Piotr Korczak „Szalony”: Przeciw tradycji

    W każdej dziedzinie ludzkiej aktywności funkcjonują pojęcia, które są ich ikonami, stanowią punkty archimedesowe, do których należy się odwołać. W alpinizmie, pojmowanym jako zespół dyscyplin, takim pojęciem jest bez wątpienia droga. Każda dyskusja – teoretyczna, czy po prostu towarzyska, w naszym wspinaczkowym gronie koncentruje się zawsze wokół tego kto, co i gdzie załoił (w domyśle – jakie drogi?). Wreszcie, wykaz przejść – biografia wspinaczkowa, zredukowana często do fetyszu „zeszycika”, bywa najcenniejszym skarbem każdego z nas (z wyjątkiem piszącego te słowa, który w ramach „kontrindukcji” oddał swój zeszycik pewnej bardzo nieistotnej osobie).

Czym jest droga?

   Dla pierwszego, historycznego zdobywcy gór, którym był Hannibal (a alpinizm jest wytworem okcydentalnym i tutaj szukajmy jego genezy), droga stanowiła po prostu możliwość przejścia przez góry. W czasach rzymskich znano już kilka dróg „przez Alpy” (rzecz jasna jeszcze nie „w Alpach”), o charakterze czysto utylitarnym i komunikacyjnym. Przebycie ich – oczywiście w warunkach letnich – było jednak ogromnym wyzwaniem, często skutkującym śmiercią.
W 1786 roku zdobyto Mt. Blanc, co powszechnie uważa się za moment narodzin alpinizmu. Motywem tego przejścia były zarówno ciekawość, jak i sens eksploracyjno–naukowy. W Polsce ów sens kulminuje chociażby w tatrzańskiej działalności Stanisława Staszica. W jego czasach „droga” uległa już pierwszemu „redukcjonistycznemu doprecyzowaniu”. Oznaczała możliwość wejścia na szczyt. Cały wiek XIX, tak w Alpach, jak i w Tatrach, jest poszukiwaniem możliwości wejścia na poszczególne wierzchołki. W pierwszej kolejności – te najwybitniejsze, z czasem te bardziej poślednie. Potem zaczęto poszukiwać możliwości alternatywnych, co zdefiniowało „drogę” jako każdą możliwą trasę wiodącą na szczyt. Poszukiwanie takich możliwości stało się autonomiczną motywacją „alpinizmu”, który w tym momencie ostatecznie utracił sens eksploracji naukowej i ewoluował w kierunku „mierzenia się z wyzwaniem”, a w dalszej perspektywie w kierunku sportu.
Kiedy w 1910 roku padła w Tatrach południowa ściana Zamarłej Turni, istotą „drogi” (nazwijmy ją w tym momencie „wspinaczkową”) stało się samo przejście ściany jako problemu (stricte wspinaczkowego). Od tego umownego momentu nie wszystkie drogi w polskich górach zasługują na miano „taternickich”. Alpinizm, a w ślad za nim taternictwo, weszły w epokę „rozwiązań ścianowych”. Początkowe próby koncentrowały się po prostu na odnalezieniu najłatwiejszej możliwości sforsowania danego urwiska, będącego „obiektem problemu”. Narzucało to dosyć żałosną estetykę dróg (co sobie właśnie wtedy uświadomiono! nieraz kluczono bowiem po całej ścianie w poszukiwaniu jej słabych punktów). „Alpy Hannibala” zostały zredukowane do „ściany”, niemniej rutyna przejścia była podobna – byle jak najłatwiej… Stało to w zasadniczej niezgodzie z ideą „wyzwania”, które zaczęło definiować motywację alpinistów i taterników, odróżniającą ich od zwykłych turystów (motyw psychologiczny), jak i z estetyką – bo jeszcze nie „stylem” przejścia. Ta ostatnia potrzeba wygenerowała pierwsze koncepcje „drogi idealnej”. Tak narodziła się era diretissima – jako drogi najdoskonalszej z możliwych, tzn. uwzględniającej geometrię ściany i forsującej ją od środka podstawy do wierzchołka – wedle zaleceń wertykalizmu. Możliwości prowadzenia diretissim i super diretissim były poniekąd spiritus movens techniki sztucznych ułatwień, która oznaczała po prostu kontrindukcję względem dotychczasowego, „klasycznego” stylu (był on de facto bardzo różnorodny, daleki od współczesnego rozumienia tego słowa w polskim języku – tożsamego z free climbing).
&nbsp Już w latach 30. XX wieku, w niektórych rejonach Alp, takich jak Dolomity, pojęcie drogi ulega konsekwentnej redukcji do rozwiązania logicznej formacji ściany, np. filara czy ciągu zacięć. Stąd już tylko krok do drogi rozwiązującej wolną połać ściany. Wreszcie, w latach 60., gdy era diretissimy osiągnęła swoje apogeum, a technika sztucznych ułatwień sięgnęła po „mordercę niemożliwego” (nit), droga zaczyna polegać na przebyciu dowolnie wybranego kawałka ściany.
