ujmę to tak, musi starczyć. Kiedy powstał pomysł wyjazdu? Prawdopodobnie z chwilą gdy zacząłem się wspinać, myślę, że Regan odpowiedziałby podobnie. Ty razem do naszego składu dołącza David Allfrey, świetny wspinacz z Californii mający na koncie wiele rekordów czasowych na El Capie. Dlaczego on? Będzie to dla nas doskonała okazja do wymiany doświadczeń, przekazywania patentów i mam nadzieję wspinania na najwyższym poziomie. Trango samo w sobie jest inspiracją nie potrzebuje marketingu.

JB:

A na jakim etapie przygotowań jesteście obecnie?

MT:

Właśnie zakończyliśmy etap pozyskiwania patronów medialnych, teraz walczymy o sponsorów. Rezerwujemy bilety, dogadujemy ceny z agencjami w Pakistanie. Napalamy się na ścianę.

JB:

A jak z kasą, sponsorami? To nie jest tania wycieczka z biurem podróży.

MT:

Jak co roku wspiera nas Polski Związek Alpinizmu. Jak na razie tylko od nich mamy zadeklarowane środki. Nie jest łatwo, szczególnie w Polsce. Zdaję sobie sprawę, że styl wspinania, który preferujemy jest bardzo niszowy. Nie zdobywamy ośmiotysięczników. Fundusze na wyprawę to jedno, oboje musimy zadbać również o to by zostawić pieniądze w domu, zniwelować utracone zarobki. Organizację takiej wyprawy można porównać do prowadzenia firmy, zawsze są jakieś straty. Oferujemy sponsorom pewną usługę, z której się po powrocie wywiązujemy. Ostatnio spotykam się z wielką życzliwością polskich firm i przedstawicieli marek outdorowych, każdy pomaga nam na miarę swoich możliwości. Dzięki wielkie Wam za to, bo bez Waszej pomocy, ciężko było by się gdziekolwiek ruszyć.

JB:

Znowu poruszyłeś ciekawy watek który pomija się często w rozmowach o wspinaniu. Utracone zarobki, zabezpieczenie rodziny itp. Myślisz że w czasach nazwijmy to „ubiegłych” było łatwiej, np Kukuczka zatrudniony był jako elektryk i jego praca powiedzmy to kolokwialnie nie była zagrożona przez wyjazdy.

MT:

To pytanie musiałbyś zadać wspinaczom tamtej epoki. Wydaje mi się za taka wyprawa była dla nich całkiem niezłym źródłem zarobku. Mam na myśli przede wszystkim handel rożnego rodzaju produktami.

JB:

W tym względzie nie ma co się wydawać, sami opisywali to wielokrotnie w niejednej publikacji. Teraz świat się pozmieniał, nie ma takich „przebić”. Mnie jednak chodziło o to, że obecnie jak znika się z pracy na dwa tygodnie to jest to jeszcze przyjęta norma, ale jak człowiek odcina się od niej na miesiąc albo dwa, to nawet jak sam jest sobie szefem, generuje sobie sporo problemów

MT:

Zdecydowanie tak. W czasie nieobecności co prawda firma działa jednak zawsze muszę się liczyć z pewnymi stratami. Pracownicy przejmują klientów, zakładają własne działalności, nie wszyscy klienci cierpliwie czekają na mój powrót. Wiele decyzji musi czekać na moją ocenę i stosowne działanie.  Każdy powrót zamienia się w twarde lądowanie na ziemi i zdecydowaną zmianę mojej percepcji.  Odnajduję w tym jednak wspólny mianownik, a jest nim wyzwanie, któremu chcę sprostać. Im sprawniej wrócę do rzeczywistości tym szybciej będę mógł sobie pozwolić na kolejną wyprawę. Mam duże szczęście  ze moja praca stała się również moją pasją.

JB:

Ale wracając do Trango Towers. Co będzie największym wyzwaniem?

MT:

Na dzień dzisiejszy chyba zebranie wystarczającej ilości środków by pojechać tam jak zwyczajna wyprawa bez typowych dla nas ciec w budżecie ;-) Jeśli chodzi o wspinanie to na pewno styl, mamy pewne założenia na miejscu okaże się czy damy rade. Nie chciałbym pokonać tej drogi w typowym stylu oblężniczym, liczę na coś więcej.

 

fotograf_yeti

Chiny, pojedynek na aparaty. Próba nowej drogi na Serdengpu. fot. Wojciech Wandzel

JB:

Wspomniałeś Davida. Miał on zeszły sezon niesamowity? Zamierzacie „pobiegać” trochę po pionowych ścianach?

