Marek Raganowicz – „Nierealne bujanie w obłokach”

 Jakub Barbasz (Qbab):

Wiem że pierwsze pytanie powinno jakieś wprowadzające, ale mnie strasznie intryguje coś co kiedyś przeczytałem na Twoim blogu: „Szybkie czytanie tej książki byłoby jak słuchanie bluesa na podwójnych obrotach…” Napisałeś tak o „Cmentarzu w Pradze”. Po pierwsze lubisz Eco? A po drugie czy zabrałeś kiedyś na big wall’a książkę tylko po to by się wyciszyć i właśnie zwolnić? Czy może wpadasz w taki trans, że nie musisz w jego trakcie szukać tego typu pomocy – soliści często mówią o takim stanie w którym jest się automatem ale nie w znaczeniu mechaniki ruchu a mentalnym – wyłącza się strach, jest się jakby trochę z boku wydarzeń a pełnię doznań ma się w kilka dni, tygodni po zakończonej wspinaczce kiedy zasypiając czujesz jak pocą Ci się ręce pod wpływem wspomnień.

Marek „Regan” Raganowicz:

Umberto Eco jest zdecydowanie unikalna postacią, choćby poprzez to, ze łączy wyjątkowo odkrywczą refleksję o sztuce z twórczością pisarską na wybitnym poziomie. Na początku lat osiemdziesiątych zetknąłem się z jego koncepcja semiotycznej analizy dziel sztuki w jego „Dziele otwartym”, a dopiero później poznałem twórczość literacką czyli „Imię róży”. Myślę, że dokonania Eco mogą być inspirujące na wielu płaszczyznach wykraczających poza sztukę. Daleko mu do tzw. „Macpisania”, wiec jeśli nie mam czasu, to nie sięgam po jego książki. Do nich potrzebuję oddechu i czasu na zrozumienie.

Co do big Wallu, to na ścianę nigdy nie zabieram książek, ale tez nigdy nie rozstaje się z notatnikiem. Sporo piszę i nie przypominam sobie dnia bez notatek. Na ścianie zawsze poszukuję wyciszenia i zwolnienia, wiec właśnie dlatego nie zabieram ze sobą nic co mogłoby zakłócić pewien rodzaj procesu oczyszczenia, który następuje od momentu, kiedy zaczynam wspinanie. Głownie myślę tu o solówkach na El Capitanie, które zajmują wiele dni, i które dominują moje wspinanie w ostatnich latach. Prawdę mówiąc, na El Capitanie nawet nie słucham muzyki. Nie szukam niczego poza tym co mogę znaleźć w sobie, lub raczej  wydobyć z siebie poprzez wspinanie. Oczywiście uwielbiam muzykę, sztukę, książki i wszystko to co pobudza mnie do rozumienia Świata, ale nie szukam tego na ścianie. Strach podczas wspinania generuje pewien rytm stanów psychicznych. W wielodniowych wspinaczkach najtrudniejsze są pierwsze dni, kiedy następuje oderwanie się od tego w czym istniejemy na co dzień w tym od bezpieczeństwa. Wielu solistów wycofuje się w tej początkowej fazie i zawsze cieszę się w chwili, kiedy zaczynam odczuwać, że to mija. Później jest już lepiej, ale po wspinaniu tęsknie do każdego dnia spędzonego na ścianie i wszystkich jego faz. Wspomnienia i marzenia są niezwykłą mieszanką napędzającą siłę to treningów i przygotowań do następnych wyjazdów. To są emocje, które wiele zmieniają nawet w codziennym życiu. Tak jest w moim przypadku i chyba dlatego  interesują mnie wyłącznie wielodniowe przygody. Niestety nie mam w sobie mechanizmu wyłączania strachu, wiec boję się za każdym razem…

Soliscie zawsze trudno jest byc samotnym. El Capitan. Zdj MR

Soliscie zawsze trudno jest być samotnym. El Capitan. Zdj. Marek Raganowicz

JB:

Skoro mówisz że nie masz mechanizmu wyłączania  strachu to jakim cudem skierowałeś swoją uwagę w stronę tak szalonych pomysłów jak solówki na „Aileś tam”. Z jednej strony wspinanie w takiej formie to pewnie marzenie większości wspinaczy na początku styczności z tym sportem ale potem życie weryfikuje wyobrażenie o własnych możliwościach i pozostaje się na poziomie akceptowalnym przez własną psychę oraz sumienie które krzyczy „nie rób tego bliskim”. Oczywiście metry, czy lepiej powiedzieć kilometry wspinania dają odporność ale jednak bodziec początkowy musi być w Tobie.

