Rozmowa z Wacławem Sonelskim.

Tekst powstał na podstawie rozmowy z Wacławem Sonelskim, alpinistą, autorem kultowego podręcznika „Zasady alpinizmu. W skale”, w latach 1982–91 naczelnym redaktorem magazynu „Bularz”, twórcą ośrodka wspinaczki na katowickiej AWF.

  

Jakub Barbasz

Chciałbym, żebyśmy porozmawiali o wydarzeniach podczas akcji polskiej zimowej wyprawy na Broad Peak. Oczywiście znasz sprawę?

Wacław Sonelski

Sprawę znam, ale najpierw chciałbym się dowiedzieć, dlaczego uważasz, że właśnie moja wypowiedź może mieć dla zainteresowanych jakieś szczególne znaczenie? Przecież o tym wypadku pisała prasa, mówi się w Internecie, wypowiadają się himalajskie autorytety, swoją ocenę przygotował guru Andrzej Wilczkowski, więc dlaczego ja?

J.B.

Bo przebieg ataku szczytowego, niektóre okoliczności śmierci Maćka Berbeki i Tomka Kowalskiego, a także postawy i zachowania jego uczestników nasuwają wyraźne skojarzenia z tematyką dyskusji, która w 1987 roku odbyła się w Gliwicach, podczas spotkania wybitnych polskich himalaistów i kierowników wypraw. Spotkanie nazwano Szczytem gliwickim, a zostało zwołane o ile wiem z Twojej właśnie inicjatywy, i Ty prowadziłeś debatę. Jej zapis opublikowany został w Bularzu (Rocznik 1988), organie KW Gliwice, którego byłeś naczelnym redaktorem. Zresztą leży przed nami właśnie ten numer.

W.S.

Tak, Bularz był, jak to się teraz mówi, projektem, który dziś wspominam jako jedną z najpiękniejszych przygód w moim życiu. Była to przygoda bardzo rozwijająca, twórcza, a jednocześnie zupełnie zwariowana.

J.B.

Redagowanie Bularza na pewno było twórcze, ale dlaczego zwariowane?

W.S.

Jeśli w prowincjonalnym klubie alpinistycznym, w którym nie ma jakiegokolwiek wydawniczego zaplecza, kilkoro zapaleńców, zupełnych amatorów bez żadnego profesjonalnego doświadczenia, porywa się na wydawanie kulturalno-literackiego magazynu o tematyce górsko-alpinistycznej, redagowanego w dwóch językach (ten angielski – właściwie nie wiadomo, po co?), to jak inaczej można nazwać takie przedsięwzięcie? Przecież w tamtych latach w Polsce prawie nic już dobrze nie działało, np. zdobycie (wtedy mówiło się: załatwienie) zwykłego papieru wymagało niewiarygodnych (dla nas, dzisiaj) wysiłków; drukarni szukaliśmy, jeżdżąc po całym kraju, a na dodatek cenzura przeszkadzała jak mogła. I w tych warunkach pojawiał się Bularz – niby-klubowe pisemko o wspinaniu. Tyle, że jego ostatnie numery ilustrowali Lutczyn i Mleczko, a pod tekstami widniały nazwiska z najwyższej półki polskiej kultury w ogóle: śp. Jacek Woźniakowski, Michał Jagiełło, Tomasz Łubieński, Jan Józef Szczepański i inni. A do tego trzeba dodać wysoki poziom edytorski: kredowy papier, kolory, zdjęcia (pół)gołych dziewczyn i tak dalej. Dzisiaj każdy ilustrowany magazyn trzyma taki poziom edycji, to jest po prostu standard, ale wtedy trwał stan wojenny, w sklepach był do kupienia tylko ocet, a Taternik (oficjalny przecież organ PZA), w porównaniu z ostatnim Bularzem wyglądałskromniutko, jak… szara myszka. Ej, łza się w oku kręci!

B.

Czepiała się Was cenzura? Przecież to było pismo wspinaczkowe, alpinistyczne?

W.S.

Nie pismo, tylko „materiały szkoleniowe Klubu Wysokogórskiego – Gliwice”. Na żadne „pismo” czy np. magazyn nie dostalibyśmy zezwolenia. A cenzura potrafiła się przeczepić prawie do wszystkiego. Kiedyś na przykład zacytowaliśmy tekst z przedwojennego Taternika, w którym napisano, że „alpiniści niemieccy szli w Himalaje wprost z Alp”. Cenzorka zażądała, żeby wyjaśnić, czy to byli alpiniści z NRD czy z RFN. Tłumaczyłem, że tekst dotyczy przecież okresu sprzed drugiej wojny światowej, ale nie dawała się przekonać. Takie to były cenzuralne rozmowy.

