Nostalgia 2014

(dedykowane Markowi Płonce)

53 lata na karku i 30 lat nieobecności w miejscu, z którym wiążą się dobre wspomnienia – to dobra okazja aby poddać się sentymentom. W Sokolikach – ”najpiękniejszych polskich skałkach” jak mi je zareklamował Marek Płonka byłem tylko raz. W kwietniu 1984 roku – jako właściciel takiej oto facjaty:

83_szalony
fot. J. Ostaszewski

Celem rzeczywistym tej wizyty było poprowadzenie „Hokeja” na Sukiennicach.
Drogi, o której słyszałem nie tylko z listownych relacji Marka ale przede wszystkim z miru jakim cieszyła się wśród krakowskich wspinaczy przełomu lat 70-tych i 80-tych. W czasach – gdy ekstremy wyznaczała na Jurze wędka – „Hokej” autorstwa Małolata (TR) jawił się jako konkurencyjny dla „Abazego”, „Sinusoidy”, „Obadi-Obada” a jego wycena opiewała na VI.4 co stanowiło pewną przykrość dla Krakusów – dysponentów tej cyfry.
Przykrość na tyle dużą, że w 1980 roku pod Sukiennice zawitał Wojtek Kurtyka. Gdy stał pod skałą przywiązany do wędki pojawił się jakiś fotograf, który wypowiedział złowieszczą frazę, że za chwilę uwieczni „koniec legendy”. Legendy Wojtka…
Wojtek nie miał wyboru i przewędkował „Hokeja” w pierwszej próbie a relacja z wyzwania, któremu podołał, była szeroko komentowana wśród garowników pod Freney’em raczących się na tą okazję dodatkową porcją „kwachów”. Raz jeszcze (1980) okazało się, że Krakusi są najlepsi na świecie…

Tempora mutandur.

W 1983 roku VI.4 a nawet VI.4+ („Nity” i „Lewe Nity”) był to na Zakrzówku wyznacznik poziomu na prowadzeniu i to w stylu współcześnie zdefiniowanym jako RP (asekuracja in situ ze stałych haków).

Ponieważ miałem swój udział w tych wydarzeniach – była to dobra okazja aby nawiązać kontakt listowny z Markiem Płonką.
Chyr niósł, że był to nie tylko najlepszy wspinacz w Sokolikach ale i „na Śląsku” (przez którą to nomenklaturę rozumiano wówczas Jurę Północną). Wrażenie robiły nie tylko jego przejścia ale
i charakterystyczna choć drugoplanowa rola w pewnym znanym filmie. Na który publika waliła wtedy drzwiami i oknami…

10-ArnoldToht

Dzięki tej kreacji a także roli jaką Marek odegrał w uformowaniu założeń tzw. „szkoły śląsko-łódzkiej” (najdoskonalszej w historii wspinania odmianie tradycjonalizmu) zyskał on ksywkę „Kletterfuehrer”- co bynajmniej nie odnosiło się do jakichś zabiegów edytorskich ale do „wyznaczania kierunku”, w którym polskie wspinanie miało obligatoryjnie podążyć.
Korespondencja jaką z Markiem wiodłem (list na mniej więcej 3 dni) dość jasno kontestowała „światowe” osiągnięcia garowników i była lekturą tyle pouczającą co kreująca nowe wyzwania.
Marek przedstawiał w niej Sokoliki jako nową arenę dziejową, w której „atakuje się problemy tylko od dołu” a w każdym razie taka możliwość jest tam znacznie łatwiej osiągalna niż na Jurze, której skały niespecjalnie poddawały się stoperom i heksom.

Marek przyjechał w marcu 1984 roku pod Kraków i przekazał mi pierwsze ringi z prętów zbrojeniowych wraz ze stosownym know how.
Dzięki jego pomocy powstawał w Kobylanach „Inseminator” (bodaj pierwsza trudna droga od razu poprowadzona a nie czekająca latami na ten fakt od czasu przewędkowania) a i dokonało się prowadzenie „Easy Ridera”(w tym czasie Marek atakował „Rysę Zegarmistrzów”).
Wtedy też powstał precyzyjny plan wspólnego wyjazdu w Sokoliki.
Plan na tyle precyzyjny, że Krakusom udało się przeprowadzić „uderzenie wyprzedzające” tzn. przybyć na miejsce dzień wcześniej (a może tylko pół dnia…).
Efekt tego „poślizgu” był następujący:

100_84_hokej_szalony_4

foto. J Ostaszewski

109_99_84_hokej_szalony_3

foto. J Ostaszewski

…tzn było nim poprowadzenie „Hokeja” przeze mnie i Mariusza Gołkowskiego wedle ówczesnych podkrakowskich zwyczajów polegających na zapatentowaniu drogi na wędkę, wbiciu 3 haków w kluczowych miejscach (i pozostawieniu ich na stałe).
Reszta asekuracji została zrealizowana za pomocą kostek – oczywiście instalowanych podczas przejścia. Taki „hybrydowy” styl a w szczególności poprzedzające wędkowanie zostało ex cathedra skrytykowane przez Marka – co już realnie (a nie tylko epistolarnie) wyznaczyło na następne 2 lata „konflikt szkół” tzn. umożliwiło stosowne pyskówki i poszturchiwania…
Jest to dłuższa do opowiedzenia historia – wykraczająca poza kameralność mojego sentymentu związanego z „Hokejem”. Pozostawię sobie ją w sensie literackim na inną okazję – mam nadzieję wspólną z Markiem. Tak czy owak, mam nadzieję, że nakreśliłem pewne emocje, które kazały mi zjawić się pod Sukiennicami w ubiegłym tygodniu.

