Główny Szlak Beskidzki im. K. Sosnowskiego

0

Relacja z przejazdu MTB sierpień 2013r Team: Ania i Janusz

Trudno jest pisać o naszej przygodzie z Głównym Szlakiem Beskidzkim, przygotowania (przynajmniej te mentalne) trwały niemal rok, a dni spędzone w górach na GSB zlały się w jedną, tętniącą życiem i radością, a także zmęczeniem – całość. Ale spróbować trzeba, bo to co przeżyliśmy w trakcie 12 dni na szlaku, przerosło nasze najśmielsze oczekiwania.

Wszystkim, którzy chcą podjąć wyzwanie, sprawdzić własne siły i zobaczyć wiele ciekawych miejsc polecam GSB. Ponad 500 km, prawie wszystkie grupy górskie polskich Beskidów, panoramy z najwyższych szczytów, przyjazna atmosfera obozowisk i schronisk, parki narodowe, rezerwaty, drewniane kościoły i cerkwie. Zmierzenie się ze zmęczeniem, błotem, słońcem, a może nawet śniegiem i wichurami. Pokonanie szlaku od kropki do kropki zapewnia przeżycia i wspomnienia, których nie da się kupić, za to nie dostaje się laurki, koszulki i pucharu, tu nikt się nie ściga (choć i to polecamy, a obecny rekord biegiem wynosi 115 h, a rowerem 87 h i są to wręcz heroiczne czasy!). Jeżeli na GSB z kimkolwiek walczysz, to przede wszystkim sama z sobą 🙂

gdzies_na_gsb
Gdzieś na GBS

Na pomysł pokonania GSB na rowerze górskim wpadliśmy rok temu, gdy w trakcie trzech dni przejechaliśmy czerwonym szlakiem z Rabki do Krynicy i tak bardzo nam się podobało, że oczywistym się stało, że prędzej czy później musimy podjąć to wyzwanie. Wystarczyło trochę pogooglować, aby dowiedzieć się, że rowerem zaledwie kilkoro ludzi przejechało całość i w jednym ciągu. Do tej pory najprawdopodobniej żadna dziewczyna nie przejechała całego GSB na rowerze?

Plan był prosty i minimalistyczny, zdawaliśmy sobie sprawę, że jednym z kluczy do sukcesu jest lekki plecak. Zabraliśmy z sobą po dwie pary bielizny, dwie pary skarpetek, koszulka, kurtka, karimat lekki namiot i śpiwór. Przewodnik z mapami, czołówka, aparat i malutka apteczka zamykała całość naszego ekwipunku. W góry zabieraliśmy dopalacze w stylu snickersy i napój mineralny. Gdy przewidywaliśmy, że będziemy biwakować gdzieś wysoko – ekstra zabieraliśmy pasztet i chleb. W dolinach tylko raz udało nam się zjeść normalny obiad, a z reguły, gdy tylko było to możliwe (z uwagi na gigantyczne upały) kupowaliśmy tuziny lodów. W górach piliśmy dużo wody, bidony uzupełniając głównie w strumieniach i źródełkach. Wielokrotnie doprowadzaliśmy nasze organizmy do przegrzania więc jak tylko zjeżdżaliśmy w doliny wskakiwaliśmy tak jak staliśmy do rzek.

Dwa dni po naszym starcie z Wołosatego wyruszyło troje naszych kolegów (jeden z nich z uwagi na zawody na Słowacji zrezygnował z bólem na sercu w Krynicy), którzy jako grupa pościgowa mieli nas dogonić gdzieś w połowie szlaku. Pościg był ambitny, chłopaki jechali codziennie od ok. 4 rano, niejednokrotnie kończąc dzień przy czołówkach gdzieś wysoko w górach. Ostatecznie okazało się, że na GSB z uwagi na duże dzienne przewyższenia jakie trzeba pokonać bardzo trudno jest zniwelować dwudniową przewagę. Chłopaki dojechali do nas dopiero na Hali Krupowej i aby tego dokonać zmuszeni byli ominąć Gorce. Ostatnie trzy dni jechaliśmy już razem w czwórkę i było bardzo wesoło. Co schronisko, karczma czy sklep nawadnialiśmy się i nie były to już napoje izotoniczne 😛