Era diretissimy upadła wraz z renesansem wspinaczki klasycznej – w rozumieniu free climbingu. Motorem postępu i inspiracją były tutaj skałki, zasadniczo oferujące krótkie formy wspinaczkowe o długości nieprzekraczającej jednego wyciągu. Zagęszczenie dróg na jednej ścianie (skale) wymusiło pojmowanie drogi jako ciągu konkretnych chwytów, a ponieważ możliwe były do zastosowania rożne sposoby czy patenty zamiast „chwytu”, zaczęto operować terminem „przechwytu”, który odnosił się już nie do ściany czy skały, ale wykonywanego przy przejściu ruchu. Wspinaczka w skałkach – w szczególności na drogach o najwyższych trudnościach, streszczała się do polemiki: „wolno czy nie wolno tego się łapać”. Skorzystanie z jednego dodatkowego chwytu „poza drogą” mogło wszak obniżać jej trudności w sposób bardzo radykalny. W ten sposób pojęcie drogi wspinaczkowej ewoluowało od prostego umiejscowienia na skale (ścianie) w kierunku zdefiniowania go poprzez konieczność wykonywania takiego czy innego ruchu (czyli przechwytu).
O ile w skałkach to oderwanie nigdy nie dokonało się w sposób zupełny, o tyle na sztucznych obiektach – wręcz samo się narzucało. Sztuczne ściany zdefiniowały drogę jako tor przeszkód i to o charakterze ruchomym… Stało się tutaj możliwe swoiste podnoszenie poprzeczki – to ono nadało sens drodze, a nie jakiś obiektywny układ chwytów czy formacji. W ten sposób, historycznie rzecz ujmując, droga uzyskała nową jakość definicyjną. Nie można już wobec niej stosować błędu prostego umiejscowienia. Tak jest przynajmniej na sztucznej ścianie. Pytanie brzmi – czy w ogóle są inne ściany niż sztuczne, tzn. inne niż te, które widzimy oczami wspinaczkowej wyobraźni? Widzimy je bowiem inaczej niż „normalny człowiek”, który spoglądając np. na urwisko Młynarczyka, myśli sobie „po chuj tam będę wchodził?” – chyba nie ma co do tego wątpliwości.
Moje stanowisko jest następujące (i radykalne) – nie ma innych ścian niż sztuczne! Innych niż „przetworzone” naszą łojancką wyobraźnią, sam fakt technologii, która legła u podstawy występowania czy to Młynarczyka, czy panelu na Koronie jest drugorzędny.
W wyniku przyjęcia tej postawy – esse est percipi, płynęło wiele konkretnych rozwiązań, w których partycypowałem, choćby wykute chwyty na Chomeinim. Niemniej, po kolei – droga nie może się obejść bez trudności technicznej.

Trudność ponad wszystko

    „Trudność” – bez tego słowa nie może się odbyć żadna dyskusja o wspinaniu, ani nawet banalne chwalenie się wykazem przejść, nie może być przeprowadzony żaden wewnątrzśrodowiskowy ranking. Trudność stała się kluczową jakością dla drogi w momencie, gdy ich wytyczanie w górach oderwało się na dobre od sensu eksploracyjnego. Stało się to na etapie rozwiązań ścianowych, chociaż już znacznie wcześniej wejścia na niektóre wierzchołki były uznawane za trudne – w kontekście innych – łatwych. Trudność jest jedynym pojęciem z kręgu około wspinaczkowych, które nie poddało się historycznej precesji czy interpretacji z prostego powodu – trudność (drogi wspinaczkowej) to po prostu trudność techniczna. A w każdym razie – da się przeprowadzić taką redukcję w sposób zasadny.
Trudność techniczna oczywiście jest bardziej skomplikowana niż konstytuujące ją dwa słowa. Zawiera miarę wysiłku czysto fizycznego, tak koncepcyjnego – polegającego na właściwym odczytaniu drogi (tzn. składających się na nią ruchów), jak i trudność techniczną sensu stricto – wymóg zastosowania takich, a nie innych technik wspinania. Dla uproszczenia trudność techniczna będzie dalej traktowana jako pewien pojęciowy monolit, niemniej trzeba było przypomnieć o jego składowych elementach.
Twierdzę, że poszukiwanie trudności technicznej drogi było, przynajmniej od pewnego momentu, i jest jedynym dającym się wyodrębnić sensem i motywacją alpinizmu – odróżniającym go od turystyki, działalności eksploracyjnej, czy naukowej w górach. Wniosek ten wydaje się być na pozór obrazoburczy, zwłaszcza w kontekście wysiłku mentalnego, jaki trzeba włożyć we wspinanie. Zdaniem niektórych, ów czysty wysiłek mentalny definiuje tzw. trudności psychiczne – a one mogą stanowić co najmniej równorzędną miarę oceny wartości przejścia. To oczywisty fałsz – wynikający z braku refleksji nad tym, co uprawiamy.
Weźmy pod uwagę następującą sytuację: wspinacz robiący 8a OS ma za zadanie zmierzyć się z serią „psychicznych” dróg, tzn. takich, na których konsekwencje odpadnięcia są bardzo poważne, albo przynajmniej potencjalny lot z cruxa jest długi i stresujący. Nietrudno zauważyć, że droga V+ nie będzie żadnym wyzwaniem dla naszego „królika doświadczalnego”. Przejdzie ją OS solo, nie zastanawiając się specjalnie nad grożącym niebezpieczeństwem. Na VII–kowej drodze już się zastanowi i zapewne zacznie stosować ostrożne i miękkie ruchy. Gdzieś w okolicach stopnia 7a (VIII) zaczną się poważne problemy psychiczne – wspinanie nabierze charakteru rzetelnie stresującego, każdy ruch będzie analizowany co do skutków, a nasz mistrz długo będzie się nad nim zastanawiał. Każdy z nas wspinających się, miał (w zależności od swojego poziomu) dostęp do podobnej empirii.