Nie wszystko jednak w Polsce było do d… My, alpiniści mieliśmy akurat wtedy swoje najlepsze czasy. Lata osiemdziesiąte to epoka wielkiego szturmu Polaków na najwyższe góry Ziemi. Jurek Kukuczka walczył z Messnerem o Koronę Himalajów, Wanda Rutkiewicz aspirowała do roli pierwszej damy światowego alpinizmu, a Wojtek Kurtyka zrobił przejście „Świetlistej ściany” Gasherbruma, które dziś bywa uznawane za jeden z alpinistycznych wyczynów wszechczasów. Polski alpinizm miał wtedy swoje pięć minut w skali, bez żadnej przesady, światowej. Pełno nas było w krajowej prasie i TV (nawet ja się parę razy załapałem). Polskie wyprawy sunęły w Himalaje i Karakorum jedna za drugą, potrafiliśmy wysyłać w świat po trzydzieści dużych wypraw rocznie. Na tle świata Polska (obok chyba Japonii) była wyprawowym mocarstwem. A jednocześnie cała polska ekonomika waliła się w gruzy, mieliśmy potworne długi, a nikt już nie chciał pożyczać nam pieniędzy, w sklepach po prostu brakowało jedzenia, nawet na kartki. Przypomina się scena tonięcia „Titanica”, na którym prawie do końca grała orkiestra. To właśnie nasi alpiniści tak wtedy grali całej polskiej gospodarce.

J.B.

W Katowicach zorganizowano festiwale filmowe, patrząc z obecnej perspektywy i porównując także do obecnych czasów spokojnie można powiedzieć legendarne. Tekst dyskusji na „Szczycie gliwickim” opublikowałeś właśnie w festiwalowym numerze Bularza.

W.S.

No właśnie. Ten himalajski boom miał jednak także drugą, już niezbyt radosną stronę. Na wyprawach, zwłaszcza w góry najwyższe, zawsze zdarzały się śmiertelne wypadki. Wtedy zaistniała prosta relacja: im więcej ludzi w ścianach, tym większa szansa, że coś, gdzieś, komuś nie wyjdzie, że zdarzy się jakiś wypadek zakończony, oczywiście, nieszczęśliwie. Przecież dobrze wiemy, jak to bywa w takich naprawdę wysokich górach. Niektóre wypadki miały rangę wręcz katastrofy no, bo jak inaczej można ocenić tragedię na K2 w 1986 roku? Wtedy w jednym sezonie, na jednej górze, zginęło kilkanaścioro doświadczonych i znanych na świecie alpinistów, w tym troje Polaków. Media miały o czym trąbić, a dziennikarze szaleli. Nic dziwnego, że tzw. opinia publiczna poczuła się zbulwersowana. Na temat zasad organizacji i działalności wypraw w Himalaje wypowiadały się rozmaite autorytety, np. znany specjalista w dziedzinie… teatru i literatury Jan Paweł Gawlik (na łamach tygodnika „Życie Literackie”). Gawlik, nawiasem mówiąc, stał po „naszej” stronie, bronił alpinistów, którzy działają i muszą podejmować trudne decyzje na wysokości Everestu. Najgorętszym tematem stała się odpowiedź na pytanie: – Czy wolno zostawić w górach partnera, a jeśli tak, to kiedy? Tenże Jan Paweł Gawlik nazwał to „sytuacją szczególną, o ogromnej doniosłości moralnej”. (Ta wypowiedź została przytoczona w Bularzu1988, w tekście dyskusji Szczyt gliwicki, na s.71red. Brytana.)

I tak pojawił się problem tzw. himalajskiej etyki. Zaprojektowałem Szczyt gliwicki, jako forum, które umożliwiłoby środowisku polskich alpinistów wypracowanie wspólnego stanowiska, żeby łatwiej było dać jakiś odpór fali zewnętrznej krytyki. To był cel numer jeden. Gdzieś w tle była także nadzieja, że w gronie „profesjonalistów” będziemy w stanie znaleźć odpowiedzi na pewne podstawowe problemy natury moralnej, które wtedy pojawiały się w himalaizmie, i o których się dyskutowało. Podważano na przykład sens i wartość zasad, które do tej pory wydawały się niepodważalne. Tak przynajmniej sobie ten szczyt wyobrażałem.

