O Arturze Hajzerze opowiada Janusz Majer

Jakub Barbasz:

Cześć, dzięki że znalazłeś trochę czasu na rozmowę z nami. Wiem, że jesteś dosyć mocno bombardowany prośbami z różnych mediów.

Janusz Majer:

Wszystkie media chcą coś usłyszeć, albo nagrać. Z jednej strony to jest sprawa dosyć osobista, z drugiej  strony jesteśmy to winni Arturowi żeby o nim opowiadać bo był człowiekiem nieprzeciętnym.

na szczycie_Makalu_2011r_fot_Adam_Bielecki_male

 

Artur Hajzer na szczycie Makalu 2011r fot. A. Bielecki

JB:

To nie ulega wątpliwości. Wystarczy popatrzyć jak dużo odpowiedzi wyświetla google na zapytanie „Artur Hajzer”.  Przy czym właściwie wszyscy skupiają się na jego działalności górskiej albo biznesowej. Prosząc Cię o tą rozmowę miałem nadzieję na to, że pomimo iż nie znałem Artura osobiście uda mi się zrozumieć trochę lepiej jego osobę poprzez dowiedzenie się od Ciebie jak On patrzył na życie, ale nie tylko to górskie, ale takie zwyczajne.

JM:

On miał w swoim życiu parę okresów które się między sobą różniły. Wiesz ja Go znałem ponad 30 lat.

Jak go wspominam w tym okresie kiedy go poznałem jak był młodym chłopakiem w Klubie Wysokogórskim w Katowicach – to były lata 80. Wtedy klub nie był klubem takim jak to teraz jest, byliśmy praktycznie jedną wielką rodziną. Razem się żyło, nie tylko jeździło w skałki, bankietowało, pracowało na kominach. Po prostu cały nasz wolny czas i czas zajęty spędzaliśmy razem. W tym okresie Artur był człowiekiem, o którym mówi się, że był duszą towarzystwa, był bardzo aktywnym, lubianym przez wszystkich. Miał tą ksywkę Słoń. Wiesz on był trochę młodszy ode mnie. Między nami było 15 lat różnicy.

JB:

Nawet trochę więcej.

JM:

No więcej. Ale mimo to wśród tych najbardziej aktywnych ludzi w klubie On się wybijał. Miał w sobie coś takiego, że zawsze miał wiele pomysłów. On z tego słynął, to Mu się zresztą potem przydało zarówno w górach jak i w biznesie.

To mówię Ci o tym pierwszy okresie.

Potem mocno angażował się we wspinanie, tylko… On miał trochę inne podejście do gór niż ja. Ja lubiłem po prostu w górach przebywać i takie raczej odkrywcze historie, a dla Niego te góry zawsze wiązały się z wyczynem sportowym,  musiał być jakiś cel sportowy. Coś tam musiał zawsze zrobić. Zresztą ta rywalizacja, która mnie jest trochę obca u niego była na pierwszym miejscu. Potrafił się przygotowywać do takich wyzwań.  Nie pamiętam już, w którym to było roku, zawody wspinaczkowe, które były wtedy organizowane nie na trudność ale na czas, miały się odbyć w niedzielę w Rzędkowicach. I On tak w sobotę łaził po skałkach i myślał na jakiej drodze to może być. Wymyślił, że to może być na tej a nie innej drodze i zaczął biegać po tej drodze przez cały dzień. Jak przyszła niedziela i zawody to dokosił Pankiewiczowi, który był w tym czasie mistrzem. Tak, że widzisz to jest właśnie przykład na jego zacięcie sportowe.

Zresztą te drogi które potem robili z Jurkiem (Kukuczką – przyp. red.) to były wyzwania. Messner kończył te 14 ośmiotysięczników tylko żeby skończyć a oni jednak każdy ośmiotysięcznik to albo nowa droga, albo prawie że alpejski styl albo np. najpierw idąc na szczyt założymy obóz II i III a w drodze powrotnej założymy pierwszy, albo pierwsze wejście zimowe ( Annapurna)  Za każdym razem coś takiego innego.