MR:

Ryzyko i strach postrzegam jako część wspinania i trudności, wiec nie próbuję od nich uciec. Oczywiście mam na myśli ten rodzaj wspinania, który uprawiam – big wall. To co robię w górach ma wymiar bardzo osobisty i nie mieszam do tego sumienia krzyczącego „nie rób tego bliskim”. Nie robię tego przeciwko nikomu i nie ma to, w moim rozumieniu, wymiaru „anty”, czy też antywymiaru. Wspinanie jest pewna forma egoistycznego przymusu, który w moim przekonaniu pozwala mi na wydobycie jakiejś ukrytej, lepszej strony, lub też korektę tej gorszej, wiec summa summarum bliscy też maja z tego korzyść:)
Co do weryfikacji własnych możliwości, to właśnie dlatego wspinanie wielkościanowe i wielodniowe jest tak fascynujące, bo pozwala na definiowanie tych granic. Oczywiście czasami droga weryfikuje własne wyobrażenia o możliwościach i wydolności sprowadzając wybujale myśli na grunt rzeczywistości, ale czasami zadziwia i popycha do coraz śmielszych projektów, bo okazuje się że człowiek może więcej. Każde z tych doświadczeń inspiruje do dalszych poszukiwań tego co jest gdzieś miedzy człowiekiem, ścianą i droga…

JB:

Kolejną rzeczą którą chciałem od Ciebie wyciągnąć jest nawiązanie do pewnej słynnej sceny z literatury górskiej. Zapewne pamiętasz fragment o młynarczyku i wycieczce widzianej pomiędzy nogami z powieści Szalonego. Jak to jest w Dolinie, przecież tam jest gorzej niż na Krupówkach, teleobiektywy wycelowane w ścianę są 24 godziny na dobę. Niby jesteś sam ale prywatności nie masz zbyt dużo. Wolisz być jednak w miejscach bardziej odległych od cywilizacji?

Sky hooki w naturalnych dziurkach (Native Son). Zdj Tom Evans

Sky hooki w naturalnych dziurkach (Native Son). Zdj. Tom Evans

MR:

Zgadzam się z tym co mówisz. Jeśli szukasz samotności to El Capitan nie jest dobrym miejscem. Rzeczywiście, wolałbym kiedyś zrobić samotnie jedna ze ścian np. na Ziemi Baffina, która jest odludnym i dzikim miejscem, ale to, z wielu względów, jest poza moim zasięgiem, wiec spokojnie bujam się w fotelu, podziwiam tych, którzy się tam wspinali solo (Mike Libecki, Charlie Porter, Jim Beyer…)  i planuję następną drogę na El Capitanie:). Jeśli chodzi o poczucie samotności, to muszę powiedzieć, że podczas ostatniego wspinania z Yetim na Polar Sun Spire (Ziemia Baffina), moje ukłucie samotności chyba nawet przerastało wszystko to, co odczuwałem podczas solówek. Dwuosobowa wyprawa w tak bezludnym i oddalonym od cywilizacji rejonie była zupełnie wyjątkowym doświadczeniem z kategorii tych, które zmieniają widzenie świata.

Powrot do codziennego zycia...Zdj MT

Powrot do codziennego życia… Zdj. Marcin Tomaszewski

JB:

O widzisz, skoro to co zrobiłeś popycha Cię w nowe kierunki to czy nie masz wrażenia że wspinanie jest bardzo zaborcze, wiem to niby truizm. Ale z drugiej strony nie znam zbyt dużo sportów w których człowiek tak bardzo uzależniałby się od działania i przestrzeni. do głowy przychodzi mi nurkowanie, skoki spadochronowe i może samo latanie. Próbowałeś jakiś innych sportów przestrzennych? Może człowiek po prostu lubi „wszystkie wymiary” i mimo że żyje w świecie „2D” to pragnąłby być istotą ze świata „3D”. Może stąd te wszystkie piosenki w marzeniach opisujące ptaki jako istoty wolne?