J.B.

Wróćmy do tematu, czyli wydarzeń podczas wyprawy na Broad Peak. Co o nich wiesz?

W.S.

O sprawie wiem tyle, ile wyczytałem w codziennej prasie, a konkretnie w Gazecie Wyborczej. Wiem, że w trakcie ataku szczytowego, zginęło dwóch członków zespołu: Berbeka i Kowalski, a jednemu z ocalałych, Adamowi Bieleckiemu zarzucono, że „zostawił partnera”. Media zrobiły z tego wszystkiego dużą sensację, a Polski Związek Alpinizmu powołał specjalną komisję, która przeanalizowała okoliczności wypadku i opracowała werdykt, którego wnioski podano do publicznej wiadomości. W Wyborczej wydrukowano także dosyć obszerny wywiad przeprowadzony z kierownikiem wyprawy Krzysztofem Wielickim, oraz rozmowę z Anną Czerwińską. Przeczytałem też wypowiedź Simone Moro na temat „sprawy Broad Peaku”. I to już jest cała moja wiedza „w tym temacie”.

J.B.

Dwadzieścia sześć lat temu, na Gliwickim szczycie dyskutowaliście o takich właśnie sytuacjach i problemach jak te, które zaistniały teraz na Broad Peaku. Co więcej, tą wyprawą kierował Krzysztof Wielicki, który także brał udział w Szczytowej dyskusji.

W.S.

Przed naszą rozmową przeczytałem sobie tekst zapisu dyskusji na Szczycie, żeby odświeżyć pamięć. Tam jest mowa o wielu rozmaitych sytuacjach. O które konkretnie ci chodzi?

J.B.

Raport komisji PZA wylicza rozmaite błędy popełnione w trakcie organizacji i realizacji tej wyprawy. Ale najwięcej wątpliwości wzbudził problem rozdzielenia się zespołu, którego skutkiem była śmierć pozostawionego w górach partnera. Zostało to ocenione, jako złamanie zasad obowiązującej w górach etyki.

W.S.

Zacytuję niejakiego Malachiasza, który w Tygodniku Powszechnym (wieki temu), na pytanie wywiadowczyni o opinię w ważnej kwestii moralnej odparował: – Więc chce mnie pani posadzić gołą d… na rozpalonej blasze? Tu muszę zastrzec, że cytuję z pamięci, która dziś już potrafi mnie, niestety, zawodzić!

No dobrze, wróćmy do tematu. W Szczytowej debacie Janusz Skorek (wtedy prezes KW-Gliwice) powiedział tak: – Musimy sobie z tego zdawać sprawę, że będziemy cały czas pod pręgierzem opinii publicznej (…) Jeżeli ktoś się topi w rzece, a tłum nie pomaga – nikt nie skoczy, w końcu ktoś się utopił – to kwituje się to w środkach masowego przekazu, że znieczulica, i tak dalej, utopił się facet. Ale żadnego krzyku nie ma. Niestety u nas sytuacja jest inna. W tych sytuacjach dramatycznych jest dwóch, czterech, czy tam iluś – jest skończona liczba osób i można powiedzieć, że Iksiński nie udzielił pomocy. I już konkretnie można pokazać palcem. To jest, niestety, prawda, z którą musimy się pogodzić. Prasa nas atakuje… ona w zasadzie ma prawo tak robić; taka jest rola prasy, nie musi obiektywnie na rzeczy patrzeć. My powinniśmy jakoś odpowiedzieć na to wszystko.