JB:

Wyzwanie musiało być?

JM:

Dokładnie, wyzwanie musiało być i jakieś porównywanie się z kimś innym. To właśnie był ten jego pierwszy okres.

Wtedy też miał i inne zainteresowania, nie żył tylko górami. Bluesa bardzo lubił, sam grał na harmonijce. O bluesie można było z nim bardzo dużo rozmawiać i bluesa słuchać.

Spędzając z nim dużo czasu sporo się zresztą o bluesie nauczyłem. Artur ponadto studiował kulturoznawstwo i zajmował się tam filmem, filmem górskim też. Sam robił zdjęcia. Pamiętam w 1987 roku pojechaliśmy na festiwal filmów do Trento, właściwie to zostaliśmy tam zaproszeni. Był tam wtedy Jurek, Krzysiek Wielicki, Artur i ja oraz chyba Rysiek Warecki. No i jak żeśmy wrócili to kurde padł pomysł, że powinniśmy zrobić taki festiwal w Polsce. Efektem tego było to, że On się zabrał za organizację a ja mu pomagałem. Z tego zrodziły się trzy edycje Festiwali Katowickich.

JB:

Wtedy to była jedyna tego typu impreza w Polsce.

JM:

Tak. Pamiętam, przyjeżdżali z całej Polski ludzie. Było wzięcie, czuć było wspólnotę, dobrą atmosferę, że coś nas razem łączy, bawi. Pamiętam to bardzo dobrze, potem jeszcze Waciu Sonelski się włączał w organizację tego, organizował te konferencje, takie kwaziliterackie.

Wtedy zamówiłem u Szalonego tekst, do tej pory uważam jest jednym z najlepszych ideologicznych tekstów w historii które powstały o wspinaniu.  Mam na myśli „Syndrom framugi” (tekst został opublikowany w wydaniu specjalnym dwujęzycznym „Bularza” w 1989 r. pod tytułem „Quo vadis wspinaczko”, Piotr Korczak mówi w nim o „syndromie kantówki” – redakcja). Nawet jak by go teraz czytać to nic nie traci na wartości.  Drugi tekst to Wojtka Kurtyki „Ścieżka Góry”. To są dla mnie dwa najważniejsze teksty które usiłują wytłumaczyć podejście człowieka do tego co robi we wspinaniu w górach.

JB:

Z dwóch różnych perspektyw.

JM:

No tak, mieli inne doświadczenia, choć Wojtek mógł o skałkach też pisać. Ale ta „Ścieżka góry” była o górach wysokich. Nie wiem czy pamiętasz ale tekst Piotrka był bardzo obrazoburczy, byłeś tam wtedy?

JB:

Nie, ja zacząłem się wspinać w 92.

JM:

No tak to był, już nie pamiętam który festiwal, chyba pierwszy, więc 88 rok.

JB:

A jak to postrzegał Artur, tzn. nie same te teksty ale całą tą organizację festiwali. Czy tak samo podchodził do tego jak do projektów górskich o których dosyć często potem mówił „zadanie do wykonania”. Może podchodził do tego jednak emocjonalnie i po prostu sprawiało mu to czystą przyjemność.

JM:

To „góra – zadanie do wykonania” to on to mówił troszkę z przymrużeniem oka. Bo mimo że wyznaczał sobie cel do osiągnięcia i potem dopracowywał do tego strategię to emocje grały jednak rolę nie do pominięcia. Nawet jak tego nie okazywał to szczególnie w okresie jak był młodszy to bardzo jednak to przeżywał. Widać było jak to go bardzo wciąga i bawi. Także te festiwale. Czy potem jak sam usiłował kręcić filmy, pisał scenariusze. Pamiętam, miał taki scenariusz, nawet potem rozpisywał to na sceny wraz ze scenografią. Film miał się nazywać „Niebieska beczka”. Bo wtedy wszystkie polskie wyprawy takie niebieskie beczki woziły. Wymyślił sobie że opowie o wyprawie oczami tej beczki. I żeby pokazać sceny ze wspinania i pokazać ludzi to miał taki pomysł że tą taśmę filmową facet chowa do tej beczki i beczka sobie ogląda nocą kiedy my śpimy to co tam było nagrane. Z taką beczką to zawsze potem się działo tak, że trafiała gdzieś do Szerpy do jakiegoś domu i tam kisili w niej czang, albo część beczki się ucinało i robiło się w tym pranie. I On to chciał w takich sekwencjach pokazywać. Nie wiem czy ten film potem powstał czy nie, chyba nie. Ale widać w tym było tą jego kreację, zaangażowanie i pomysłowość żeby podzielić się emocjami które nas w górach dotyczyły a nie były dostępne dla innych.