Wniosek, który się narzuca: trudności psychiczne nigdy nie istnieją w sposób autonomiczny! Istnieją one jedynie w oparciu o trudności techniczne, tym samym do nich się sprowadzają, a jedynym co je czyni jest kontekst sytuacyjny (tzn. nasze stricte techniczne i fizyczne możliwości plus asekuracja – tzn. jej brak).
Tak się zazwyczaj dzieje – owszem, są wyjątki – ale i te natury pozornej, np. w górach najwyższych, gdzie trudności psychiczne mogą być generowane np. warunkami pogodowymi, topografią, niemożliwością łatwego odwrotu. Jednak i tutaj, krok po kroku dałoby się przeprowadzić ich redukcję do trudności technicznych jako ich zasadniczej podstawy. Ekwipunek himalaisty waży swoje, niczym zbroja kopijnika, i człowiek weń wyposażony porusza się inaczej niż zagończyk w postaci bulderowca… Niedotlenienie i stres termiczny sprowadzają się do czysto fizycznego wysiłku organizmu walczącego o przetrwanie – chociaż rzecz jasna fizjologia ta jest inna, niż w przypadku strzału do klamy oddalonej o 110 cm. Topografia – implikująca komplikację wycofu też ma w perspektywie dodatkowy wysiłek fizyczny, który trzeba ponieść, a przynajmniej założyć taką możliwość. Zresztą – mówiąc bez ogródek – w himalaizmie chodzi dokładnie o to samo, co w skałkach – o prowadzenie coraz trudniejszych (technicznie) dróg – oczywiście w ramach rysujących się możliwości i uwarunkowań tej dyscypliny.
Trudność techniczna jest miarą wszechrzeczy we wspinaczkowej rutynie. Bez niej nie da się zdefiniować jakichkolwiek innych walorów wspinaczki, czy opisać drogi. Ba, jest rzeczą oczywistą jej iunctim z estetyką. Każdy z nas uzna za lepszy (tzn. ładniejszy) cel np. śmiało przewieszony filar, na którym istnieje możliwość poprowadzenia trudnych dróg, od połogiego i mokrego komina. Ładna skała częściej występuje tam, gdzie drogi są „syte” (co jest dodatkowym argumentem za wspinaczkowym esse = percipi) czyniącym wszystkie ściany (skały) sztucznymi. Direttissima, jako wzorzec drogi musi z reguły mierzyć się z większymi trudnościami niż droga biegnąca krawędzią, czy załamaniem ściany, etc. Ergo trudność techniczna nie poddaje się żadnemu istotnemu de gustibus, nie relatywizuje się, a przynajmniej nie w takiej skali, co droga wspinaczkowa rozpatrywana historycznie. Jest najistotniejsza. To jej poszukiwanie, tzn. egzemplifikujących ją dróg (de facto ciągów przechwytów – ruchów, które musimy wykonać – oczywiście przy ich pewnej subiektywnej interpretacji) jest zasadniczym wyzwaniem. Dotyczy to całego alpinizmu – rozumianego jako zespół dyscyplin. To poszukiwanie zresztą jest jedynym spoiwem, na którym opiera się homogeniczność alpinizmu. Jest naszym „wyżej, dalej, szybciej”! Owo poszukiwanie trudności technicznej, paradygmat moralny jaki to wyznacza, powoduje, że bulderowiec podaje rękę himaliście (i vice versa), dysponując zupełnie inną emocjonalnością i intencjonalnością tego gestu niż w przypadku powitania użytkownika roweru wodnego.