Na szlaku spotkaliśmy wielu ciekawych ludzi, w tym dziewczynę, która samotnie szła od Ustronia już 21 dni. W Cisnej przez zupełny przypadek i dziwny zbieg okoliczność zostajemy rozpoznani przez ratownika dyżurnego Bieszczadzkiej Grupy GOPR. Zaprasza nas wieczorem do goprówki. Ku naszemu zaskoczeniu zostaliśmy super-fajnie przyjęci. Wypuścili nas grubo po północy, a rano trzeba było znowu wsiąść na rower…

Naprawdę nie sposób krótko opisać tą mega przygodę jaka jest GSB, dlatego zapraszam do relacji z każdego dnia naszej wyprawy;

m_tez_witamy
Też witamy

Dzień 1 Wołosate – Ustrzyki Górne 0 – 23 km

Po dwudziestogodzinnej podróży, najpierw pociągiem, a potem z Krakowa autobusem z przesiadką w Krośnie, docieramy wczesnym rankiem do Ustrzyk Górnych. Już jesteśmy wykończeni, a to dopiero początek. Idziemy na camping, stawiamy nasz namiocik i padamy ze zmęczenia. Niestety jest taki upał, że nie da się wejść do namiotu, staramy się spać na karimatach obok.

Wstajemy o 14.00, a o 15.00 jesteśmy w Wołosatym. Czekamy jedząc lody do 16.00 i ruszamy.

Taktyka startu późnym popołudniem jest celowa. Pierwszy odcinek wiedzie na terenach Bieszczadzkiego Parku Narodowego i rowerzyści nie są tu mile widziani. Nie chcemy narażać się straży parku i turystom na wąskich eksponowanych ścieżkach. W Wołosatym znajdujemy znak początkowy GSB i podjeżdżamy na Przełęcz Bukowiecką; potem przez Halicz wchodzimy na najwyższy szczyt Bieszczad – Tarnicę 1346 m n.p.m.

zaczynamy_Bieszczady
Zaczynamy; Bieszczady

Robi się późno, a nie chcemy aby ciemności zastały nas w górach, więc szybko przez Szeroki Wierch zjeżdżamy do Ustrzyk, gdzie udaje nam się zjeść zapiekankę w jedynym jeszcze otwartym barze; jest 20.00.

Dzień 2 Ustrzyki Górne – Cisna 23 – 63 km

Wstajemy o 7.00 ale wyjechać udaje nam się dopiero o 8.00. Nie ma szans abyśmy ściśle szlakiem przejechali połoninę Caryńską i Wetlińską, o tak wczesnej porze nie ma szans aby incognito ominąć flanców na wejściu do parku. Jedziemy tzw. dużą obwodnicą do Smreka, tam nieopacznie przegapiamy sklep i nie udaje się odnowić zapasów wody, co bardzo dotkliwie (nieziemskie upały) odczuwamy na podejściu na Fereczatą 1102 m n.p.m. Z przewodnika dowiadujemy się, że na Okrągliku w pobliżu szczytu jest źródło. Wysuszeni na wiór, z nadzieją na zimna wodę dojeżdżamy tam ale źródła nie potrafimy odnaleźć 🙂 Brakuje też cukru, nie mamy z sobą kompletnie nic do żarcia. Gdy organizm kompletnie się już buntuje jemy maliny, jeżyny, jagody i mamy niebo w gębach!