Na pewno dla niego dużą cenzurą był rok 1989 kiedy najpierw byliśmy u Gienka Chrobaka na tej wyprawie Everest’owskiej, i był wypadek na Khumbutse, On tę akcję po Marciniaka robił i tak dalej. Wtedy sobie powiedzieliśmy że dajemy sobie trochę spokój z górami, z wyjazdami. My wtedy nawet nie pojechaliśmy z Jurkiem Kukuczką mimo, że na ostatnie wyprawy jeździliśmy wspólnie. Jurek nas namawiał i zapraszał. Ale nie, nie pojechaliśmy.

I wtedy Artur zajął się biznesem i miał piętnastoletnią przerwę.

JB:

No Ty też miałeś trochę przerwy.

JM:

Ja sobie od czasu do czasu jeździłem turystycznie, na Alaskę, na Mount Winson’a na Antarktydzie, na jakieś trekkingi w Karakorum. Tych gór mi trochę brakowało. W 2000 roku pojechaliśmy wspólnie na taka wycieczkę na Szpitsbergen na skiturach. Pochodziliśmy tam w czwórkę z Jego żoną Izą i Markiem Arcimowiczem. To był jego trochę taki powrót do outdoor’u. W 2005 roku postanowił że jednak wróci w góry. Coś mu tam jednak ich brakowało w życiu.

Pojechał trochę tak z marszu na tego Broad Peaka z Piotrkiem Pustelnikiem. Tam mu się przytrafiły te kłopoty ze złamaną nogą wysoko. Dzięki Piotrkowi został uratowany. I wtedy było już takie podejście ściśle „Hajzerowe”, które ja znałem z tego jak prowadziliśmy firmę, jest cel do osiągnięcia i trzeba wszystko zrobić tak żeby to było wykonane bardzo dobrze. Wtedy naprawdę Go podziwiałem. Bo on po tej przerwie przybrał na wadze, palił papierosy. A wtedy jak sobie już postanowił że wróci to zaczął systematycznie trenować. Miał coucha z Akademii Wychowania Fizycznego do przygotowania fizycznego, zaczął biegać. Potem to trenował każdego dnia.

JB:

Pełen reżim?

JM:

Jak zawodowy sportowiec. Cztery razy w tygodniu co najmniej biegał, jeden dzień basen, jeden dzień siłownia.

JB:

Normalny sportowiec w takim okresie nie pracuje tylko trenuje, Artur wtedy normalnie pracował?

JM:

Tak, tak. Dobrze było widać jak mu forma rosła na współczynniku VO2max, jak zaczynał miał chyba poniżej 40, a jak kończył przygotowania to miał pod 70 czyli taki jak wytrenowani kolarze.

I zaczął tak jeździć. Pojechali na Daulagiri z Szymczakiem, bo Nanga to była później.