Ta wypowiedź pochodzi sprzed ponad ćwierć wieku. Całkiem niedawno zrobiono taki oto eksperyment. Pewna studentka zasymulowała na ulicy zasłabnięcie. Przez dłuższą chwilę mijało ją wiele osób i nikt się nią nie zainteresował, nie zaproponował pomocy. Pokazała to TV w dzienniku. Więc? W ciągu dwudziestu kilku lat nic się nie zmieniło, bo zmienić się nie mogło. Dziś ludzie są tacy sami, jacy byli przed stu i przed tysiącem lat. Znają, lepiej lub gorzej, wysokie zasady i boskie przykazania, mniej więcej wiedzą co kiedy powinni robić i… robią swoje. I tyle. A prasa, wzorując się na tabloidach, jak najchętniej ocenia, piętnuje itd., ale przede wszystkim zawsze, wszędzie, i za wszelką cenę, szuka „newsa”. Na Szczycie przytoczyłem wypowiedź Wandy Rutkiewicz: — Nie szukajmy przyczyn szczególnego upadku etyki u himalaistów, bo to jest rzeczywiście absurdalne, ale dopatrujmy się tych przyczyn w ogólnym upadku etyki. A dalej już moje słowa: — Ale my, alpiniści-amatorzy, ale jak najbardziej fachowcy – zbierzemy cięgi, jako że kiedyś utworzyły się i wciąż funkcjonują mity. Himalaiści, himalaizm dziś uważany jest  — obowiązkowo! – za ostoję etyki. Zwracał na to już uwagę Andrzej Wilczkowski stwierdzając, że jedną ze społecznych ról alpinistów i ich działalności jest kreowanie moralnych wzorców. Może tak i jest? Na przykład angielskie dzieciaki wciąż muszą się w szkole dowiadywać, co powiedział Scott, umierając na Antarktydzie (tuż przed tragicznym końcem źle przez niego zorganizowanej i kierowanej wyprawy). Ale za to pokazał światu, jakim to wzorcowym człowiekiem potrafi być angielski gentleman. Jeśli coś jest na rzeczy, tzn. włażąc na wierzchołki kreujemy jakieś wzorce, to nie dziwmy się, że prasa a właściwie tzw. opinia publiczna, oczekuje od alpinistów, zwłaszcza w Himalajach, że będą postępować w zgodzie z moralnymi wzorcami. A swoją drogą warto by sprawdzić (za pomocą ankiet?), czy dzisiaj w społeczeństwie nadal funkcjonuje mit himalaisty-herosa, czy jest to raczej utrwalony stereotyp, oparty na anachronizmie rodem z innej epoki? Gdy na zajęciach dydaktycznych tłumaczę studentom AWF-u, że wejście na MtEverest tzw. drogą normalną to pewien rodzaj ekstremalnej turystyki, i że w pogodny dzień na szczycie kłębi się mały tłumek, są zszokowani. Nie chcą w to wierzyć, bo wciąż funkcjonuje mit Everestu, że to góra „naj” i w ogóle. A tu, co? Z Everestu zrobił się taki trochę wyższy Giewont? O ile dobrze pamiętam, sir John Hunt, po powrocie ze swej zwycięskiej wyprawy, wyraził wątpliwość, czy w dwudziestym wieku komukolwiek uda się powtórzyć wyczyn Brytyjczyków. A tymczasem pod koniec tegoż właśnie stulecia tak się porobiło, że na Everest może dzisiaj wejść prawie każdy himalaista-turysta, pod warunkiem, że ma chęci, zdrowie i… odpowiednią ilość kasy. I tacy właśnie himalaiści-turyści kreują współczesne standardy etyczne, np. wchodząc na szczyt (dosłownie) po trupach, lub prawie trupach. Przecież takie właśnie sytuacje opisano w książkach: „Wspinaczka” czy „Wszystko za Everest”.

J.B.

Zapytam wprost. Czy Ty sądzisz, że w trakcie ataku szczytowego na Broad Peak była taka sytuacja, że Adam Bielecki zostawił swego partnera? Jaka jest Twoja ocena?

W.S.

Moja odpowiedź brzmi: no comments. Nie czuję się uprawniony, aby w jakikolwiek sposób oceniać zachowania i postawy uczestników tej, czy jakiejś innej akcji. Tym bardziej, że himalaistą z najwyższej, ośmiotysięcznej półki byłem raczej krótko, i do tego bardzo dawno. Owszem, uczestniczyłem w himalajskich wyprawach, jedna z nich była nawet zimowa (na Dhaulagiri, w 1984 roku), ale to było 30 lat temu, w innej epoce. To po pierwsze. A po drugie, przytoczę tu fragment rozmowy śp. Wandy Rutkiewicz z Ewą Matuszewską. Ten fragment dotyczył oceny zachowania się Kurta Diembergera podczas zejścia z K2 w 1986 roku, kiedy to zginęła (między innymi) Dobrosława Miodowicz. Rozmowa została przedrukowana w tym samym „szczytowym” numerze Bularza na stronie103. Wanda mówi tak: (…) — Nie nam, siedzącym w cieple przy herbacie, oceniać… E.M. – Nam jak nam. Ty chyba masz jakieś prawo do ocen? W.R. – Ale teraz siedzę w cieple, a co najważniejsze —  żyję.

 

J.B.