Tworzenie dróg, które są egzemplifikacją coraz wyższych trudności, jest jedynym istotnym zadaniem każdego pokolenia wspinaczy. Cała reszta ich działalności jest w zasadzie mało istotnym dodatkiem sprowadzalnym do znaczenia np. literatury górskiej. Bez tej podstawy wspinanie zatraciłoby swój sens i swoje wytłumaczenie. Każde pokolenie ma swoich liderów wyłonionych – w o tyle demokratycznym procesie, że każdy może się wspinać, poświęcając tej działalności wiele, aż do uczynienia jej całkowitą dominantą egzystencji. Oczywiście nie każdy kto dotyka skały tak potrafi – wspinanie nie jest tutaj wyjątkiem. O ile jednak w „normalnym” życiu społecznym w warunkach demokracji nie przysługują z tytułu „wybicia się” żadne inne przywileje niż finansowe, lub przewidziane systemem politycznym, o tyle we wspinaniu – podobnie jak w sztuce – niewątpliwie jest osiągalna rola demiurga! Dla nielicznych – niemniej jednak… Ich rolą jest dostarczenie nowych, wyższych trudności w postaci dróg, aczkolwiek wystarczająca jest tutaj nawet prezentacja jednego przechwytu, który wnosi istotne novum. Rola demiurga jest dosłowna – raz stworzone trudności poddają się „rezonansowi kształtotwórczemu” – tym samym są łatwiej osiągalne dla następców. O ile parę lat temu nieliczni wspinali się na poziomie VI.5, a dojście do tego poziomu kosztowało ich kilka sezonów pracy, o tyle dzisiaj nietrudno jest spotkać wspinacza, który mierzy się z takimi drogami już pod koniec pierwszego sezonu. Wspinacz ten korzysta z dobrodziejstw „rezonansu”. Raz odkryty labirynt (przez pojedynczego szczura, który chce się z niego uwolnić) staje się „zrozumiały” dla całej gromady wrzuconej w identyczną sytuację. Rozwiązanie przychodzi zdecydowanie wcześniej. To empiria. Podobnie jest z drogą, tzn. jej trudnościami. Stanowią one labirynt i o ile jest „lider – demiurg”, który wcześniej się z nimi uporał, nie mówiąc już o tym, że je „ustawił”, ich załojenie stanowi mniejszy problem dla innych. Przekłada się to na statystykę przejść. Toteż najistotniejsza i nieprzecenialna we wspinaniu, zresztą w jakiejkolwiek ludzkiej innowacyjnej działalności (a innowacyjność to mierzenie się z labiryntami) jest rola demiurga – odkrywcy. Jedyną wydajną metodologią, jaką powinien posługiwać się demiurg, jest anything goes, czyli „wszystko ujdzie”. Żadne przyzwyczajenia, żadna „tradycja” nie może być obligatoryjnym punktem wyjścia w egzemplifikowaniu nowych trudności. Ich dostarczenie stanowi absolutnie kluczowe zadanie.
Myślenie takie może wydawać się herezją. A gdzie styl? Wszak istnieją fair means w sporcie, a wspinanie poniekąd mierzy do tej roli. Wszak istnieje „uświęcona” tradycja, albo co więcej, powszechna zgoda, że należy się wspinać tak, a nie inaczej. Należy odrzucić ten balast! Z prostego powodu – styl przejścia jest tylko funkcją chronologii. Nigdy nie jest on współczesny z drogą ilustrującą nową trudność). Gdy zdobywano Everest, użyto dziesiątek tragarzy, butli z tlenem, aby „posadzić” na wierzchołku dwóch wybrańców. Styl tego przejścia oceniono dopiero ex post, w kontekście następnych wypraw i wejść, wreszcie w kontekście stylu alpejskiego, który jest dzisiejszym obligiem. Ale zagadnienie absolutnie bazowe – zdefiniowanie najwyższych wtedy trudności – pozostało. To samo dotyczy „epokowych” przejść w skałach, czy na alpejskich ścianach. Sam fakt ich powstania i „egzemplifikowania” przez nie trudności był ogromnym dobrodziejstwem na tle chronologicznych wydarzeń, które na tych drogach nastąpiły, czyli „szlifowania sposobu przejścia”. Wyzwanie raz postawione, ukazywane w swoich trudnościach (technicznych), zostaje obudowane niejako „dodatkowymi warunkami”. Przykładowo, droga przebyta na raty przez zespół trzyosobowy generuje wyzwanie jej przebycia przez odpowiednio mocną dwójkę albo zgoła w systemie „indywidualnego RP” (vide Metallica). Niemniej, bez „bazowego faktu” dostarczenia trudności (w postaci Metalliki chociażby), rutyna indywidualnego RP byłaby niemożliwa. Toteż styl daje się redukować do chronologii, a jego status we wspinaczce jest co najmniej pośledni w stosunku do faktu samego dostarczenia trudności.
Sprawy, o których tutaj mówię mogą budzić sprzeciw. Moim zdaniem płynie on z zasadniczej pomyłki – przyzwyczajenia. Otóż istnieje etyka ogólna, która dotyczy relacji międzyludzkich i etyka szczegółowa – profesjonalna dotycząca jakiejś ludzkiej aktywności. Ta ostatnia zawsze będzie zawierała poważny ładunek woluntaryzmu w stosunku do pierwszej (ogólnej). Z prostej przyczyny – gdyby nie było owego woluntaryzmu, nie byłoby możliwe wyróżnienie danej dyscypliny z tła innej ludzkiej aktywności. Skoro ów woluntaryzm jest sine qua non dyscypliny, musi się jakoś odciskać w jej etyce i nie ma tu powodu do darcia szat…
Zmierzam do prostego wniosku, że każde pokolenie wspinaczkowe powinno powierzyć „dostarczanie trudności” swoim „demiurgom” i etycznie rozliczać ich tylko z tego, że nie są skuteczni, a nie np. z wykutej klamy, np. tego, że w roku 2008, dysponując potężną aparaturą mięśniową i niewspółmiernymi możliwościami treningu (np. w stosunku do pokolenia Nowej Fali) nadal „ani dygną” na 9a – nie mówiąc już o włączeniu się do światowej rywalizacji (polegającej wszak na „dostarczaniu nowych trudności”). I z tego, że w polskich skałkach VI.7, no może z plusem, pokutuje wciąż jako non plus ultra. Demiurgowie powinni zostać wyposażeni w przyzwolenie „kontrindukcji” (czyli zaprzeczenia wszelkim dotychczasowym wzorcom), byle skalę przesunąć przynajmniej „o cyfrę, o dwie”… Jeżeli to wymaga zniszczenia istniejącej drogi, np. Nienasycenia – należy to uczynić! I przemodelować „matrycę skały” tak, aby dostarczyła np. VI.9. Chronologia, na skutek mechanizmu, który opisałem, dostarczy później tak czy owak dobrego stylu – w wykonaniu innych oczywiście – niemniej korzystających z dobrodziejstw „rezonansu”.