Wspinamy się na Jasło 1153 m n.p.m., trudnymi i bardzo wąskimi singlami, a czasami po pas w trawach zjeżdżamy do Cisnej. Jest 15.00, kąpiel w rzece i idziemy na camping.

bieszczady_single_na_Jaslo
Bieszczady; single na Jasło

Dzień 3 Cisna – Komańcza 63 – 94 km

Ciężko wstać, do namiotu wróciliśmy dopiero w nocy bo zaproszeni byliśmy przez ratowników do centrali GOPR. Bieszczadzkim opowieścią nie było końca, a teraz i ciężko wstać i głowa trochę boli ;p

spotkanie_w_Cisnej_z_przyjaciolmi
Spotkanie w Cisnej z przyjaciółmi

Jedziemy na kawę do goprowców, a potem w drogę. Szlak zmienił swój charakter, nie ma na tym etapie singli gdzie dalej niż na metr przed kołem nie widać czy będzie w prawo czy lewo, a może na wprost. Wreszcie więcej jedziemy niż pchamy. Po drodze mijamy niesamowite miejsce – „Rezerwat Zwięzło”. Na stoku góry Chryszczata (997 m n.p.m.) na skutek osuwiska ziemi przed stu laty utworzyły się niezwykle malownicze jeziora.

bieszczady_troche_jazdy_troche_pchania
Bieszczady; trochę jazdy trochę pchania, ogólnie klimat rewelacyjny

Mijamy Duszatyn i  i po 15.00 jesteśmy w Komańczy. Jedziemy do schroniska PTTK gdzie rozbijamy namiot, a po kąpieli jedziemy na festyn kultury łemkowskiej gdzie załapujemy się na darmowe super żarcie. Do koncertu Closterkeller nie wytrwaliśmy, robi się późno więc idziemy spać.

w_kierunku_Komanczy
W kierunku Komańczy

Dzień 4 Komańcza – Iwonicz Zdrój 94 – 139 km

Rano lekko pada deszcz. Szlak obchodzi klasztor gdzie internowany był prymas Wyszyński i wchodzi w las nad Komańczą, zaczynamy Beskid Niski. Początkowo poruszamy się wzdłuż przebiegu maratonu „Śladami Żbików” potem robi się coraz bardziej dziko. Szlak słabo oznaczony, trochę błądzimy, musimy się cofnąć i uważniej czytać mapę. Długi sztywny podjazd na Kamień 717 m n.p.m., a potem cudowne szybkie zjazdy do wioski. Gdy wyjeżdżamy z lasu spotykamy leśniczego z dwururką, pyta co robiliśmy tam w lesie i czy nas nic nie zjadło! 🙂

sniadanie_w_Komanczy
Śniadanie w Komańczy

Słońce coraz mocniej grzeje, otwartym terenem prowadzimy rowery na Tokarnię (779 m n.p.m.) gdzie na szczycie padamy ze zmęczenia, siesta.

Dalej jest lepiej, cały czas w blokach. Mijamy Wilcze Budy (759 m n.p.m.) i przekraczamy Wisłok. O 18.00 jesteśmy w Iwoniczu i tu niespodzianka – miał być według mapy kamping ale nie ma po nim śladu! Jedziemy kawałek za miasteczko i rozbijamy się w parku. Noc jest nerwowa, zgubiliśmy kluczyk do linki zabezpieczającej rowery, przy pomocy kawałka linki i pustych puszek po piwie robimy coś w rodzaju alarmu gdyby komuś spodobały się nasze rowery.

laweczka_z_widokiem_tyz_przed_Rymanowem
Ławeczka z widokiem przed Rymanowem

Dzień 5 Iwonicz Zdrój –  Bacówka w Bartnem 139 – 192 km

Dzień zaczynamy trudnym wyczerpującym podejściem na Cergową 716 m n.p.m., zjazd bardzo stromy, zakrzaczony. W ogóle od krzaków jesteśmy już cali pokaleczeni, zdarzają się też gleby ale na szczęście bez poważniejszych konsekwencji tylko zadrapania i siniaki.

Przekraczamy drogę krajową nr 9 i mijamy pustelnię św. Jana z Dukli. Na wielu, bardzo wielu odcinkach GSB jest wspólny ze szlakiem papieskim. Wręcz jesteśmy zdumieni z niedowierzania ile młody ks. Karol Wojtyła chodził po górach!