Ale zarząd PZA powołał specjalną komisję właśnie po to, aby można było dokonać kompetentnej oceny działań i zachowań uczestników ataku szczytowego, przyjętej taktyki, postępowania kierownika wyprawy, i tak dalej. Czy uważasz, że ta komisja także nie była uprawniona do oceniania?

W.S.

Powiedziałem tylko, że janie czuję się uprawniony do ocen i osądzania. Nie mam powodu, aby kwestionować kompetencje członków komisji, przecież to są himalajscy profesjonaliści. Rozmawiałem ostatnio z Andrzejem Wilczkowskim. Powiedział mi, że przygotowuje swoją ocenę tego wypadku dla „Taternika”. Znając „Wilka” i jego rozmaite wypowiedzi, podejrzewam, że będzie ciekawie.

J.B.

Wróćmy do tematyki „Szczytu”. W dyskusji dużo wtedy mówiono o problemie „zostawiania partnera”. Dyskutanci zwracali uwagę, że to jest trudny problem, bo czasem trudno powiedzieć, kto i kiedy jest czyimś rzeczywistym partnerem, bo podczas akcji zespoły się łączą i rozpadają, a w ogóle taka jest specyfika działania na wyprawach himalajskich i tak dalej. Ale ten sam problem pojawił się na Broad Peaku. Czy to oznacza, że po tych 25 latach, które upłynęły od przyjęcia „szczytowych ustaleń”, nadal nie wiadomo, na jakich zasadach działa w Himalajach zespół wspinaczy, kto jest czyim partnerem, i co jeden z partnerów jest winien drugiemu?

W.S.

Na Szczycie sporo się mówiło o rozmaitych sposobach rozumienia kwestii partnerstwa. Chodziło o określenie rodzaju więzi pomiędzy partnerami, których już nie łączy lina, co było kiedyś w górach wręcz kanonem i najświętszą zasadą – lina jako symbol wspólnoty losu partnerów w zespole. Przecież Andrzej Wilczkowski kiedyś żałował, że wspinacze skałkowi przestali się wiązać liną, chodziło mu właśnie o rezygnację z wartości symbolicznej. Chciałbym jednak przypomnieć, że np. jednemu z największych w dziejach alpinistów Walterowi Bonattiemu zarzucano, że zostawił na Mont Blanc partnerów, mimo że ten „pozostawiony” zespół nie miał z nim, formalnie rzecz biorąc, nic wspólnego, działał samodzielnie, a Walter – jako przewodnik – musiał się wtedy zajmować przede wszystkim swoim klientem. Tę linową więź, dosłownie „na śmierć i życie”, w pewnym momencie zastąpiła w Himalajach wspólnota interesu, którym jest wejście na szczyt, kosztujące uczestnika (personalnie!) bardzo wiele kasy. W szczytowej dyskusji uczestniczył Krzysztof Wielicki, który już wtedy miał status gwiazdy alpinizmu światowego formatu. Dziennikarze zarzucali mu, że zostawił za sobą partnera, Szwajcara, który ostatecznie nie przeżył zejścia. Krzysztof musiał się z tego bardzo tłumaczyć. Ale wyprawa na Broad Peak, którą (nawiasem mówiąc) kierował ten sam Wielicki, nie jest tym samym przypadkiem. To nie była komercyjna zbieranina wspinaczy, dobrana na zasadzie przypadku i wspólnego celu, zespół, w którym każdy uczestnik przedsięwzięcia chce za wszelką cenę wejść na szczyt, choćby kosztem partnera. To była klasyczna sportowa wyprawa narodowa w starym stylu, z „urzędującym” kierownikiem, a jej uczestnicy mieli zrealizować wspólny cel całego zespołu. Przynajmniej w założeniach.

 

J.B.

Przecież nawet na takiej wyprawie każdy członek ekipy także ma swoje osobiste nadzieje i ambicje, one dochodzą do głosu zwłaszcza w fazie ataku szczytowego.

W.S.