MT:

Coś w tym stylu ;-)

 

marcin

Alaska. Nowy wariant na ścianie The Throne. fot. Tom Aldcraft.

JB:

Ja rozumiem niechęć do składania deklaracji, ale rąbka tajemnicy mógłbyś uchylić.

MT:

Ostateczną decyzję stylu w którym zmierzymy się z Great Trango Tower podejmiemy już w bazie. Planujemy szybką wspinaczkę bez poręczowania pierwszych wyciągów. Wbijamy się od razu w ścianę i wspinamy w miarę możliwości szybko i klasycznie. Trójkowy zespół usprawni transport i ogarnięcie biwaków.  Każdy dzień będziemy starali się wykorzystać do maximum. Na pewno spowoduje to szybszą utratę mocy, wolniejszą regenerację jednak z drugiej strony również krótszy pobyt w ścianie. Zabieramy z sobą portalledge ponieważ teren, który sobie wybraliśmy na nową drogę jest niesamowicie spionowany i wymagający.  W takich okolicznościach zarówno taktyka i założenia przedwyjazdowe zwykle ulegają modyfikacji. Elastyczność w podejmowaniu decyzji bardzo często decyduje o sukcesie przedsięwzięcia a kurczowe trzymanie przedwyjazdowych założeń o porażce.  To jest jedna z nauk jakie, które udzieliły mi góry. Gdy staniemy pod ścianą podejmiemy decyzję i dostroimy się do jej dźwięku.

JB:

Trójkowy zespół to z jednej strony łatwiejszy transport w ścianie, ale z drugiej strony trzech do dyskusji i trzy zdania do przedyskutowania.

MT:

Myślę, że nie będzie z tym problemu wszyscy jesteśmy otwarci na dyskusję. Dave ma spore doświadczenie w Yosemitach na pewno będę chciał się wielu rzeczy od niego nauczyć. Aby się rozwijać czasami musimy przyznać komuś  rację, pozmieniać coś w sobie. Z Reganem poznaliśmy się na Baffinie i wszystko mamy już pięknie poukładane. Wszelkie dyskusje odnośnie stylu toczyć się będą pod ścianą a gdy w nią wejdziemy pozostanie tylko napierać do góry i cieszyć się wspinaniem.

JB:

Oszacowaliście ile kilogramów sprzętu bierzecie?

MT:

Trudno powiedzieć ale trochę tego będzie.  Może nawet 100 kg, w trakcie pakowania eliminować będziemy wszystkie zbędne rzeczy. Zastanawiam się nad dostępnością wody w ścianie, zabranie jej w ścianę może bardzo spowolnić wspinaczkę,  bardzo chciałbym tego uniknąć.

JB:

To teraz na koniec mały wkręt o wspinaniu w Polsce. Masz w planach coś do zrobienia na naszym podwórku?

MT:

Jasne. Mam wiele zaległych projektów, które z różnych powodów są odkładane na później. Zarówno zimą jak i latem, na pewno niedługo do nich wrócę. Niestety pomiędzy wyprawami trzeba się nieźle napracować, żeby nadrobić wszystkie zaległości.  Im bliżej jestem nieba tym stabilniej muszę stać na ziemi, w naszej polskiej rzeczywistości. Nie ma innej drogi aby wspinać się całe życie…

JB:

To może choć powiesz czy oczy padają na Zerwę czy na coś innego?

MT:

Kazalnica jest ścianą na której rozpocząłem swoją górską przygodę, na niej pojawiły się pierwsze wyzwania. Dziś nie mogę przestać myśleć o dwóch drogach w warunkach zimowych, klasycznie.  Może w przyszłym sezonie, nie śpieszy mi się Zerwa poczeka, zawsze na mnie czekała. Poza tymi drogami marzy mi się bieganie po litych ładnych drogach o trudnościach V-VI, w jak największej ilości, od świtu do wieczora. Wieczorem zimne piwo w schronisku i wesołe spotkanie z znajomymi : )

 

KopiaDSC01781

Przystanek Norwegia… fot. Tomasz Derwich.

JB:

Mam nadzieję że zgodzisz się na większy wywiad po powrocie z TT?

MT:

Oczywiście z przyjemnością.

JB:

Powodzenia i dzięki za poświęcony czas.

MT:

Ja również dziękuję, pozdrowienia dla wszystkich czytelników.

Zapraszamy na stronę www Marcina: www.geronimo.civ.pl

Można tam przeczytać o wcześniejszych dokonaniach wspinaczkowych, pooglądać niesamowite zdjęcia i zapoznać się z większą liczbą bajek.

Marcina sponsorują HiMountain i Zamberlan.

You might also like More from author