To był bardzo dobry zespół. I obojętnie co różni ludzie o tym programie mówią to jednak to co oni obaj, w dwójkę stworzyli, pewne standardy, że z jednej strony człowiek powinien się przygotować lekkoatletycznie – taki typowy trening wytrzymałościowy, z drugiej strony musi się potrafić się wspinać, musi mieć przejścia tatrzańskie zimowe, jakieś przejścia alpejskie. Poza tym były jeszcze szkolenia Szymczaka z medycyny górskiej. Zresztą bardzo  dobre. Widziałem jak szkolił: jaki lek i kiedy podać, jak rozpoznać u drugiego człowieka, że coś się z nim dzieje nie tak itp. No masę tego było. Mieli też załatwionego psychologa, dziewczynę która uczyła ich jak powinien wyglądać zespół. Było to już zupełnie coś innego niż nasze wspinanie w latach 80’siątych. Trochę żałuję że ta ostatnia wyprawa na Broad Peak odbiegła od tego wymyślonego przez Artura schematu i była powrotem trochę i w przygotowaniu i doborze ludzi do naszego wspinania, w tamte lata heroiczne, osiemdziesiąte. Ale to temat na zupełnie inną rozmowę.

JB:

Jak wspominasz Artura z początku jego górskiej drogi to rysuje się obraz człowieka pełnego pasji ale i przekonania że wie co będzie do końca życia robił.

JM:

On zaczął się wspinać wcześniej, miał 14 lat jak zapisał się do harcerskiego klubu taternickiego, to był niezły klub – Jurek Kukuczka tam należał wcześniej.  On się faktycznie już wtedy związał z górami i widać było że to na dobre. Wiesz, musiał mieć zgodę rodziców na to żeby zrobić kurs skałkowy jak miał 16 lat, jak miał 17 to miał już kartę taternika. Jeszcze nie miał 18 lat a już pojechał na swoją pierwszą wyprawę na Spitsbergen w góry. Widać było mocno już wtedy to jego zacięcie. Wiesz ona miał ksywę „Słoń” bo był taki gruby, ciężki. I już wtedy biegał, biegali razem z Rafałem Chołdą, to był jego przyjaciel, wielki. I razem weszli na Tirich Mir –  7700m (rok 1983 – 7706 m.n.p.m. przyp. red.) To było pierwsze polskie wejście. To był wyczyn w tamtym czasie dla tak młodego człowieka. Ze mną pojechał dopiero w 1985 na pierwszą wyprawę na południową ścianę Lhotse. I był, mimo że młody, w zespole który wyszedł najwyżej.

Artur_Hajzer_i_Vincent_Fine_w_bazie_pod_Pld_sciana_Lhotse_1985

Artur Hajzer i Vincent Fine w bazie pod Płd. ścianą Lhotse_1985  fot.J. Majer

JB:

Z tego co mówisz po raz kolejny rysuje się obraz niecodzienny. Żeby jechać na taką wyprawę musiał przecież zdobyć zgodę rodziców (co zapewne nie było banalne) ale i co pewnie trudniejsze pozyskać pieniądze o co w tamtych czasach nie było tak łatwo.

JM:

Artur miał bardzo wyrozumiałą mamę, a jego rodzice się rozwiedli w tamtym okresie czasu. I to właśnie mama się nim opiekowała. Ale on w tym okresie czasu kiedy był nastolatkiem potrafił zadbać o siebie. Szył już wtedy dla swoich kolegów anoraki, stuptuty itp.

JB:

Czyli po prostu dorosłe podejście do życia.

JM:

Ja to w nim obserwowałem od początku. Jak miał 21 czy 22 lata to miał te swoje dziewczyny które się zmieniały ale zawsze potrafił zorganizować sobie życie, mieszkanie.

JB:

W tym okresie zazwyczaj myśli się o innych sprawach, np. o zabawie.

JM:

A myśmy się tam bawili, to były takie czasy że nic innego za bardzo nie można było robić. Ale jednocześnie miał realistyczne podejście do życia. A wracając do gór – to teraz sobie przypomniałem – On przed maturą zrobił jeszcze, w ramach przygotowania się do niej film o Karłowiczu. O lawinie z Kościelca. Sam sobie to nakręcił na takiej rosyjskiej kamerze 8 mm. I ten film miał bardzo fajnie zmontowany. Sam musiał poszukać informacji o tym, przeczytać to, a na końcu pojechać w te miejsca gdzie się to stało i nakręcić.  Widać było że te góry …

JB:

Pochłaniały go wielowymiarowo?

JM:

Tak, wciągały go z każdej strony.