Zasadniczo, poprzez taki a nie inny model, widzę realizację postępu we wspinaniu. Nie będę ukrywał, że to, co nazywamy „tradycją”, a co jest w efekcie trzymaniem się niespójnych przyzwyczajeń, stanowi ogromny, wręcz zabójczy balast, zwłaszcza ze swoim nieodróżnianiem etyki ogólnej od profesjonalnej, z przyzwyczajeniem „błędu prostego umiejscowienia” drogi oraz innymi cechami, które w jej (tradycji) mniemaniu czynią ją lepszą.

Tradycja

    Najoględniej stanowi ona wersję – zredukowanej do wymogów naszej dyscypliny – religii objawionej, która dysponuje kamiennymi tablicami z podarowanym (z nieba, chociaż moim zdaniem bardziej z sufitu) regulaminem „jak należy się wspinać”. W realnym oglądzie tradycja jest szeregiem niezbyt spójnych przekonań, uwarunkowań lokalnych, wreszcie przyzwyczajeń, które cechuje duży ładunek emocjonalny. Rolą tradycjonalistów jest bowiem nie tyle wspinanie się (i kluczowe zadanie wspinaczkowe, jakim jest tworzenie trudności), ile ocena jak wspinają się inni, aczkolwiek i sami tradycjonaliści. Tradycja jest niespójna. Najoględniej – najgłębsze pękniecie wewnątrz tradycji polega na jej historycznej genezie. Narodziła się ona w nawiązaniu do wspinaczkowych wzorców wypracowanych w Saksonii i na Wyspach Brytyjskich. O ile nie są one zupełnie przeciwstawne – to przynajmniej o co innego w nich chodzi.
Tradycja proweniencji saksońskiej (uważam ją za „uczciwszą”) stawia nacisk na fundamentalny oblig tworzenia drogi od dołu. Wszystko inne jest tej rutynie podporządkowane. W tym sensie wyróżnia się na tle tradycji brytyjskiej pewną etyczną logiką – niemniej kosztem ogromnych kompromisów. Nigdzie indziej, niż w tradycji saskiej, nie jest lepiej widoczna dystynkcja pomiędzy „faktem utworzenia trudności”, a „chronologią”. W samej Saksonii drogi były prowadzone (tworzone) przy użyciu stylu AF, co de facto jest techniką hakową. Dopiero kolejne, chronologicznie przejścia owocowały ciągiem trudności w rozumieniu obligu korzystania z miejsc NHR – jako „odpoczynkowych”, kończących wyciąg. Wiele z historycznych dróg nie doczekało się przedefiniowania na RP (czyli na drogi klasyczne) – oznaczałoby to po prostu konieczność przebicia przelotów, a to jest sprzeczne z literą tradycji saksońskiej. Aplikacja tej tradycji w góry przyniosła podobny efekt jak uporczywe trzymanie się jej w skałkach Saksonii. Te ostatnie dawno zostały zdetronizowane z miana rejonu, gdzie „tworzono trudność”. Podobnie drogi w górach, rejonach skałkowych, poprowadzone wedle tej tradycji „odstają” co najmniej o 2–3 stopnie w dół od aktualnych ekstremów spod znaku „etyki RP”.
Tradycja brytyjska podjęła inny cel. Jest nim wystawienie pomnika „tradycjonaliście”. Pomnik taki stanowi droga, która ma w założeniu minimalizować ilość przelotów in situ, a najlepiej nie posiadać ich w ogóle. Cel ten jest tak istotny, że kompromis, a raczej „suma oszustw”, przyjął postać rutyny anything goes. Dozwolone jest wszystko to, co w „etyce RP” – wędka, uporczywe patentowanie „na śmierć”, wielokrotne próby prowadzeń etc. Od etyki RP tradycję brytyjską różni tylko jej negatywny stosunek do przelotów in situ i zakaz preparacji skały – chociaż z tym w praktyce bywało różnie. Pomnik, jaki tworzy ta tradycja, polega na wygenerowaniu drogi, pod którą – najlepiej nieznający lokalnych uwarunkowań, a wizytujący łojarz – dosłownie „posra się w gacie” (na sam jej widok…). Tak z reguły jest, gdyż ów łojarz nie zna „kontekstu poprowadzenia drogi”, ewentualnie ktoś powie mu na ten temat półgębkiem kilka zdań. A problem, czyli drogę do załojenia, ma przed oczami – jest ona wyzwaniem. Z reguły stoi za nim lokals i mówi „weź i przystaw się”. Tradycja brytyjska jest wyjątkowym wręcz konglomeratem hipokryzji i przemilczeń! I w tym „grzechu pierworodnym” tkwi zdecydowana jej niższość od rozwiązań i postulatów saksońskich. W praktyce tradycjonalizm w górach (dla przykładu) polega na wymiennym stosowaniu procedur i postulatów obu ww. tradycji. Nieusuwalna jest jedynie suma oszustw, która ewoluuje albo w stronę saską albo „brytyjską”, wedle de gustibus autorów drogi.
