Artur Paszczak: Przeciw Anarchii

autor Artur Paszczak    Przyznaję chętnie i mam nadzieję – obiektywnie, że artykuł mojego świetnego kolegi Szalonego wzbudził mój autentyczny zachwyt, lecz jednocześnie przecież wywołał zadziwienie. Zachwyt nad konsekwencją i spójnością wywodu, nad czytelnością wniosków i odwagą myśli, powiedzmy sobie otwarcie – obrazoburczych. Zadziwienie, że Szalony wykazuje taki brak zrozumienia dla istoty tradycji we wspinaniu – tym bardziej zaskakujący u zdeklarowanego, jak mi się zdawało, konserwatysty! Bo owszem; wywód jest całkowicie spójny, ale tylko w odniesieniu do zawartych przesłanek. Przy uwzględnieniu innych – w rozumowaniu nieświadomie lub intencjonalnie pominiętych – wywód, jak uważam, pozostaje eleganckim sofizmatem.
Zaatakuję dwa filary rozumowania Szalonego: teoremat trudności technicznej i twierdzenie o bezsensie tradycji, najpierw jednak poświęcę krótki akapit zagrożeniom płynącym z potencjalnego wprowadzenia w życie jego postulatów.

Demiurg czyli kto?

    Konsekwencje wprowadzenia w życie koncepcji „omnipotentnego demiurga” nie są tylko przerażające: co gorsza, one są kompletnie nieprzewidywalne. Gdyby faktycznie zezwolić demiurgowi na realizowanie własnej wizji bez żadnych ograniczeń w imię wielkiego dzieła nowej trudności, stanowiłoby to gigantyczny eksperyment o niemożliwych do wyobrażenia skutkach. Trudno wymyślić, do czego byłaby zdolna jednostka wyzwolona z konwenansów – czy pojawiłyby się sztuczne chwyty przykręcone do ściany Kazalnicy, jak to się stało w Mamutowej? Albo całkowicie i tym razem konsekwentnie wykute linie na Wołowej? Rozpatrywanie takiego faktu w kategoriach estetycznych wywołuje odruchowy sprzeciw, ale nawet bez tej cezury, nawet zwolennikom rekordu, trudno byłoby zaakceptować ten stan rzeczy, a przecież jest on immanentnie wpisany w koncepcję Szalonego. W miejsce rzekomej religii objawionej (tradycji) proponuje Szalony de facto sekciarstwo trudności – z demiurgiem jako nowym kapłanem. Tradycja, kościec wielkiej umowy pomiędzy kolejnymi pokoleniami, zostałaby zastąpiona nihilistycznym materializmem symbolizowanym przez cyfry, wśród których, nomen omen, sześć pełni zasadniczą rolę…

   Mnożąc wątpliwości dalej – kto namaszczałby demiurga, powstaje zasadne pytanie?
W dążeniu do rekordu wszyscy mogliby czuć się równi, a więc samo to dążenie mogłoby – w sytuacji braku zasad – uchodzić za wystarczający przyczynek do awansu i, poprzez samonamaszczenie, doprowadzić do całkowitej anarchii, której ceną byłaby dewastacja skał i gór, wynikająca z ich totalnego uprzedmiotowienia. Jedynym ograniczeniem, które zapobiega takiemu stanowi rzeczy, jest jakiś rodzaj konsensu pomiędzy poszczególnymi środowiskami, pomiędzy dążeniem do rekordu a bezpiecznym status quo. W tym ujęciu konsens taki staje się czymś niezbędnym, nieuniknionym i nieuchronnym – jeśli chce się konstruktywnie realizować swoje pasje. Dlatego, wbrew temu, co twierdzi Szalony, Porozumienie nie jest z niczyjej strony aktem ustępstwa – ono jest po prostu koniecznością, historycznym fatum. Demiurg skazany jest na egzystencję w przestrzeniach zamkniętych zasadami – być może ze stratą dla rekordu, ale z zyskiem dla samego wspinania.