Późnym popołudniem wjeżdżamy na teren Magurskiego Parku Narodowego. Zaliczamy bardzo strome podejście na Kalanin 705 m n.p.m., chwila odpoczynku na szczycie i dalej w drogę, spieszymy się, nie chcemy biwakować w lesie. Żywego ducha od wielu godzin, a do tego nieźle wystraszył nas zeskakujący z drzewa blisko ścieżki ryś. Naciskamy i wjeżdżamy na Magurę, a potem w dół do Bacówki gdzie jesteśmy po 19.00. Pierwsza noc w łóżku i pełen szok, w kranach jest ciepła woda – hura! Dzisiaj mam urodziny, Janusz wiózł na plecach szampana :)))

Dzień 6 Bartne – Krynica Zdrój 192 – 242 km

Pogoda dopisuje, śniadanko i w drogę. Początkowo szlak wiedzie malowniczymi wioskami, ale później zaczynają się interwały – Popowe Wierchy 684 m n.p.m., Rotunda 771 m n.p.m. z niespotykanym cmentarzem wojennym na swym szczycie i znane ze złej sławy (mega strome podejście) Kozie Żebro 847 m n.p.m. Tego dnia jak tylko wchodzimy na jakąś górę, to zaraz tracimy wysokość na zjazdach do wiosek i znowu pod górę i tak cały dzień aż do Krynicy gdzie dojeżdżamy ok. 20.00. Nocleg w namiocie na terenie agroturystyki. Ciepła woda, a do tego pani proponuje abyśmy z basenu skorzystali, ale na tą ekstrawagancję nie mamy siły 🙂

Kozie_zebro
Kozie Żebro

Dzień 7 Krynica – Przehyba 242 – 288 km

Startujemy o ósmej, jedziemy do sklepu gdzie kupujemy śniadanie, które robimy sobie w jednym z licznych tu skwerów, a ławeczka idealnie nadaje się do tego celu 🙂

Na Jaworzynę wjeżdżamy kolejką. Miał to być relaks bo tym razem wysokość zdobędziemy dzięki koniom mechanicznym, ale na nasze nieszczęście pan z obsługi źle wsadził mój rower do wagonika towarowego i rower o mały włos nie wypadł z niego. Za każdym razem gdy mijamy podporę kolejki, przeżywamy horror bo wagonikiem huśta, a rower coraz bardziej obsuwa się w czeluść!

Beskid_Sadecki_tyz_przed_Prehyba
Beskid Sądecki; tuż przed Przehybą

Jakimś fartem pomimo, że rower wysunął się prawie cały poza skrzynię towarową, dojeżdżamy szczęśliwie do górnej stacji kolejki. Na szczycie szybka wymiana klocków i w siodła. Zaczynamy Beskid Sądecki – idealna kraina na rower. Od Rytra mocno daje nam się we znaki żar jaki leje się z nieba – masakra, w cieniu jest +37C. Na Niemcowej umieramy z pragnienia, a do tego zaczynają nam się rozpadać buty. O 19.00 rozbijamy namiot przy schronisku PTTK na Przehybie 1196 m n.p.m.

na_prehybie
Na Przehybie

Dzień 8 Przehyba – Schronisko PTTK na Turbaczu 288 – 331 m.

Dzień zaczyna się pogodnie, szybko docieramy do Krościenka gdzie przekraczamy Dunajec i zaczynamy następne pasmo – Gorce. Gdy mozolnie pniemy się na Lubań (1210 m n.p.m.) znowu słońce chce nas zabić; okropny upał. Czy wchodzimy w ubraniach do rzeki czy nie to i tak, tak samo jesteśmy mokrzy, masakra!

