Nanga Dream Justice For All – za nami!

Szaleństwo. Od zarania dziejów najtęższe umysły tego naszego padołu próbują znaleźć definicję i przyczynę tego stanu człowieka. Co szaleństwo budzi? Co je podsyca? I przede wszystkim co zrobić, by zdusić je w sobie? Mimo starań, wielu dysput i rozmyślań w gaikach Akademosa, żadnemu z wielkich myślicieli nie udało się znaleźć odpowiedzi na choćby jedno z powyższych pytań. Powstało wiele definicji, wiele interpretacji i opisów zachowań, które jednak, prędzej czy później, były brutalnie weryfikowane przez życie. Idąc prostą drogą, bez rozglądania się za ścieżkami odchodzącymi w bok, można z dużą dozą pewności przyrównać szaleństwo do małego demona, zamkniętego gdzieś w klatce umysłu każdego z nas, który z czasem, korzystając z okazji, potrafi się z niej uwolnić. A wtedy rośnie w siłę i powtórne zamknięcie go w czterech ścianach zaczyna być, delikatnie mówiąc, problematyczne.

fot. Iga Pełczarska
fot. Iga Pełczarska

Dzięki szaleństwu jesteśmy tu gdzie jesteśmy jako ludzkość. Bez niego nie byłoby śmiałków przemierzających w kruchych łupinach swoich łódeczek bezkresnych oceanów, nie byłoby lotów w przestrzeń międzyplanetarną, skoków ze spadochronem z wysokości, która może przyprawić tylko i wyłącznie o deliryczną modlitwę w intencji przeżycia, słowem stalibyśmy w miejscu w polu, udając stado owiec. Bez szaleństwa nie byłoby również clou całej tej mojej pisaniny – himalaizmu. Nie byłoby również dwóch wariatów, dzięki którym możliwe były pewne wydarzenia z niedalekiej przeszłości…

Tomasz „Czapa” Mackiewicz i Marek „Klonu” Klonowski – te dwa osobniki wprowadziły ożywczy zamęt w progi Schroniska Jagodna, po którym to nic nie będzie już takie jak dawniej. Mili panowie z sobie tylko znanych pobudek wybrali swoją drogę życiową dość dawno. Skryta jest ona często w całunie chmur, przeorana ostrymi jak brzytwa graniami, ukrytymi przed ludzką „patrzałką” złowrogimi szczelinami – innymi słowy prowadzi ona tam, gdzie ludzki wzrok nie sięga. Nam, maluczkim nizinnym żuczkom, które od wielkiego dzwonu zdobędą się na odwagę, by wydrapać się gdzieś wyżej niż górna granica lasu, panowie wydają się być istotami z innej planety. Przybyłymi tu wyłącznie po to, by porywać się na rzeczy niepojęte. Po co? Po co się wspinać? Po co leźć tam, gdzie jest tak zimno, że zamarza azot, gdzie halucynacje przestają być wesołym rollercoasterem po niewinnych używkach, a zaczynają przypominać ostrą jazdę wyścigowym motocyklem bez hamulców? Co tych ludzi tam pcha, co sprawia, że człowiek przechadzający się u stóp potężnego masywu, wpatrzony w kolorowe punkciki uwieszone na ścianie, myśli sobie, cytując Tomka Hreczucha w jego krótkiej definicji alpinizmu – „Jebana ludzka rasa, za chuj bym tam nie wlazł”? Na te pytania, a przynajmniej na ich część, próbowano odpowiedzieć minionej soboty i niedzieli w miejscu odległym od zgiełku miast, gdzie zamiast smogu i spalin skąpane w blasku księżyca domostwa otula mgła, w Schronisku Jagodna.