Miał poza tym bardzo fajne lekkie pióro. Pamiętasz tę jego książkę o szczytach kontynentów. Napisana z lekką ironią i autoironią. Tak samo przecież dobra jest ta jego pierwsza książka „Atak rozpaczy”, czyta się to dobrze bo poza tą autoironią są tam też fakty oraz jego ocena. W tym wszystkim widać było jego takie kulturalne obycie. I to wszystko w wieku około 30 lat.

JB:

Jak się to czyta to te oceny nie są czarno-białe. Tam jest więcej treści.

JM:

Ależ tak, pełno w tych ocenach jest niuansów. Dostrzega w tym wszystkim  pełno półcieni.

JB:

Janusz, On w ten sam sposób patrzył na życie poza górami, np. na politykę, filmy itp.? Spędzałeś z nim tyle czasu, że musiałeś to widzieć.

JM:

Za dużo myśmy o polityce nie gadali, mieliśmy dosyć podobną ocenę. Ale jak się siedziało w dupówie w namiocie we dwójkę to się sobie opowiadało całe życie, pełno anegdot.

JB:

Ale 1989 to był czas kiedy wszystko się zmieniało, wywracało się wokoło. Wtedy pomysł „miliona dolarów” i 14 ośmiotysięczników w jeden rok, to nie był pierwszy lepszy pomysł których rodzą się tysiące.

JM:

Ale ten pomysł oddaje jak bliskie były mu te góry. Jak sądził że w górach potrafi się realizować. To było chyba pod wpływem doświadczenia wcześniejszych wspinaczek z Jurkiem. Artur się w górach czuł po prostu bardzo dobrze. To nie było na zasadzie – jakoś tam wejdę, to było logistycznie przetrawione. Marciniak wtedy chciał się z nim wspinać, Nick Cieński też, to taki chłopak z Kanady. Ja to miałem organizować. Tak że nie był to taki całkiem zwariowany pomysł. Jak się o tym pomyślało, gdzie trzeba mieć helikopter, gdzie się zaaklimatyzujesz itp. Pomysł był, nie wiem czy wykonalny w tamtych czasach.

JB:

Nikt do tej pory nawet nie próbował.

JM:

No nikt nie zrobił tego jeszcze.  Artur miał jeszcze kilka pomysłów które wydawały się nie realne, a jednak je doprowadził do tego, że się zrealizowały. Chociażby ten nasz Alpinus – to też było mało realne na początku, szczególnie na tamte czasy. Wprawdzie skończył się później bankructwem ale pierwszy okres rozkwitu był niesamowity.

JB:

Pamiętam jak chciałem mieć kurtkę Alpinusa.

JM:

Na początku mieliśmy trochę łatwo na rynku. Ale była wtedy też rzetelność. Ja do tej pory spotykam ludzi, którzy do teraz w kurtkach chodzą, które od nas kupili. Jakość wtedy była, teraz produkt robi się inaczej, trudno z tym dyskutować, to były jednak inne czasy.

JB:

Po długiej przerwie jak Artur postanowił wrócić w góry to wziął na siebie to co np. Ty wcześniej robiłeś, wziął na siebie odpowiedzialność za stworzenie całego przedsięwzięcia. Myślisz że chciał to robić, czy po prostu widział że nie ma nikogo kto by to mógł zrobić za niego?

JM:

Nie było nikogo, ale widać było że Go to też bawiło.

JB:

Ja to postrzegałem jako podejście w stylu, zróbmy to jako przedsięwzięcie które ma osiągnąć konkretny wymierny skutek.

JM:

Ale jednocześnie było to Jego pasją, bo miał w sobie takie ciągoty dydaktyczne. Jak miał wokół siebie grupę młodszych to stawał się dla nich jakimś mistrzem, mentorem.

On lubił przekazywać wiedzę. To odczuwali koledzy z którymi jeździliśmy na narty, sam jeździł na desce to ich uczył jak to robić. Niektórych brał na Mazury i pokazywał jak się żegluje.