Jest jedna bardzo denerwująca metoda, bo przecież nie przywara tradycjonalistów. Nazwałbym ją zawłaszczającą. Otóż tradycja zaczyna się, wedle tej metody polemicznej, wraz z narodzinami samego alpinizmu. Dopiero później wspinanie doświadcza zerwania z nią, czy odejścia od niej. To oczywiście wersja „nieskalanego początku”. O wiele bardziej drażniące jest uznawanie rutyny, ekonomii działania za cnotę (tradycyjną). W górach siłą rzeczy z pobudek stricte logistycznych prowadzi się większość dróg „od dołu”, przy uklasycznieniach często korzysta ze starego „złomu”. Tak jest szybciej i taniej, wspinacze także są leniwymi ludźmi. Jest to procedura naturalna i jedyna do sensownego zastosowania w kilkusetmetrowej ścianie, zwłaszcza o słabo rozpoznanej topografii. Niemniej tradycja zapisuje takie przejścia na swoje konto zapominając o tym, że cnocie (za jaką chce uchodzić) powinien towarzyszyć wybór! I że nie polega ona na propagandzie, i to dość prymitywnej, podobnej do stwierdzenia, że wszystkie przejawy humanitaryzmu są lewicowe. Niemniej tradycjonaliści nie potrafią zrezygnować z tej osobliwej reklamy. Jakżeby inaczej, w jaki inny sposób okazaliby się być „pięknymi”?
Te wszystkie wyżej wymienione cechy tradycji czynią ją sprowadzalną do kategorii estetycznej. Nie etycznej – bo „etyka praktyczna” każdej tradycji jest jak widać bardzo niskiej próby. Estetyzowanie tradycjonalistów polega na dosłownym spijaniu zachwytów nad ich drogami. Na niczym innym!… Oczywiście w oderwaniu od kontekstu przejścia. Etyka RP podobnej hipokryzji nie zawiera. Koncentruje się wreszcie na tym, co najistotniejsze – na trudności technicznej. Ergo, tradycja nie ma żadnej siły jako argumentacja. Ma siłę o tyle, o ile znajduje „poputczików”, którzy chcą się pławić w jej estetyzujących postulatach i „spijać zachwyt” z niezasłużonego szacunku, ze „sławy”. Jestem bardzo daleki od lekceważenia tej siły (a inną tradycja nie dysponuje). Jest to bowiem siła zelotyzmu religijnego, wiary objawio-nej, która nie jest usuwalna za pomocą żadnej argumentacji czy dania przykładu, że można się wspinać wydajniej. Zresztą, jakież to argumenty obaliły bogów słowiańskich, germańskich, czy azteckich? Z pewnością nie argumenty werbalne, i nie płynące z ukazania jakiejś lepszej rutyny działania. Walka, spór z tradycją w obrębie wspinania ma taki sam charakter jak ww. przykłady i oznacza podobny balast!
Dodatkowa hipokryzja tradycjonalistów polega na tym, że korzystają z dobrodziejstwa wspomnianego już wyżej rezonansu, tzn. mają oni możliwość obcowania z trudnościami zdefiniowanymi przez innych – bynajmniej nie tradycjonalistów. Nie ma przykładu wytworzenia nowych trudności w oparciu o gorset tradycji (niechby tożsamej, jak sama deklaruje, z dobrym stylem i czystymi środkami). To „kontrindukcja” i eksperymenty prowadzą „demiurgów” do nowych trudności. A nie tradycja!… Tradycjonaliści z tego korzystają – zresztą jedyny postęp, jaki zachodzi immanentnie we wspinaniu, wedle ich receptur też dotyczy jedynie trudności technicznych. Jak w każdym innym wspinaniu zresztą (patrz wywód na początku) tradycjonaliści nie doskonalą stylu, bo mają go za raz dany z nieba na swoich mentalnych, a kamiennych tablicach. Chcą się wspinać „coraz trudniej”, bo tylko to daje „coraz wyższe trudności psychiczne” (np. w etyce brytyjskiej), tylko, choćby nie wiadomo jak ciągnąć ich za języki, nigdy nie ujawnią swoich motywacji.