Na Lubaniu krótki postój w bazie namiotowej, uzupełniamy bidony. Minęło pół godziny, a pogoda diametralnie się zmieniła. Widzimy jak nad Tatrami formują się burzowe chmury. Gdy ruszamy słyszymy odgłosy burzy, która w szybkim tempie zbliża się do nas. Zjeżdżamy na przełęcz Knurowską, tu po raz pierwszy spotykamy rowerzystów. Zaczyna padać, chłopaki mówią że uciekają w doliny do Nowego Targu, a do nas, że musimy jechać dalej, że nie mamy wyjścia skoro już taki kawał szlaku przejechaliśmy! Żegnamy się, oni w dół my do góry.

Gorce; na przełęczy Knurowskiej spotykamy pierwszych rowerzystów
Gorce; na przełęczy Knurowskiej spotykamy pierwszych rowerzystów

Pada coraz mocniej, trzeba uważać na korzeniach, na kamieniach też jest ślisko, tylne koło ucieka co chwilę. Umiarkowany opad w szybkim tempie przeradza się w ulewę, a ta w istną nawałnicę. Pioruny biją z każdej strony. W pewnym momencie las rozświetla nienaturalnie jasna poświata, strzał poniżej koron drzew tuż koło nas! W myślach zastanawiam się czy aby nie przeginamy czy bezpieczni jesteśmy. Mój partner tłumaczy, że w lesie jesteśmy względnie bezpieczni, gorzej gdy wejdziemy w odsłonięty teren w piętro hal. Martwi się że weszliśmy w „naładowaną” chmurę, obserwujemy sprzęt czy nie iskrzy i wydaje charakterystyczne dźwięki (brzęczenie). Biegniemy wręcz pod górę, gdzie się da jechać – jedziemy. Ścieżka miejscami przypomina rwący potok, zaczyna sypać gradem! Robi się lodowato, nawet marsz pod górę nas nie potrafi rozgrzać. Wreszcie osiągamy grzbiet, wsiadamy na rowery i po kilkudziesięciu minutach jesteśmy w schronisku na Turbaczu (1310 m n.p.m.). Mokrzy, zmarznięci, nieco przestraszeni, ale szczęśliwi bo udało się tu dotrzeć.

m_burza_na_Turbaczu
Burza na Turbaczu

W schronisku okazuje się że mamy za mało kasy na pokój, namiot odpada, wszystko jest przemoczone. Stać nas na glebę (podłogę) ale za to dostajemy super, jak gdyby osobny pokój (salę kominkową), a do tego odpalają nam ogrzewanie abyśmy mogli się wysuszyć. Jest dobrze, idziemy spać!

Dzień 9 Turbacz – Hala Krupowa 331 – 376 km

Dzień wstaje mglisty, nie pada ale wszędzie jest mokro i dużo wody na szlaku. Szybko, ale ostrożnie zjeżdżamy do Rabki. Zajeżdżamy do serwisu bo manetka mi nie wraca. Chłopaki są pod wrażeniem gdy mówimy skąd jedziemy. Sprawnie serwisują rower i nie chcą od nas wziąć pieniędzy za usługę. Mówią, że lubią takie klimaty i z przyjemnością pomogli. Dziękujemy i w drogę.

witamy_w_Rabce
Witamy w Rabce

Szlak na krótkim odcinku prowadzi przez Beskid Wyspowy i Makowski. W Jordanowie na rynku robimy lunch i dalej jedziemy do Bystrej gdzie gubimy szlak i trochę błądzimy nadkładając drogi.

Za Bystrą wjeżdżamy w lasy i znowu strome pchanie roweru pod górę. Zaczynamy znajome tereny, Beskid Żywiecki.

Jest nieprzyjemnie, mgły utrudniają widoczność i orientację w terenie. Pod wieczór docieramy wreszcie do schroniska na Hali Krupowej (1170 m n.p.m.). Znowu jesteśmy mokrzy, ale tu trudno będzie się wysuszyć – jest zimno.