MR:

Nie wiem dokładnie co masz na myśli mówiąc o zaborczości wspinania. Jeśli to, że zagarnia nasz umysł i jest ważną częścią życia rzutująca na wszystko co robimy i jak funkcjonujemy, to nie obwiniam za to samego wspinania, dlatego nie używam słowa „zaborcze”. W końcu sami wyznaczamy i definiujemy sobie granice wolności i proporcje miedzy sferami, w których funkcjonujemy. Z pewnością podejście do wspinania w każdym z nas ewoluuje w miarę upływu lat i zmian, takich jak zakładanie rodziny, stabilizacja życiowa, czy choćby starzenie się. Wspinanie jest wyjątkowe ze względów, które poruszyłeś tzn. działania i przestrzeni. Góry do nas nie przyjdą, wiec wspinanie górskie łączy się z wyjazdami, podróżowaniem i organizowaniem, które jest immanentną częścią tego sportu. Patrząc wstecz, zawsze wracam do tych okresów w życiu, kiedy bylem dalej od wspinania, a wtedy  okazywało się, że ryzyko górskie zamieniałem na inne, a podróżowanie i przełamywanie niemożliwego w organizacji miałem we krwi. Z czasem coraz bardziej tęskniłem za tym, żeby te elementy które i tak we mnie były i determinowały tzw. zwykle życie, powiązać z górami i wspinaniem. Przyglądałem się tez różnym sportom aż w końcu postanowiłem nauczyć się jeździć na snowboardzie, ale nie w wymiarze wyczynowym, tylko dla przyjemności bycia w zimowych górach w inny niż wspinaczkowy sposób. Jeśli chodzi o poziom wyczynowy, to od pewnego momentu uznałem poszukiwania za bezsensowne, bo swoboda z jaka poruszam się w obrębie wspinania jest źródłem wystarczającej satysfakcji i spełnienia. Chyba nie potrzebuje niczego innego. Może masz rację, że gdyby latanie było dostępne dla człowieka, to bym spróbował latać. Tymczasem wszystkie formy skoków i unoszenia się związane są z dużym uzależnieniem od sprzętu i to jest dla mnie bariera, której nie chce przekraczać. Mam paru znajomych uprawiających base jumping i po rozmowach i obserwacjach będę trzymał się daleko od tego szaleństwa. Chyba mam większe poczucie wolności decydując o każdym swoim kroku i ponosząc niemal natychmiast konsekwencje każdej decyzji, niż oddając się w ręce zależności od sprzętu. W tym aspekcie surfing jest czymś co bardzo mi się podoba, ale to trudny technicznie sport i nigdy nie miałem wystarczająco dużo czasu i warunków, żeby nauczyć się „wyczuwania fal”.

Superbalance jest idealem, do ktorego trzeba dazyc :)

Superbalance jest ideałem, do ktorego trzeba dążyć :)

JB:

No właśnie, zmieniają widzenie świata mówisz, ale jak to jest? Większość z nas (prawdę mówiąc prawie wszyscy) nie ma możliwości dowiedzieć się o tym z własnego doświadczenia i musi bazować na opowieściach takich ludzi jak Ty czy choćby ostatnio medialnie znany Felix Baumgartner. W czasie takiej wyprawy ta zmiana to proces ciągły czy też może budzisz się któregoś dnia i wiesz że nic już nie będzie takie jak do wczoraj Ci się wydawało.