Zgoda. W Himalajach wciąż są atakowane w kółko te same szczyty, a pogoda (pomimo ocieplania się klimatu Ziemi) zachowuje się dzisiaj mniej więcej tak samo, jak w czasie pierwszego zdobywania Everestu. Dlatego nie ma co się dziwić, że współcześni himalaiści mają te same problemy z etyką, które mieli ich koledzy przed trzydziestu laty. Trzeba przypomnieć, że wynikiem „szczytowej” dyskusji nie było ustalenie jakichś nowych „specjalnych” zasad. Podstawowym wnioskiem było przypomnienie, że w każdej etycznie niejasnej sytuacji alpinista powinien zachować się jak, no… człowiek przyzwoity, bo etyka nie zależy od wysokości nad poziomem morza. Pamiętam, że ja to stwierdzenie nieco złagodziłem, mówiąc, że należy starać się zachowywać przyzwoicie, zgodnie z (cytuję): „liczącą 2000 lat zasadą Wilczkowskiego”. Pojawia się tu oczywiście pytanie jak ocenić tę „przyzwoitość zachowania się” w pewnej konkretnej sytuacji. W zależności od tego jak wysoko ustawimy poprzeczkę wymagań, ktoś zostanie uznany za partnera, na którego zawsze można liczyć, za chodzący wzorzec moralny, a kogoś innego nazwiemy tchórzem czy łajdakiem. I to jest właśnie problem sytuacji na Broad Peaku.

Na temat świętości i łajdactwa w górach obszernie wypowiadał się Andrzej Wilczkowski. Także spierał się o to z Andrzejem Paczkowskim na łamach wcześniejszego numeru Bularza. Wilczkowski jest ode mnie starszy o co najmniej jedno górskie pokolenie. Choć razem się nie wspinaliśmy mogę powiedzieć, że w jakimś sensie był moim alpinistycznym guru. Za pośrednictwem swoich książek, publicystyki. Przecież młodzi wspinacze, którzy sobie tworzą własną górską ideologię, zawsze na kimś się wzorują, od kogoś przejmują zasady gry i postępowania w górach. Przede wszystkim od liderów środowiska, a także od swoich pierwszych instruktorów. Dla mnie, początkującego taternika z końca lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia, uczestnicy pierwszego przejścia Filara Kazalnicy byli herosami. Fakt, że mogłem sobie siedzieć na werandzie Moka przy stole z takim np. Gienkiem Chrobakiem czy Januszem Kurczabem, żartować z nimi jak równy z równym, to było wielkie, i jakoś nobilitujące przeżycie (przynajmniej za pierwszym razem). Pewien wykład Chrobaka na kursie instruktorów taternictwa pamiętam, jakby to było wczoraj. Powiedział wtedy, z lekka się po swojemu zacinając: – Gdybym miał wrócić z gór do schroniska bez kursanta, to wolałbym w ogóle nie wracać. To zabrzmiało bardzo mocno, przede wszystkim dlatego, że to powiedział właśnie ON. I wcale nie musiał się przy tym powoływać na Biblię, czy na „liczące dwa tysiące lat zasady Wilczkowskiego”.

J.B.

No, ale z twoich słów wynika, że Bielecki…

W.S.

Stop. Powiedziałem — no comments. Zespół szturmowy składał się ze sprawdzonych alpinistów, jednym z nich był stary himalajski wyga, który już znał górę i drogę wejścia na wierzchołek, a pogoda (jak na himalajską zimę!) była bardzo sprzyjająca. A zatem, na zdrowy rozum, do tego wypadku nie powinno było dojść. Podczas „szczytowej” dyskusji Janusz Majer stwierdził, że w sytuacjach krytycznych najpierw zostają popełnione błędy taktyczne, a one dopiero generują problemy etyczne. Nie zawsze tak musi być, ale tak właśnie się stało podczas ataku szczytowego na Broad Peak.

Ten wypadek wszechstronnie i wnikliwie oceniła komisja powołana przez PZA. Nie mieli łatwego zadania, chociażby dlatego, że kierownikiem ocenianej wyprawy był Krzysztof Wielicki, alpinista-legenda, autorytet, powszechnie uznawany za guru polskiego himalaizmu. Jak się okazało, podstawowe tezy raportu komisji stały się „faktem medialnym”. To automatycznie postawiło parę osób w bardzo stresującej sytuacji, niejako „pod pręgierzem opinii publicznej”. Anna Czerwińska, członkini tej komisji, mówi tak: — Było nieme przyzwolenie na atak, a sytuacja – trudna. Rozdzielili się. Złamali zasadę partnerstwa. Złamali etykę. To nie była wyprawa straceńców, ale przez złe decyzje nie dali sobie szansy. (GW, 19.09.2013, s. 23). Czerwińska wątpliwości nie ma, złamana została zasada górskiej etyki – partnera się nie zostawia.

J.B.

A czy twoim zdaniem mogą tu być jakieś wątpliwości?

W.S.