P1050015_m

fot ar. Piotr Korczak

…i dokonać tego co należało…

P1050006_m

foto ar. Piotr Korczak

P1050012_m

foto ar. Piotr Korczak

… przy czym, mimo iż rzecz udała się w pierwszej próbie – nie powiem żebym nie złapał zadyszki. Lubię po prostu wypić co nie co przed wspinaniem (a i po nim) – co też traktuję w kategoriach sentymentalnych i zwiększających percepcję.

Wracając do chwil z 1984 roku. Marek zawiódł nas pod „Rysę Nowaczyka”.
Wstawił się do niej ale spalił swoją próbę.

106_84_r nowaczyka_plonka_1

foto. J Ostaszewski

Zatem – mój sztych:

107_84_rysa nowaczyka_szalony_1

foto. J Ostaszewski

W ten oto sposób wpisałem się na dwóch Sokolikowych drogach jako ich klasyczny zdobywca (w obu przypadkach wspólnie z Mariuszem Gołkowskim, który wylegitymował się w tym samym dniu tymi samymi przejściami). „Rysy Nowaczyka” nie próbowałem tydzień temu – a to ze względu na fatalną pogodę i mokrą skałę. Musiałem zadowolić się sąsiednią „Małpią Ścianką”. Też piękna – choć na mokro fatalnie śliska ze względu na złogi magnezji.

P1050125_m

foto ar. Piotr Korczak

P1050127_m
foto ar. Piotr Korczak

A przy okazji kilkoma innymi drogami.

P1050050_m

foto ar. Piotr Korczak

P1050053_m
foto ar. Piotr Korczak

Bywalcy Sokolików rozpoznają…
Pogoda nie rozpieszczała toteż powspinałem się z wyjątkiem „Hokeja” na kilkunastu drogach do VI.2+. Czasami na mokro.
Z przeżyć estetycznych i moralnych niemniej odległych od gwarantowanych przez Stefana (wpinki są z łatwych pozycji) muszę wyróżnić „Kurtykówkę” na Krzywej i kant tejże.
Wycena VI+ na „Kurtykówce” to „czysty Stefan” – wpinki choć odległe są jednak łatwo wykonalne.
Podobnie pobliski „Kant Krzywej” (VI.2) mimo swoich runoutów nie daje okazji do przeklinania. Najwidoczniej można przeciwstawić się „panelizacji obicia” w sposób inteligentny a nie złośliwy. Sokoliki zaskoczyły mnie wspinaczkowym potencjałem.
W 1984 roku raptem widziałem 3 skały na krzyż – obecnie odwiedziłem może z połowę opisanych w przewodniku Michała Kajcy. Jeśli do tego dodać Rudawy… A propos… Nie mogłem sobie odmówić wycieczki pod Piec i Skalny Most.
Aura nie dawała innego wyboru niż spacer.

P1050175_mfoto ar. Piotr Korczak

Piec jak Piec – robi imponujące wrażenie.

P1050147_m

foto ar. Piotr Korczak

Niestety tabliczka informuje o czasowym zakazie wspinania.

P1050161_m

foto ar. Piotr Korczak

…a tutaj jakiś znajomy gadżet w spicie…

P1050164_m

foto ar. Piotr Korczak

Pozostaję tak pod wrażeniem skał jak i przewodnika po nich pióra Michała Kajcy.
Jego zrecenzowanie pozostawiam osobie o wszechstronnych kompetencjach wspinaczkowych, literackich i sędziowskich, których na pewno nie omieszka raz jeszcze nam zareklamować. Ja ograniczę się do stwierdzenia, że dzieło to trafiło w moim mieszkaniu na półeczkę w pomieszczeniu, do którego „król piechotą chodzi”. Jako „lektura wspomagająca”… Leży tam obok kilku ulubionych tomików Parysa i „Pancernika Bismarcka” Burkarda Freiherr von Müllenheim-Rechberga. Niech to „spozycjonowanie” będzie najlepszą jego rekomendacją.
Książka nie tyle użyteczna – co świetna jako lektura. Autor nie uległ pokusie amputacji historii wspinania o 15 lat wędki.
Nie wygumkował całego pokolenia – pod Krakowem zwanego „Kaskaderami”. Oby ten przewodnik stanowił przykład dla innych edytorów.

Piotr Korczak-Szalony
(TS Nordic Division)

You might also like More from author