Wniosek jest bardzo bulwersujący. Otóż przy zastosowaniu do wspinania „suwmiarki” etyki ogólnoludzkiej (co bardzo lubią robić sami tradycjonaliści twierdząc, że ich postulaty z niej mają niby wypływać) starcie tradycji z etyką RP zdecydowanie wypada na korzyść tej ostatniej. Garb, balast hipokryzji jest zbyt wielki! Wszystko co człowiek osiągnął – osiągnął wbrew naturze, w sensie walki z jej i własnymi uwarunkowaniami. Ta walka dała efekt w postaci kultury, która jest po prostu artefaktem mentalnym. W momencie, w którym zaczynamy owym artefaktem dysponować, poniekąd kończy się dominacja natury. A z pewnością kończy się jej dominacja jako fałszywego, dobrego mitu. Już nie tylko natura, ale nasza własna kultura wyznacza nam poprzeczkę. Nie tylko napełnianie brzucha jest ważne, ale myśl o „niebie gwieździstym i prawie moralnym we mnie”. Kultura zaczyna ustawiać płotki i poprzeczki – nasz nowy, ale przecież sztuczny tor przeszkód. Byt ludzki dokonuje skoku ontycznego, dzięki swej sztuczności. Dzięki temu, że obcuje z problemami, których nie postawiła natura. Skoro wspinanie jest częścią kultury, a jest nią chociażby jako sport, to gdzie jest uzasadnienie przywołanej na początku reguły? Tej, która głosi, że „tylko natura wyznacza prawdziwe problemy” (prawdziwe – czyli warte podjęcia trudu rozwiązania). Gdzie uzasadnienie dla tego, że tylko naturalna skała jest obiektem (jedynym godnym!) naszej wspinaczkowej przygody, że najmniejsza przydana jej sztuczność jest po prostu destrukcją, a sama myśl o tym wspinaczkową „myślozbrodnią”?
Nie ma żadnego uzasadnienia tych postulatów, przynajmniej racjonalnego. Albowiem uzasadnienie konwencjonalne płynące z potrzeb i duchowych pretensji tradycjonalistów jest z pewnością bardzo mocne. Niemniej daje się ono sprowadzić jedynie do ich „widzimisię” – próba racjonalizacji daje druzgocący efekt odwołania się do mitu dobrej natury – patrz powyżej… Niniejszy wywód, moim zdaniem, skutecznie deprecjonuje nie tylko tradycjonalizm we wspinaniu, z jego nabożnym głaskaniem skały, „aby nie uczynić jej krzywdy”. Deprecjonuje wiele pochodnych postaw ludzkich, takich jak oszalałe wersje ekologii, czy medycyny naturalnej, która za cel postawiła sobie obyć się bez antybiotyków, nawet kosztem życia pacjenta…
Z wywodu mojego, że cała kultura jest sztuczna i że nie ma innych ścian niż sztuczne – tzn. przetworzone wyobraźnią wspinaczkową, nie płynie jednak wcale oblig holistycznej destrukcji zastanej rzeczywistości, czy jakiegoś jej przykrawania wedle własnego uznania. Nie płynie też żaden oblig tworzenia tylko sztucznych dróg, używania we wspinaniu dłutka i betonu, zastępowania skały panelem, a notatnika z zapisywanymi drogami – pamięcią ruchową. Jedyna rada jaka płynie jest taka, aby nie załamywać rąk, gdy są stosowane tytułem eksperymentu „kontrindukcyjne” względem natury metody, takie które „zamieniają ją w artefakt”. Załamywanie rąk jest bowiem najlepszym papierkiem lakmusowym absolutyzmu moralnego. Dla przypomnienia – jest on postawą może i szlachetną, ale utopijną w realizacji. Niezmienianie rzeźby skalnej jest jednym z takich absolutystycznych dogmatów – na niwie naszej dyscypliny. Dogmatów, które powinny ustąpić wartościowaniu sytuacyjnemu! Pewna miara sztuczności dróg powinna być akceptowalna – inna nie, a która – o tym powinien decydować sformułowany powyżej moralny paradygmat trudności technicznych jako wspinaczkowej miary wszechrzeczy.
Wszystko, co służy dostarczaniu nowych trudności, jest dobre i pożądane (w naszej dyscyplinie rzecz jasna – o niej dyskutujemy). Wszystko inne ma w najlepszym razie neutralną kwalifikację. Nawet styl – ten zresztą, jak wspomniałem, zawsze jest kwestią chronologii – a zazwyczaj jedynie wlecze się w ariergardzie (nowych trudności). Nie bójmy się sztuczności! To jest apel całkiem humanistyczny – i to wcale nie przez „ch”, bo takim (c)humanizmem często posługują się religijni tradycjonaliści (na szczęście nie wspinaczkowi – mimo niepokojących tendencji). Tylko na polu sztuczności, kultury, sztuki jesteśmy „równi bogom/ Bogu” – jak kto woli… Tylko tutaj możemy stwarzać, a nie tylko przetwarzać. W każdym innym rozdaniu, a zwłaszcza w rozdaniu Natury jesteśmy w dupie! Pytanie retoryczne do tradycjonalistów: czy pragniecie, aby wspinanie się tam znalazło?…

***

    Moja wypowiedź ma dwa zasadnicze źródła. Jednym jest gniew. Gniew, który budzi tradycjonalizm we wspinaniu. Nie dlatego, że istnieje, że ludzie wspinają się – tak czy owak definiując go na swoje potrzeby. Mój gniew budzą tylko niezasłużone roszczenia tradycjonalistów, tożsame z roszczeniami przedstawicieli wielkich religii. Religia jest zachowaniem politycznym. Nietrudno dostrzec tę zależność analizując byle wycinek historii. Religia generuje tyleż zła co polityka, owszem – być może tyleż samo dobra. To są jej możliwości – nigdy nie wykraczają one poza politykę, albowiem „po owocach ich poznacie” –i polityka i religia są „widzialne”. A jednak, z niewiadomego tytułu, który wydaje się być dość prostym mechanizmem psychologicznym – religia domaga się jakiegoś lepszego traktowania niż polityka. Nie chce podlegać takiej samej ocenie – chociaż dotyczy zachowań publicznych. Gdy się proponuje jej intymność ludzkiego wnętrza czy domu, wtedy ona skwapliwie powołuje się na… prawa polityczne. Ale zawsze – tak czy owak – chce siedzieć na pierwszym i najwyższym krześle. Chociaż nie ma żadnego racjonalnego uzasadnienia. A „zwykła” polityka ma – jej miarą jest po prostu skuteczność. Religia była – a i to tylko podobno – skuteczna tylko w 1 (słownie „jednym” przypadku). Mówi się o tym, że niejaki Jezus Chrystus zmartwychwstał… Tymczasem skutecznych polityków były tysiące, podobnie jak dziesiątki wybitnych wspinaczy, którzy „stworzyli owe trudności”.