Trudność jako suma percepcji

   W miejsce Esse est percipi Szalonego ja wolę proste, ale przekonujące Perception is reality. Ta często przywoływana teza zawiera w sobie z pozoru tylko banalne stwierdzenie, że to subiektywny odbiór decyduje o postrzeganiu rzeczywistości – w tym przypadku to indywidualne doświadczenie determinuje poziom określany jako stopień, czy skala trudności. Szalony stwierdza rzecz oczywistą, że poziom ten będzie różny dla różnych wspinaczy, w zależności od ich psychiki i wytrenowania. Czy eliminuje to jednak istnienie trudności psychicznej jako integralnego składnika ogólnej trudności?
Wbrew tezie Szalonego, można jednak wypreparować trudność psychiczną z trudności ogólnej, wyzuć ją z elementu technicznego. Weźmy trawers pod wschodnią Blanca – kilkaset metrów spaceru pod wiszącymi serakami. Technicznie zerowy, psychicznie – o czym łatwo się przekonać – wcale niełatwy. Weźmy przejście Wielkiego Kuluaru tej ściany – przejście w stopniu I, może II, do dziś niepowtórzone. Dlaczego? Przecież łatwe!
Weźmy drogi na Filarze Narożnym i przymierzmy je do choćby Dru. Na tym pierwszym, w sezonie przejścia można policzyć na palcach jednej ręki – na Dru idą w setki. Dlaczego? Czy WFN jest trudniejszy technicznie od Dru? Wcale nie – ale jest trudniejszy ogólnie, i wie to każdy, kto się z nim odważył zmierzyć.
Nie bez powodu mówi się w świecie wspinaczkowym o „powadze” drogi, „zaangażowaniu”, jakiego wymaga. Takie drogi to kwintesencja alpinizmu, takie drogi zawsze wzbudzały największy zachwyt – „Himalaja Alpine Style” stał się biblią alpinistów przecież nie z powodu cyfry, choć równie błędnie byłoby powiedzieć, że i bez względu na nią.
Cyfra i Psycha to przenikające się wzajemnie składniki, dopiero wspólnie dające istotę przeżycia w alpinizmie, to nasze yin i yang, które tylko łącznie zapewniają spełnienie. Osobno stanowią jedynie puste, wypreparowane surogaty, o czym łatwo się przekonać, wspinając się na ściance i na wędkę.
A zatem to, że trudności psychiczne (w sensie poczucia zagrożenia) są tak trudne do uchwycenia integralnie, nie stanowi żadnego dowodu na to, że nie istnieją one autonomicznie. Wręcz przeciwnie, tak jak w całym alpinizmie, gdzie duchowość dopełnia się z fizycznością, tak i tu one muszą istnieć. To taka wspinaczkowa zasada nieoznaczoności – w chwili, gdy go oświetlimy, elektronu już tam nie ma, ale przecież on istnieje! Więc choć element psychiczny ciągle wymyka się naszemu opisowi, to jest nieodmiennie związany z naszym przeżyciem, jest jego nieodłącznym składnikiem, co, być może, wyraża credo wspinacza konserwatysty, w odróżnieniu od wspinacza kartezjanisty.