JB:

A jak był młodszy to potrafił być w roli tego który się uczy, jak jechał z Wami to nie miał tego że starał się być równorzędnym partnerem a nie uczniem?

JM:

Ja myślę że on bardzo wcześnie … To znaczy bardzo mu imponowało że Jurek wcześnie zwrócił się do niego, żeby pomógł mu w organizacji tych ostatnich wypraw i jednocześnie żeby był jego partnerem. On mógł jechać ze mną na „Magic Line” w 1986 roku na K2 ale wybrał inaczej. To Jurek jak jechał na K2, z Piotrowskim, w tym samym czasie co my, to się właśnie do Artura zwrócił. Nie miał czasu na organizację tej jesiennej wyprawy na Manaslu i zimowej na Annapurnę i namówił go w tym stylu: „zostań w domu i zorganizuj mi te wyprawy, to potem pojedziemy razem, będziesz moim partnerem”. To go bardzo dowartościowało. I potem przez cztery lata wspinał się z Jurkiem, jednak widać było już w ostatniej wyprawie na Annapurnę wschodnią, że już dorasta do mistrza i chce realizować coś swojego. Coś bardziej ambitnego. I może z tego wziął się pomysł na „14 ośmiotysięczników w jeden rok”.

_od_lewej_Janusz_Majer_Artur_Hajzer_Ryszard_Warecki_wyprawa_Jerzego_Kukuczki_na_Annapurne_ Wsch_1988

Od lewej Janusz Majer, Artur Hajzer, Ryszard Warecki, wyprawa Jerzego Kukuczki na Annapurnę Wsch 1988r fot. arch. J. Majer

JB:

Teraz w Polsce chyba nie ma nikogo kto byłby wstanie udźwignąć od ręki te pomysły które Artur zostawił.

JM:

Wszystkie media tak gadają, ja mam jednak trochę inne zdanie.

JB:

Masz na myśli pojedynczą osobę?

JM:

Mnie się wydaje, że może upłynie trochę czasu bo tak z marszu się tego tak nie da, ale tak jak Artur podjął ideę Zawady, to jednak trzeba to kontynuować. To jest polska specjalność, mamy tyle doświadczenia. I to doświadczenie można będzie przetworzyć na faktyczne sukcesy. Nie wiem czy za rok, czy od razu, może za parę lat ale przyjdzie ktoś kto będzie potrafił kontynuować ideę Hajzera.

Na ostatnim zjeździe PZA dużo rozmawiałem z Januszem Gołębiem na temat sensu robienia takiego programu. W jaki sposób przygotować zespół polski który byłby wstanie pojechać zimą na K2. Wtedy doszliśmy do konsensusu który można określić w ten sposób że przy pomocy Artura da się taki program pchać do przodu. A teraz wydaje mi się że jeśli pojawiły by się pieniądze na przygotowanie zespołu to trzeba by takim programem objąć ludzi nie tylko z grona turystów wydolnościowych ale też takich jak Gołąb czy inni którzy zawsze potrafili się wspinać na niższych górach i im dofinansować takie projekty na których będą mogli się przygotować nawet do zimowego wspinania. To powinny być wyprawy na przykład na siedmiotysięczniki albo duże ściany. I w tym kontekście żeśmy z Januszem rozmawiali. Wydaje mi się że to byłby dobry racjonalny wybór.

JB:

Pytałem oto, bo patrząc na historię to mamy Wasze pokolenie, Zawadę, Ciebie a potem przerwa i Hajzer. Olbrzymia luka.

JM:

1989 rok był jednak taka cenzurą. Pięciu bardzo dobrych ludzi się wtedy zabiło i jeszcze jesienią zginął Kukuczka. A z drugiej strony wszystko się w Polsce przewróciło i można było się wreszcie realizować w innych sprawach, w biznesie, w życiu. Myśmy o naszym życiu mówili że to życie na niby bo nie dało się wtedy realizować normalnych pomysłów. A tu przełom i się dało, i masę ludzi którzy jeździli na wschód i w góry, nawet Wojtek Kurtyka zajęli się normalnym biznesem, robieniem pieniędzy, zabezpieczeniem rodziny i tak dalej. To się nagle otworzyło i to też była nowość dla tego pokolenia z którego ja się wywodzę. To też bawiło i czuło się że można się było w tym realizować. I dopiero jak przyszedł marazm gospodarczy to ludzie na nowo pomyśleli, że te góry kiedyś im dawały radość to może w nie wrócić. I Artur to właśnie zrobił.