Nie optuję bynajmniej za moralnym relatywizmem, ale z ogólnych dziejów gatunku homo sapiens, zwłaszcza w okresie, powiedzmy, ostatnich dwóch tysięcy lat wynika wniosek, że prawie dla każdej etycznej zasady da się znaleźć jakieś niuanse i szczególne, trudne do rozstrzygnięcia przypadki. Wawrzyniec Żuławski, jedna z największych postaci w historii polskiego alpinizmu, powiedział (choć tego nigdzie nie napisał), że: „Przyjaciela w górach się nie zostawia, nawet gdy jest już tylko zamarzniętą bryłą”. To brzmi jak kategoryczny, moralny imperatyw. On sam, trzymając się tej zasady, poszedł szukać zaginionego na Mont Blanc Grońskiego w złej pogodzie i fatalnych warunkach, gdy racjonalnie rzecz biorąc, akcja nie miała sensu; był tylko słabiutki cień szansy, że Groński jeszcze żyje. W rezultacie naraził zespół ratowników na śmiertelne niebezpieczeństwo, sam zginął, a jego partner wylądował w szpitalu i tylko cudem ocalał. Jak mamy dziś ocenić jego postawę i wartość „żelaznej” etycznej zasady? Ten moralny imperatyw stworzony został w bardzo odmiennej epoce dziejów polskiego alpinizmu, pobrzmiewają w nim np. echa heroicznej filozofii Conrada. Jakie mogą być praktyczne skutki sztywnego trzymanie się zasad pokazuje sytuacja opisana szczegółowo przez Wilczkowskiego w „Miejscu przy stole”. Chodzi o akcję ratowania rannego taternika Milówki. „Wilk” był wtedy jednym z liderów wyprawy ratowniczej. Brały w niej udział tłumy wspinaczy, ratowników-amatorów, pozbawionych odpowiedniego doświadczenia i wyposażenia. To doprowadziło do kolejnego śmiertelnego wypadku, a opis przebiegu akcji, którą realizowano w nocy, w złej pogodzie, czyta się dziś jak niezły thriller. Okazało się, że w takich sytuacjach same dobre chęci i świetlane zasady nie wystarczą, potrzeba przede wszystkim odpowiedniej dawki profesjonalizmu. Na zasadzie kontrastu podam tu inny przykład autentycznej sytuacji. W latach 70. wspinacz siedzący na werandzie schroniska w Morskim Oku odmówił goprowcom udziału w akcji ratunkowej, stwierdzając: – To wam za to płacą. Ta wypowiedź wywołała wtedy oburzenie i była słusznie potępiana. Tymczasem dziś takich zupełnych „amatorów” na akcje po prostu się nie bierze, bo to jest domena zastrzeżona wyłącznie dla zawodowców, w grę wchodzą kwestie bezpieczeństwa, problemy prawne, zasady finansowego ubezpieczania itd. Mamy inne czasy i sytuację. Tenże sam Żuławski, po śmierci taternika Abgarowicza w ścianie Mięguszowieckiego Szczytu, organizował wyprawy, których celem było ściągnięcia jego ciała. Akcja była trudna i ryzykowna, ratownicy omal sami nie stracili życia. Chodziło już tylko i dosłownie o leżące w śniegu ciało na pewno martwego człowieka. Nie budziło to żadnych wątpliwości, to były te „chwalebne karty historii taternictwa”. Żuławski, postępując zgodnie ze swoją zasadą, ryzykował życie ratowników, aby jak najszybciej ściągnąć na dół „zamarzniętą bryłę”. Ciekawe jak dzisiejsi moraliści oceniliby takie postępowanie? Chodzi mi o to, że zasad moralności, a zwłaszcza norm etycznych traktowanych jako obowiązujące wytyczne postępowania, nie można rozpatrywać w całkowitym oderwaniu od tzw. tła epoki.

J.B.

A co jeszcze cię uderzyło w werdykcie komisji PZA?

W.S.