Tradycja i styl jako spuścizna

    Spójrzmy jak rozwinął się alpinizm, a ściślej, kto go rozwijał.
Otóż rozwijali go brytyjscy głównie dżentelmeni (posiłkując się naturalnie tubylczą ludnością), dla których istnienie kodeksu honorowego było czymś równie naturalnym jak oddychanie. Zwróćmy uwagę – powoli odchodził w niebyt czas ciągłych wojen, na których tradycyjnie wyżywali się szlachetnie urodzeni. Nieodłącznym towarzyszem tychże wojen był jakiś rodzaj kodeksu rycerskiego (i to bez względu na geografię – od Japonii po Amerykę i Afrykę), jakiś etos, który nadawał tej walce walor równie szlachetny, jak świadectwo urodzenia jej uczestników. A szlachetnie urodzeni zaczynali się właśnie nudzić w tym nowym, spokojnym świecie, zwrócili więc swe zainteresowania ku nowym wyzwaniom. Czy mogło być zatem inaczej niż tak, że brytyjski dżentelmen przeniósł stare zasady na arenę nowego pojedynku, jaką stały się góry?
Zasady fair means to nic innego jak kodeks rycerski dostosowany do potrzeb i warunków alpinizmu. To zasady honorowego pojedynku na równych warunkach. Każda ze stron ma swoje przewagi, ale każda posiada też ograniczenia. Dżentelmen te ograniczenia akceptuje, nawet, jeśli grożą one porażką.
Zasady fair means mówią w skrócie tyle tylko i aż tyle, że góra musi mieć szansę wygrać. To jest właśnie kwestia stylu. Dlatego Mummery zostawił kartkę z informacją absolutely inaccessible by fair means ponieważ miał świadomość, że góra JEST do pokonania. W ten sposób zaprzeczył roli omnipotentnego demiurga, na rzecz arbitra elegantiarum. Bo to smak, styl, to że gentelman never runs określają skalę zwycięstwa, nie zaś samo zwycięstwo. Kiedy Brytyjczycy pod komendą sławnego Lorda Lovata (uzbrojonego w strzelbę Winchestera) atakowali w 1944 most w Normandii, to szli krokiem marszowym, przy dźwięku kobzy grającej „Blue Bonnets over the Order”, pomimo siekących w nich niemieckich karabinów MG-42. Podobnie nasz Wieniawa, idąc z meldunkiem do 5 pułku piechoty w czasie sławetnych walk nad Styrem, ani na chwilę nie przyspieszył kroku w otwartym terenie pomimo prażącego do niego rosyjskiego snajpera. „Takiej frajdy ja, ułan, nie mogłem sprawić obywatelom z piechoty”, wspominał. Styl, forma, fason – te elementy ze słownika dżentelmena zagościły w świcie alpinistów od samego początku i od tego początku zaczęły również nieuchronnie erodować.
Słusznie powołując się na tradycję brytyjską i saksońską Szalony, moim zdaniem, nieprawidłowo definiuje tę pierwszą – Brytyjczyk bardzo by się zdziwił, gdyby usłyszał słowa Piotrka. Obleganie dróg, styl head-point, nie stanowią o istocie tego stylu. Określają one jedynie dopuszczalne ustępstwa, na jakie ewentualnie styl ten jest gotów pójść. Ale są to wyłącznie koncesje na rzecz niezaprzeczalnej potrzeby śrubowania trudności technicznej, której tradycja w ogóle nie neguje. Tradycja mówi tylko jak to robić, aby być godnym ukłonu.
Najkrócej ujmując, etyka brytyjska narzuca (według ważności):
– atak od dołu i bez rozpoznania – jako element równych szans;
– zakaz ingerencji w skałę – jako element dobrych manier;
– wspinaczkę klasyczną – jako element elegancji.
Zwróćmy uwagę, że wspinaczka hakowa stanowi istotne naruszenie etosu, i styl ten miał z etyką zawsze poważne problemy, szczególnie w zakresie używania wierceń, których nie mógł uniknąć, a które starał się rozpaczliwie ograniczyć. Tkwiła tu poważna sprzeczność stanowiąca w istocie nierozwiązywalny problem, który stał się zarzewiem upadku hakówki i spowodował ostatecznie wielki i nieuchronny come-back free-climbingu. Dlatego klama wykuta na Metallice stanowi, być może, element postępu technicznego, ale jest jednocześnie czymś po prostu nieeleganckim, czymś nie fair, co w dżentelmenie musi wzbudzić niesmak. A jeśli nie wywołuje reakcji to tylko dlatego, że chodzi o kolegów…