JB:

A nie masz wrażenia że historia się powtarza. Jak był Zawada to nikt nie miał szans być takim jak on. I jak przyszła zmiana to okazało się że nie ma kto go zmienić i musiało minąć sporo czasu żeby Artur wziął to na siebie, a teraz jest podobnie. Był Artur i nikt z nim nie konkurował w tym co robił.

JM:

O Andrzeju czasem się mówi że miał dyktatorskie zapędy. Ale to są tylko opinie. A wracając do Artura, to można tak gdybać jak to dobrze było za naszych czasów, ale ja wierzę w ludzi. W każdym pokoleniu są jednak wybitne jednostki które jak już w góry przychodzą to jednak po coś. To nie są przeciętni ludzie. Może ruch jest bardziej masowy niż dawniej ale w tym są też jednak rodzynki, silne indywidualności które są wstanie coś zrobić. A teraz jak te media naganiają to łatwiej uwierzyć że dam radę, że  to zrobię i tak dalej.

JB:

Media naganiają bo się to dobrze sprzedaje. Ale jeszcze bardziej bo są wypadki, podobnie jak w na przykład sportach motorowych. Długo nic nie słychać a potem sto razy o jednym wypadku.

JM:

Na pewno, szczególnie w tym ostatnim czasie. Najpierw po Broad Peak’u to co się działo z  Arturem. A teraz jak mnie obskoczyły.

JB:

Artur mocno odczuwał ten atak na niego, bo bądźmy szczerzy media się natychmiast podzieliły po tych wydarzeniach.

JM:

On był dosyć twardy. Był przygotowany na to bo w biznesie, który prowadziliśmy przeżywaliśmy różne wcześniej wydarzenia. Czasem sterowanego czarnego PR’u i tego typu rzeczy.

Z drugiej strony dotykało go osobiście bo widać było to po tym jak był wstanie śledzić dyskusje na forach, jak starał się sam odpowiadać na to co przeczytał.

JB:

Fora internetowe to jeszcze inne medium, tu każdy może się wypowiadać.

JM:

Mamy takie określenie: „niedole cnoty”. Co byś nie chciał zrobić to i tak na końcu zawsze Ci wyjdzie… Chcesz komuś zrobić dobrze to i tak może potem się odwrócić od ciebie.

Tu był tego rodzaju syndrom. Mnie jednak dziwiło, że ludzie, którzy się dawniej wspinali, i byli w tych górach, od razu dawali takie kategoryczne sądy.

Była jeszcze jedna idea Artura, ale to było przed Broad Peak’iem. Wojtek Kurtyka kiedyś dzwonił do niego i powiedział mu, że środowisko nasze jest tak podzielone, szczególnie po tej całej Grenlandii, że może Artur byłby wstanie je skonsolidować. Powiedzieć: „No dobra chłopcy to nie jest tego warte żeby robić obozy dwa czy coś takiego. Spróbujmy się pogodzić, powiedzieć wzajemnie – przepraszam i zapomnieć o tamtym i tak dalej.”

I Artur mi mówił, że może by się za to wziąć, niestety potem przyszedł Broad Peak i to Artur stał się tą kontrowersyjną postacią.

Może jak to wszystko okrzepnie, może by potraktować te namowy Wojtka i zgodę Artura jako pewnego rodzaju jego testament. Umówmy się może warto się jednak w swoich ocenach opamiętać i zacząć ze sobą znowu gadać.

JB:

Dziękuję Ci za ten wywiad. To ostatnie zdanie też ma swój wydźwięk.

JM:

Jak by Ci coś przyszło kiedyś do głowy to może jeszcze porozmawiamy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

You might also like More from author