Cel spotkania był zacny – oto właśnie wybijała na zegarze pierwsza rocznica „odrodzenia” tego miejsca, czyli zadomowienia się nowych „chatkowych”, którzy nie patrząc na szalejącą wokół recesje i niemilknące głosy powątpiewania, odważyli się wziąć we władanie ten uroczy schron. Jako, że taka rocznica powinna być godnie uczczona, pewnego pięknego dnia, palec opatrzności wskazał gospodarzom pewną informację w wirtualnym świecie. Oto jest gdzieś tam w odległej „Polszy” dwóch śmiałków, którzy nie bacząc na przeciwności i kłody rzucane im pod nogi, postawili sobie za cel zdobycie Nangi Parbat zimą. Nie byłoby w tym nic spektakularnego, gdyby nie to, że szczyt ma grubo ponad 8 tysięcy metrów, do tej pory został, jako jeden z dwóch, niezdobyty w porze śniegu i mrozu, a i w lecie ludzka stopa nie stawała tam zbyt często. Chcą to zrobić poza wszelkimi związkami i wsparciem wielkich koncernów, bez pewnej dość drażliwej dla wielu otoczki wyścigu narodowego, który ma za wszelką cenę pokazać, że na nas, Polaków, w Himalajach i Karakorum nie ma bata. Ich celem jest droga i przygoda. Sama idea, przy której fizyczne zdobycie szczytu schodzi delikatnie na drugi plan. Łakną wypuścić małego demona szaleństwa tam, gdzie może im najbardziej pomóc, ba, tam, gdzie bez jego obecności pewne rzeczy nie byłyby nawet możliwe – to ich naturalny spust szaleństwa. W części kontrolowany, w części nieokiełznany, dziki. Dzięki niemu są cały czas w drodze. I dzięki niemu zawitali w miniony weekend w nasze piękne Góry Bystrzyckie.

Panowie przywieźli ze sobą mnóstwo zdjęć, filmików i opisów tego, co było im dane przeżyć wysoko w górach. Przywieźli pozytywną energię, którą starali się dzielić ze wszystkimi obecnymi gośćmi. Pomagali im w tym znamienici goście – Alek Lwow, zdobywca czterech ośmiotysięczników, autor kilku książek o wspinaniu, który niedawno skończył pracować nad layoutem monografii o Nandze Parbat autorstwa Wolfganga Heichela, i dzięki temu mógł podzielić się z zebranymi gośćmi swoją wiedzą o tej górze, a w egzotyczną wycieczkę, wszak nie samymi górami i śniegiem człowiek żyje, zabrał zebranych Piotrek Strzeżysz, opowiadając o kilku swoich przygodach przeżytych podczas wypraw rowerowych do Gruzji i Meksyku. Prelekcje przetykane filmami poświęconymi najwyższym szczytom ziemi pozwalały przybliżyć wszystkim ogrom wyzwania, jakie czeka nadchodzącej zimy chłopaków, i odpowiedzieć choć iluzorycznie, po co oni to w ogóle robią.

Impreza udała się świetnie, goście, mimo nieprzyjemnej pogody, dopisali, dzielnie wspierając słowem, myślą i uczynkiem naszych śmiałków i bawiąc się tego weekendu setnie. Nie zabrakło zdarzeń zabawnych, małych niedomówień na linii międzygatunkowej, lekkich problemów lokomocyjnych, ale ogólnie, ten szalony pomysł udał się wyśmienicie. Dzięki Wam, drodzy goście schroniska, udało się zebrać dla Tomka i Marka około czterech tysięcy złotych, dzięki czemu przybliżyło ich to o kolejny krok do upragnionego celu. Pozostaje mieć nadzieję, że równo za rok będzie nam dane spotkać się w tym samym, lub większym gronie ponownie, na after imprezie po zdobyciu szczytu i przede wszystkim bezpiecznym zejściu z nań naszych bohaterów. Ściskajmy kciuki u goleni i dopingujmy ich zdrowo, bo wierzcie mi, naprawdę warto! Poniżej odnośnik do kilku świetnych zdjęć autorstwa Igy Pelczarskiej, która swoim aparatem próbowała uchwycić kilka chwil tego niezapomnianego weekendu…

Piotr Kocoń

You might also like More from author