Jest prawdą, że styl w pewnym stopniu redukuje się do chronologii. Zawsze jednak styl lepszy u zarania będzie wzbudzał w tradycjonalistach większe uznanie, co nie przeszkadza im przecież pracować na rzecz poprawy tego gorszego. Tradycjonaliści, jako wspinaczkowi konserwatyści, są bowiem w znacznej mierze praktykami, nie zamierzają polec na szańcu swego etosu w imię obrony dawno straconych pozycji – starają się jednak wpływać na ogólne oblicze wspinania korzystając obszernie z dobrodziejstw stylu RP. Tak, tradycjonaliści bezczelnie korzystają z „rezonansu” i dzięki temu podnoszą poprzeczkę wysoko – tworzą nowe trudności. Ale są to trudności na innej płaszczyźnie niż „przechwyt” – weźmy pierwszy z brzegu przykład: Arca de los Ventos w Patagonii, poprowadzona w nienagannym stylu. Potem trawers Torres – podobnie. To są nowe granice trudności dzisiaj, ale granice wykraczające daleko poza pojedynczy ruch gimnastyczny. Weźmy Steve’a House’a na Nanga Parbat, Marko Prezelja na Chomolhari, weźmy redefiniujące styl i szybkość przejścia na Denali, takie jak Light Traveller chociażby. Jest z czego wybierać, co więcej, w ostatnich latach obserwujemy, po latach erozji, falę powrotu do tradycji, bo wszyscy potrzebują koniec końców wymiaru szerszego niż tylko „paradygmat przechwytu”. Wszyscy wyczuwamy przecież, że chodzi o coś jeszcze. I powiem więcej – mgliście dociera do nas, że jedyne ściany to ściany naturalne, jedyne drogi to te, które zapisane są już w skale, a których nasze przykryte łuskami oczy i niewprawne ciała nie są jeszcze stanie odkryć. To dlatego Steve Gerberding zjechawszy wywierconą linią Highway to Hell na El Capie powiedział – „tam nie ma drogi”. Bo to, co spreparowane, choć istnieje obiektywnie, to subiektywnie stanowi tylko pewnego rodzaju żenujący artefakt, nad którym, co najwyżej, przechodzimy do porządku jak nad przypadkowym faux-pas w dobrym towarzystwie.
Jednocześnie przecież przyznać muszę, i to bez niechęci, że nowa jakość we wspinaniu rodzi się z konfliktu i starcia i – zgodnie ze swą wojenną genezą – z walki dwóch stylów. Postrzegam tę walkę jako korzyść, jako atut – o ile żadna ze stron nie zwycięża w niej na trwałe. Musimy myśleć jak zdradziecki Jogaiła, który krocząc po grunwaldzkim pobojowisku już zamyślał o restauracji Zakonu, i nie możemy pozwolić na eliminację żadnej z naszych kultur, bo to zubożyłoby nasz świat i nasz rozwój przyszły w sposób niepowetowany. W tym wielkim zamyśle tkwi mądrość i wartość Porozumienia – jak sądzę – i przyczynek do jego trwałości.
Nie potrzeba nam wszechmocnych demiurgów – ale przecież potrzeba nam, i jak pokazuje historia zawsze je mieliśmy, wielkich osobowości, wyznaczających nowe horyzonty i kreślące nowe symbole trudności. Te nietuzinkowe postacie, które wyłamując się z rutyny i szarości, koniec końców odnajdywały dotychczas wspólny język w spuściźnie tradycji wspinania, były i zawsze będą naszym spiritus movens. Bo przecież bez względu na wyznawaną etykę wszyscy wspinacze świata mówią jednym językiem – a jest to język „szarego zeszyciku” – tak kompletnie niezrozumiały dla człowieka spoza zadziwiającego kręgu wspinania. Nie da się ukryć, że trudność napędza nasz rozwój. Kwestionowanie tego to zaprzeczanie istocie alpinizmu. Chylę więc czoła przed kapliczką trudności bo wiem, że nie może ona stać pusta. Jakkolwiek mocno chciałbym zatrzymać czas to przecież wiem, że skazani jesteśmy na rozwój i postęp. Dlatego zgoda; potrzebujemy demiurgów, ale zamkniętych w klatce, złotej klatce, którą czasem, nie za często, siłą swej wizji i swej woli zdołają przenieść i postawić w zupełnie nowym miejscu.
My zaś, podążymy tam za nimi.

Autor: Artur Paszczak

You might also like More from author