Podobne roszczenia ma tradycja we wspinaniu. Jej racjonalizacja jest żadna – oprócz czysto estetycznych preferencji, a argument de gustibus jest przecież najmarniejszym z marnych… Tradycja, tradycjonaliści nie partycypują w żadnym postępie w naszej dyscyplinie. Nie tworzą nowych trudności technicznych. Stylu też nie doskonalą – albowiem OS, RP, solo są po prostu pewnymi kliszami przynależnymi całemu wspinaniu (tzn. skalnemu). Ergo tradycjonaliści są po prostu „klubem zainteresowanych” w czerpaniu ze źródła prestiżu, jakim powinna się cieszyć tradycja. Swoją wiarę proliferują odwołując się do ludzkiej potrzeby ekskluzywności – dość konformistycznej – wszak w istocie każdy z nas chce być wyjątkowy… Przekraczają barierę śmieszności z należytą powagą kapłana sprawującego najbardziej absurdalną liturgię – www.wspinanie.pl. u końca 1–szej dekady XXI wieku informuje o „tradach” w stopniu VI+ (sic!), chociaż VI.6+ w etyce RP to za mało, aby zasłużyć na odrębną notatkę. Takie postępowanie, sama jego możliwość budzi gniew – gniew niezasłużonego przywileju.
Drugie źródło mojej wypowiedzi to moje lata. Pisząc te słowa kończę 47 lat… Jest to wiek, w którym mimo najlepszych starań, nie można już oczekiwać pozycji wspinaczkowego „demiurga”, ani jej piastować. Nie ma możliwości celowania w zasłużone z tytułu wprowadzania nowych trudności przywileje. Jednym słowem, mój dzień dzisiejszy oddala argument „interesowności” i ustawiania realiów we wspinaniu pod siebie. Jest to natomiast czas dobry na refleksję. A refleksja – to żal z powodu tego,  co się zrobiło i czego się nie uczyniło. Otóż najbardziej żałuję faktu, że nie trzymałem się konsekwentnie postawy, którą powyżej artykułowałem, że mając ją sprecyzowaną od lat co najmniej ponad dwudziestu paru – realizowałem ją „po kątach” i z poczuciem (wtedy) możliwości „złapania na gorącym uczynku”. To był zasadniczy błąd –rozumowanie wskazuje jasno, że to ja – nie adwersarze – miałem rację. Empiria, tzn. skuteczność także świadczy na moją korzyść. Choćby w bezpośredniej konfrontacji. Pamiętam swój pierwszy wyjazd w czeskie piachy (w 1986 roku) w towarzystwie śląsko–łódzkiej ekipy. Oni poszli na pierwszą drogę VIIc, ja zacząłem od IXc, tego samego dnia zrobiłem pierwszą swoją Xa. Podczas tego wyjazdu też – na Suchych Skałach – zrobiłem flashem drogę, która we francuskiej skali miałaby 7c, aczkolwiek jej standardy ubezpieczenia były zgoła inne. A jednak nie potrafiłem się pozbyć pewnej wstrzemięźliwości. Tak wspinaczkowej, jak i życiowej – na swoją zgubę, poniekąd na niekorzyść polskiego wspinania – bo „trzeba było łapać Pana Boga za nogi” jak po temu była okazja!
Teraz przyznaję bez ogródek – to względy stricte towarzyskie, fakt iż posiadałem takich, czy innych kolegów, nieraz nawet „dyżurnych wrogów”, którzy deklarowali tradycjonalizm, uniemożliwił mi konsekwentne podążanie za swoimi przekonaniami, dotyczącymi wspinania. I tego żałuję, chociaż to jedna strona medalu… Ile z tego tytułu byłoby „takich klam” jak na Chomeinim czy Metallice (należy je rozpatrywać już raczej w charakterze głupawki, tzw. „drugiej młodości”) – tego nie wiem… Tak czy owak niesłusznie represjonowałem swoje chęci, chociaż może z tego tytułu dziś mam przyjaciół i dobrych znajomych. To z kolei jest niewątpliwy zysk. I w tym momencie – znów muszę się ukłonić – nie ma żadnego innego powodu do szacunku dla tradycjonalizmu wspinaczkowego, niż ten, że wyznają go moi koledzy. Ten fakt był dla mnie kluczowy w pracach nad Porozumieniem Tatrzańskim. Tego akurat nie żałuję. Ambiwalencja – to jedyny smak tak wspinania, jak i życia.

Autor:Piotr Korczak „Szalony”

You might also like More from author