MR:

Z moich obserwacji po wspinaniu na PSS wynika, że takie stwierdzenie faktu zmian i wielkiego wpływu tego konkretnego wspinu na postrzeganie rzeczywistości jest poprzedzone pewnego rodzaju „spodziewaniem się”. To znaczy czujesz, że coś się będzie działo, po czym czujesz że właśnie uczestniczysz w czymś wyjątkowym. Ale mnie zawsze prześladują wątpliwości, czy to nie jest złuda, czy to nie jest tylko stan umysłu, albo atakujące ego. Pewność przychodzi po wszystkim, ale nie dlatego, ze czytasz informacje prasowe na swój temat, komentarze i wywiady, których udzielasz. To znaczy Mam na myśli całą otoczkę medialną i uznanie, które może poprzewracać w głowie. Te pewność mieliśmy z Yetim od momentu, kiedy stanęliśmy na zamarzniętym fiordzie po zjeździe ze ściany. Byliśmy ciągle na bezludziu bez braw i oklasków, a powrót do cywilizacji był jak uderzenie w głowę. Pamiętam jak w tydzień po powrocie do domów rozmawialiśmy o tym, że mamy trudności w porozumiewaniu się ze światem zewnętrznym, w zwyklej codziennej komunikacji z otoczeniem. Myślałem, że to tylko mnie się przytrafiło, ale okazało się, ze Yeti odczuwa to w podobny sposób. Już w środku ściany stwierdzaliśmy, że jest to dla każdego z nas największa rzecz we wspinaniu w jakiej uczestniczymy w wielu aspektach rozumienia tego faktu. Dlatego nie używam słów „najtrudniejszą wspinaczkę”, żeby nie zawęzić tego do wymiaru technicznego, czy też rozmiaru ściany. Po napisaniu i opowiedzeniu o PSS niemal we wszystkich możliwych formach przekazu, musze powiedzieć, że i tak jesteśmy w stanie przekazać może 30 do 50% tego co rzeczywiście było ważną częścią życia. Może potrzeba do tego języka symbolicznego, języka sztuki, żeby faktom nadać odpowiedniego wymiaru i mocy. Niestety nie jestem artystą, wiec mogę tylko zanudzać opowieściami…:)

Polar Sun Spire. Zdj MR

Polar Sun Spire. Zdj. Marek Raganowicz

JB:

Twoich relacji na pewno nie można nazwać zanudzaniem. Co prawda nie są tak przepełnione scenami mrożącymi krew w żyłach i opisami niebezpieczeństw jak opowieści pewnej pary ale to chyba lepiej. To coś jak z dobrym filmem grozy w którym pewne niedopowiedzenia są kluczowe dla odczucia strachu. Jak to jest opowiadać o tym wszystkim, przecież taka wyprawa, jak ta na wyspę Baffina, to coś tak abstrakcyjnego dla normalnych ludzi, że chyba nie jest łatwo znaleźć linię po której trzeba się poruszać opowiadając by słuchacze (czytelnicy) Cię zrozumieli a równocześnie by nie uprościć zbyt wiele. Mam wrażenie że to jak z wielkim uczonym który ma przygotować wykład na bardzo skomplikowany temat a słuchaczami mają być uczniowie gimnazjum.
Masz z tym duży problem ? Bo jak się czyta Twoje wypowiedzi to nie widać tego.

MR:

Problem opowiadania o tym co się zdarzyło na Ziemi Baffina jest większy niż myślałem:)))) Zresztą ma to szerszy wymiar i dotyczy wielu dziedzin. Od dawna prześladuje mnie taka scena, której bylem świadkiem na Festiwalu Filmów Jednominutowych. Po jednej z projekcji młody reżyser opowiadał o tym co chciał przekazać w tak zwięzłej formie. W jury zasiadał Andrzej Wajda, który po wysłuchaniu przydługiej tyrady powiedział: Tak, wie Pan to bardzo interesująco brzmi , ale tego nie widać w Pana filmie… Taki mechanizm nieudanego przekazu niestety działa w dwie strony, bo czasami w opowiadaniu może być zbyt mało przekazu, a czasami więcej niż w rzeczywistości się zdarzyło i to też nie jest dobre. W czasie kiedy pisze, opowiadam, czy robię zdjęcia o wspinaniu, to kieruje się zasada, ze wszystko musi być zbudowane na autentyzmie i szczerości przekazu. Te dwie kategorie zdają się być kluczowe, bo w obecnym świecie trudno jest już kogoś zadziwić formą, a jednocześnie coraz trudniej jest o prawdę. Szczerze mówiąc nudzi mnie oglądanie zdjęć ze wspinania, które są pozowane, doświetlane reflektorami, robione w niemal ścianowo-laboratoryjnych warunkach po to, żeby pokazać jak wygląda coś co wygląda w rzeczywistości inaczej. Przecież wiadomo, żeby zrobić takie zdjęcie to fotograf musi wspiąć się po wcześniej założonej poręczówce, a wspinacz pokonuje któryś z kolei raz ten sam fragment odtwarzając cos co już nie powróci.  Jedno z najlepszych zdjęć z PSS zrobił Yeti, kiedy staliśmy na stanowisku w padającym śniegu. Zdjęcie jest na zaparowanym i brudnym obiektywie z wieloma błedami technicznymi, ale wystarczy popatrzeć na komentarze na Supertopo.com, żeby zobaczyć jak silne wrażenie zrobiło na oglądających. To właśnie jest siłą szczerości i autentyczności, w która wierze. Ponieważ sam ich poszukuje w historiach, to i sam staram się o autentyczność i szczerość w przekazie. Odbiorca doskonale oceni czy go to nudzi, czy interesuje, a ja staram się temperować swoje zapędy w kierunku fantazjowania:).  Zawsze traktuje odbiorcę jako równorzędnego partnera. Nie mam poczucia wyższości z powodu większej wiedzy o technicznych aspektach wspinania. Odbiorca doskonale umie odrzucić wszystkie nieczytelne nazwy, a zostawi dla siebie emocje i metafory, które są w każdej prawdziwej historii.

Stanowisko 26 na Superbalance (Polar Sun Spire, Ziemia Baffina). Zdj. Marcin Tomaszewski

Stanowisko 26 na Superbalance (Polar Sun Spire, Ziemia Baffina). Zdj. Marcin Tomaszewski

JB:

Przejdźmy teraz do innych spraw. Bardziej wspinaczkowych. Ile ważył wasz sprzęt na PSS?

MR:

Samo żelazo, ważyło około 75-80 kg plus liny i ekwipunek biwakowy czyli około 100 – 120kg. Do tego dochodziła żywność, paliwo (cztery galony nafty), odzież…W mojej ocenie na wejściu mieliśmy około 170 – 200kg. Nigdy nie ważyliśmy sprzętu, ale zabraliśmy wszystko co można, zostawiając na dole pusty namiot, strzelbę i parę litrów nafty.

JB:

Miałeś w swoim życiu pomysły na jakiś szpej, spotyka się czasem u bardzo doświadczonych wspinaczy zaskakujące patenty, samoróbki itp. Masz coś takiego w kolekcji?

MR:

W zasadzie nie jestem nikim w rodzaju innowatora, czy Pomysłowego Dobromira, który ciągle cśs udoskonala. Radze sobie z tym co mam, bo oglądałem przygody McGivera:)))
Najbardziej trickowy przyrząd w moim zestawie , to Fifka Blondyna, bez której się nie ruszam na żadna hakówkę:)
Staram się być na bieżąco z nowościami sprzętowymi, ale nie jestem pasjonatem wyłapywania nowinek, czy udoskonalania sprzętu. Jestem raczej konserwatywny i przyzwyczajam się do rzeczy. Na przykład na początku lat osiemdziesiątych kupiłem sobie w Chamonix polara Helly Hansena, który wtedy był zupełną nowością jako alternatywa dla wełnianego swetra. Ostatni raz używałem go na El Capitanie w 2009, wiec miał już dobre 25 lat, kiedy zdecydowałem się na odświeżenie garderoby. Albo kiedy pierwszy raz wspinałem się na El Capie, to spałem w gnieździe nietoperza, którego używałem zawsze w Tatrach. Po zejściu z drogi, w cafeterii wszyscy śmiali się ze mnie, że ostatni raz w Dolinie widziano taki hamak jakieś 25 lat temu. Oczywiście to jest tylko ekwipunek, który nie wpływa bezpośrednio na pokonanie trudności…

Wyjscie z okapu The Wing na Native Son (VI, 5.9, A4+), El Capitan, Yosemite. Zdj. Tom Evans

Wyjście z okapu The Wing na Native Son (VI, 5.9, A4+), El Capitan, Yosemite. Zdj. Tom Evans

JB:

To zaskakujące (dotyczy nowości sprzętowych), zawsze wydawało mi się że wspinanie hakowe na najwyższym poziomie to niezwykle techniczna sztuka. A zdolności fizyczne które można wytrenować stanowią tylko mały dodatek do wiedzy i doświadczenia pozwalającego wykorzystywać sprzęt do granic możliwości. W związku z tym jak wygląda Twój trening poza samym wspinaniem?