Po zmierzchu w schronisku nagle robi się głośno, do jadalni wchodzi Szymon i Oskar, grupa pościgowa wreszcie nas dojechała! Opowieścią nie ma końca, śmiejemy się do bólu, gdy chłopaki opowiadają o ich psychodelicznych, zabarwionych żywym strachem –  biwakach w górach. Np. raz jechali do oporu i kończyli przy czołówkach nad jeziorkami w rezerwacie Zwiezło. Znaleźli płaskie miejsce na cyplu nad samą wodą. Gdy ognisko wygasło (zawsze palili aby „odstraszyć zwierza”) nastąpiła walka o miejsce od strony wody, a nie lasu, no bo z lasu może wyjść…

Chwilę później okazało się, że miejsce od strony wody też jest „czujne”. Dobiegały z tego kierunku dziwne „głosy”. Podniesiono alarm, świecili latarkami, rozważali czy, aby to bezpieczne miejsce bo wilcze i misie mogą nad wodę przyjść i czy misie lubią wodę. Tak czy inaczej jak tylko zaczęło świtać tuż przed czwartą zebrali tyłki i uciekli – mówili że to straszne miejsce! hahaha (nam wcześniej pisali że startują tak wcześnie bo chcą nas dogonić ;p)

Dzień 10 Hala Krupowa – Hala Rysianka 376 – 425 km

Śliczny słoneczny ranek stanowi miłą odmianę. Las szybko schnie, kałuże znikają. Jedziemy w czwórkę choć na zjazdach trudno nadążyć za chłopakami bo to downhillowcy. Na przełęczy Krowiarki zaczyna się Babiogórski Park Narodowy. Pertraktujemy z parkowcem, aby wpuścił nas na teren parku z rowerami, niestety stało się to czego się spodziewaliśmy i nie ma opcji aby z rowerem wejść na Babią Górę. Zmuszeni jesteśmy do wykonania by-pasu przez Zawoje, Widły i dalej z powrotem do czerwonego szlaku przedzieramy się na dziko przez strome lasy. Męczący jest ten odcinek, gdy skończyła się ścieżka po zrywce drzewa idziemy na azymut pod górę omijając co większe chaszcze, wchodzimy prosto na Mendralową 1169 m n.p.m., gdzie ponownie wchodzimy na GSB.

Szlak pomiędzy Babią Górą, a Pilskiem jest dość odludny, ale pomimo to i tak spotykamy sporo turystów, zupełnie co innego niż w Beskidzie Niskim, gdzie całymi dniami jechaliśmy nikogo nie spotykając. Tuż przed przełęczą Glinne spotykamy grupę ludzi na mtb.

Na Glinnym wypas, żarcie chleba z pasztetem i dalej w drogę, ciężkie podejście na Halę Miziową, ale za to dalej wszystko w siodłach.

podejscie_na_miziowa
Podejście na Miziową

Z buta wyrywał mi się blok, dziura na wylot, do tego w drugim bucie odkleja się podeszwa, a buty zupełne nówki – Scotty. Szymonowi z kolei odpada podeszwa ze Speców.

Na Rysiance w schronisku pijemy Brackie, wreszcie czujemy, że jesteśmy u siebie w górach, które znamy jak własną kieszeń.

W schronisku chcą od nas astronomiczną sumę za postawienie namiotu, na skraju polany wypatrujemy opuszczony barak, który staje się naszą przystanią. Ognisko, kiełbaski, kupę śmiechu i lulu.

W nocy Oskar wszystkich budzi, że niby coś puka w ścianę (no bo nie do drzwi bo ich akurat w ogóle nie ma). chłopaki się podrywają, a ja mówię – uspokójcie się, nic nie stukało, nic tu nie ma. Grzecznie idą spać! 🙂

Dzień 11 Hala Rysianka – Stożek 425 – 474 km

Nie możemy się zebrać, zaczynamy dopiero o 9.00 tej. Początkowo szlak trawersuje stoki Romanki i jedziemy wspólnie z trasą maratonu bo pełno tu oznaczeń. Jestem w szoku jak trudnym terenem prowadził ten maraton, są nawet tek strome skały, że są łańcuchy do przytrzymywania się, a single są tak kamieniste i eksponowane, że gleba grozi poważnym lotem w czeluść. Bardzo trudny jest to odcinek, aby płynnie i szybko go przejechać. Miłośnikom maratonów MTB polecam tę trasę 😉

Przed nami ostatnie pasmo – Beskid Śląski.

Ok. południa lądujemy w Węgierskiej Górce, idziemy na pizze. Przed nami ostatnie poważne podejście Barania Góra (1220 m n.p.m.), i rzeczywiście nasze obawy są słuszne. Z Węgierskiej daleko i dużo pchania tak że późnym popołudniem wchodzimy dopiero na szczyt. Zjazd jest męczący, dużo bali ułożonych na ścieżce – nie sposób po tym jechać.

wegierska_gorka_nowe_scotty
Węgierska Górka; nowe scotty

Potem sterty kamieni na których łapię gumę, co gorsze Szymon i Oskar tego nie zarejestrowali i odjechali, a nasz klej jaki się okazało zdematerializował się od wstrząsów (tuba pękła i klej się wylał). Jesteśmy w D.

Dzwonimy do chłopaków, żeby stanęli, zbiegam do nich po klej, okazało się, że byli praktycznie przy schronisku, no i z powrotem podchodzę prawie na szczyt Baraniej do Janusza. Straciliśmy sporo czasu.

Pulawy_pierwszy_snejk
Pierwsza guma

Pod wieczór docieramy na przełęcz Kubalonka, pijemy po dwa Brackie i dalej na rower na Stożek 978 m n.p.m. gdzie docieramy już po ciemku jadąc przy świetle czołówek. Znajdujemy super miejscówkę na nocleg na górnej stacji kolejki.

szymon_i_janusz_na_kubalonce
Szymon i Janusz na Kubalonce

Ognisko, kupa śmiechu, lulu. Jutro, aż się wierzyć nie chce ostatni dzień!

po_biwaku_na_stozku
Po biwaku na Stożku

Dzień 12 Stożek – Ustroń 474 – 514 km

Wstajemy wcześnie, mijamy rampę startową do A-Line (na Stożku są znane tory downhillowe) i idziemy na śniadanie do schroniska po czym w bloki, a właściwie w jeden i pędzimy jak w transie na Czantorie 995 m n.p.m. Tuż po czeskiej stronie kupujemy rewelacyjnego Kozła i Radegasta.

Zjazd z Czantorii, to prawie downhill, aż śmierdzi z klocków, a Janusz pali tarczę z przodu.

Jest szybko, za szybko, na przepuście wody panikuję i zamiast przelecieć nad, hamuję. Tracę kontrolę nad rowerem i na dużej prędkości strzelam glebę. K…wa mać! na sam koniec! Obawy są o bark, którym zaryłam. Ok., rower cały ja chyba też więc dojedziemy do końca – na twarzach chłopaków rysuje się uśmiech – któryś rzuca „jest dobrze, jedziemy”.

gleba_Czantiri
Gleba; zjazd z Czantorii

Po zjeździe z Czantorii nawadniamy się pod marketem i leniwie zaczynamy podjazd na Równicę 884 m n.p.m., to już ostatnia góra na GSB! Idzie ciężko, jakoś tyłki nie przyzwyczajone do asfaltu. W schronisku na Równicy, nawadniamy się, a Janusz w ogóle wjeżdża na Równicę z piwem w ręce!

Zjazd, już ostatni, szybki i stromy, po drodze mijamy leśny kościół ewangelików. Ustroń, mieszczańskie dekorum, koło stacji PKP odnajdujemy znak kończący szlak i zarazem naszą przygodę.

the_end
The End

Wtedy nie czułam nic szczególnego, żadnej dumy, żadnej eksplozji radości. Dzisiaj czuję wyraźnie, warto było, cholernie warto! GSB to kawał solidnej przygody, którą każdemu polecam!

Ania Biernat

Leave A Reply

Your email address will not be published.