MR:

Hakówka jest techniczna w znaczeniu umiejętności używania i operowania znaczną ilością sprzętu, ale innowacje sprzętowe we własnym zakresie nie maja zasadniczego wpływu na skuteczność. Nie ma żadnych tajemnych patentów na pokonanie trudności. Mówiąc o tym, że nie mam swoich przeróbek i patencików miałem na myśli to, że nie korzystam z niczego nadzwyczajnego, że wspinam się na ogólnie dostępnym sprzęcie.
Trudnego haczenia praktycznie nie da się wyćwiczyć. Umiejętności przychodzą wraz z doświadczeniem nabytym w tzw. boju i właśnie w tym jest zaklęta tajemnica. Jeśli idziesz na cos trudniejszego na dużej ścianie, to podejmujesz wyzwanie, z którego praktycznie trudno się wycofać. Jeśli jesteś w środku trudności rzędu A4 lub większych to droga wiedzie tylko do góry. Dlatego formą wycofania jest zastosowanie tzw. „chicken rivet”. To znaczy jeśli ktoś jest bez wyjścia, to wierci nity żeby uratować skórę, bo inaczej musiałby wzywać pomoc w celu ściągnięcia ze ściany. Nie musze dodawać, że jest to piętnowane przez środowisko i uznawane za wycof z drogi ze złamaniem zasad etycznych. Z reguły następny zespół usuwa osadzone nity i maskuje otwory.  Dlatego haczenie na wielkich ścianach jest kombinacją trudności technicznych, ryzyka i decyzji taktycznych. Każdy z tych elementów zazębia się i jest wzajemnie zależny. Prawdę o tym rodzaju wspinania powiedział Charlie Fowler: „Trudna hakówka jest jak rozbrajanie bomby zegarowej”. Dlatego trening nie jest niczym specjalnym i w zasadzie nie może zastąpić doświadczenia. Trening w praktyce ogranicza się do operowania sprzętem, a poza tym musisz doświadczyć ściany, bo inaczej nie zrobisz postępu. Trzeba podjąć ryzyko i to jest w hakówce wielkościanowej pociągające. To jest przygoda, którą zaczynasz od momentu oderwania stopy od ziemi, kiedy wchodzisz w nieznane.

JB:

To jeszcze jedno pytanie mniej wspinaczkowe. Patrzysz na środowisko wspinaczkowe w Polsce z daleka a mimo to jesteś jego członkiem, jak byś porównał to co widzisz do tego jak to wygląda „za wielką wodą”.

MR:

Uwielbiam być w Yosemitach paradoksalnie dlatego, że wspinaczkowo urodziłem się w Tatrach, a dokładnie w zimowym Moku. To znaczy odnajduję w Dolinie niesamowitą atmosferę, która panowała w Morskim Oku w czasach zanim zaczął się tam wielki remont. Później było jeszcze fajnie w Roztoce, ale Moko było miejscem, gdzie w zimie zjeżdżali się najlepsi z całej Polski. W jadalni można było spotkać Kurtykę, Małolata, Pankiewicza, Mome, Falco, Młodego, Muskata i wielu innych. Takie towarzystwo miało dla mnie i moich kumpli niesamowitą sile inspirującą mimo, że nie byliśmy dla nich partnerami do rozmów o tych samych drogach, czy wyzwaniach. Niestety nie wiem jak jest dzisiaj w Moku bo tam nie bywam, ale w Dolinie czuje siłe inspiracji płynąca zarówno od wielkich nazwisk światowego wspinania, jak i z szaleństwa młodych pokoleń, z obsesją wielkich ścian i „climbing way of life”. Polskie wspinanie ma za Wielka Woda ugruntowana renomę, wiec miło mi zawsze powiedzieć, że wywodzę się z Tatr. Jeśli chodzi o porównywanie środowisk, to patrzę raczej w kategoriach archetypu duszy wspinacza i nie szukam jakiś narodowych różnic. Na Camp IV jest międzynarodowy kocioł kulturowy tych co wyznają wspinanie w różny sposób. To jest coś co mi się podoba. Spotykam tam wielu wspaniałych ludzi, a to zawsze było dla mnie ważną częścią wspinania. W Stanach  jest ogromna ilość wspinających się i wystarczy popatrzeć na forum dyskusyjne Supertopo, żeby zdać sobie sprawę z różnic w skali jeśli chodzi o porównanie z polskim środowiskiem. Myślę, ze miedzy naszymi społecznościami jest pewna różnica w postawie wobec Internetu. U nas większość wspinających się zagląda na forum, ale głos zabiera tylko garstka. Tam ludzie po prostu piszą i tyle…

JB:

Może to wynika ze specyfiki naszych for wspinaczkowych. Język mocny, bardzo spolaryzowane poglądy itp. Jak ja czytam zagraniczne fora to tego nie dostrzegam. Myślisz że to się zmieni i u nas?

MR:

Podczas prywatnych rozmów, kiedy ktoś mówi: Nie zabieram głosu na forum, bo mi nie odpowiada tamtejszy język, odpowiadam: Nikt ci nie każe mówić językiem innych osób. Jeśli większość będzie milczeć, to nie będzie platformy wymiany poglądów tylko klub wzajemnej adoracji. Osobiście, Jeśli chce zabrać głos w jakiejś sprawie, to pisze po swojemu i nikt siłą ciętości języka mnie nie powstrzyma. Zawsze zachęcam innych do zabierania głosu, a zwłaszcza tych z dużym stażem wspinaczkowym, bo wydaje mi się, ze na to również czekają ci, którzy dopiero zaczynają wchodzić w nasza społeczność.

JB:

To może na zakończenie (żeby po pierwsze Ciebie nie zamęczyć a po drugie byśmy mieli pretekst do kolejnej rozmowy) zapytam o marzenie wspinaczkowe ale takie które ma szanse stać się kiedyś planem do realizacji.

MR:

Wiesz co mnie fascynuje we wspinaniu? To, że nigdy nie wiesz do końca  jakie masz szanse na zrealizowanie marzenia. Można się tym gnębić i pętać umysł wyolbrzymianiem niemożności, ale można też czerpać z tego inspiracje, bo jeśli nigdy nie jesteś w stanie w 100% ocenić potencjalności, to masz ciągle otwarte drzwi, zawsze możesz dokonać czegoś w co inni nie wierzą. Takie myślenie daje mi wolność i swobodę. W ostatnich latach realizuje wszystko to, co kiedyś odkładałem na półkę z napisem „Nierealne bujanie w obłokach”. Teraz okazuje się, ze warto bujać w obłokach, dlatego zawsze marzę o czymś co jest skażone niepewnością i niewiadomą – nie interesuje mnie stąpanie po ziemi.
No, ale Ty pewnie ciągle czekasz na konkrety? OK, konkretnie, moje marzenia to wielkie ściany, zima, nowe drogi, inspirujący partnerzy, samotność, dochodzenie do granic…:))))

OK. W zimie jadę z Yetim do NorwegiiJ)))

Podrozowanie jest czescia wspinania. Zdj MR

Podróżowanie jest czescia wspinania. Zdj. Marek Raganowicz

Więcej możecie przeczytać na stronie Marka oraz na stronach Supertopo.

Sponsorami dzieki którym marzenia Marka mogą się realizować są:

ZamberlanGrivel, Outdoor Research, Olympus.

Powyższy wywiad (z powodu odległości jaka nas dzieliła) był możliwy dzięki wielkiej cierpliwości jaką wykazał dla mnie Marek i dlatego chciałbym Mu bardzo za to podziekować.

Jakub Barbasz.

You might also like More from author