Wolałbym zmienić temat. Może teraz powiem, co mnie uderzyło w wypowiedziach kierownika wyprawy Krzysztofa Wielickiego dla Gazety Wyborczej (21-22 września 2013, s. 20-21). Bardzo sobie cenię jego nieudawaną szczerość, ale z wieloma opiniami nie mogę się zgodzić. Na przykład w pewnym miejscu mówi tak: — Tych, którzy nie żyją, trudno obarczać winą, prawda? O zmarłych nie mówi się źle. Bardzo przepraszam, a właściwie dlaczego? Jeśli ktoś popełnia poważny błąd, którego skutki są fatalne lub tragiczne, to kwestie odpowiedzialności i winy są powiązane z konkretnym nazwiskiem i nie ma co tego ukrywać. Oceny mogą być różne, ale oceniać trzeba, choćby dlatego, że najlepiej uczyć się na… cudzych błędach. O błędach rozmaitych władców, wodzów i polityków musimy uczyć się w szkole. Czasami bez skrupułów potępiamy ich, nie zwracając uwagi na fakt, ten czy tamten jegomość już dawno spoczywa w grobie. A poza tym Krzysztof najwyraźniej nie pamięta tego fragmentu dyskusji na Szczycie, kiedy to krytycznie oceniono postępowanie i charakter nieżyjącego już wtedy polskiego alpinisty. Solidarnie zmieszali go z błotem moralista Wilczkowski i legendarny kierownik wypraw ś.p. Andrzej Zawada. Ja wtedy zwróciłem uwagę, że ten człowiek już nie żyje, na co odpowiedź brzmiała: — Trudno.

Oto kolejna wypowiedź Wielickiego: — Należy pamiętać, że w górach człowiek ma być wolny, a nie obłożony procedurami. Takie stwierdzenie jest moim zdaniem nie do przyjęcia bez wielu zastrzeżeń. Z rozmaitych powodów. Najprostszym będzie zapewne stwierdzenie, że prawdziwy profesjonalizm opiera się na przemyślanym, a ściślej kompetentnym (to trzeba podkreślić) stosowaniu, w każdej konkretnej sytuacji, wypracowanych i obowiązujących w danym rodzaju działalności tzw. zasad dobrej sztuki. W himalaizmie na przykład jedną z podstawowych i dobrze sprawdzonych reguł jest zasada ograniczonego zaufania. Chodzi o stan psychiczny osoby, która przez jakiś czas przebywa i działa na ośmiotysięcznych wysokościach. Inaczej mówiąc te osoby, które bytują na bezpiecznej dla zdrowia wysokości bazy, mogą zasadnie domniemywać, że alpinista szturmujący od kilku dni ośmiotysięczny wierzchołek, w pewnym momencie przestanie być zdolny do dokonywania racjonalnie prawidłowej oceny sytuacji. I wtedy właśnie może się okazać nieodzowna obecność doświadczonego kierownika wyprawy, uzbrojonego w radiotelefon.

Tymczasem Wielicki takie zasady zwyczajnie neguje w imię jakiejś mitycznej wolności jednostki. No cóż, o wolności w górach powiedziano i napisano już tak wiele mądrości, banałów i zwyczajnych bzdur, że stała się jakimś wyświechtanym frazesem. Zalecałbym więcej ostrożności, gdy ktoś się odwołuje do tak górnolotnych stwierdzeń. Zawsze trzeba przy tym pamiętać, że niczym nieskrępowana wolność w pewnym momencie może się przeistoczyć w zwyczajną anarchię i chaos.

W innym miejscu wypowiedzi Wielickiemu można zarzucić niekonsekwencję. Na przykład stwierdza, że „liderem w górze” od początku był Maciek (Berbeka), a później temu zaprzecza: — No nie, nie powiedziałem: „Słuchajcie, tu jest wasz lider, Maciek”. A co by to zmieniło, gdybym powiedział, że Maciek jest liderem? Na górze Maciek i tak sam podjął decyzję, że idą na szczyt. Wreszcie stwierdza bez ogródek: — Zalecenie, by lider rządził, nie zadziała na żadnej wyprawie. Uff, w tym momencie Andrzej Zawada pewnie się w grobie przewrócił.

O procedurach Krzysztof mówi jeszcze tak: — Uważam, że dobrze, że nie ma procedur takich jak w innych dyscyplinach sportu, bo byśmy zabili alpinizm (…) U nas wszystko opiera się na doświadczeniu. Ta wypowiedź budzi we mnie taką na przykład wątpliwość. Nie jest tak, że w alpinizmie nie ma żadnych procedur. Są, a zostały stworzone właśnie na podstawie doświadczenia, zbieranego przez dziesiątki lat i wiele pokoleń alpinistów z całego świata. To są powszechnie przyjęte reguły „gry w góry”. Stosowaniem procedury jest na przykład przyjęcie takiego lub innego stylu działania wyprawy, rutyna zakładania obozów, kwestia roli i zakresu władzy kierownika wyprawy itd. Jeśli na Broad Peaku uczestnicy ataku szczytowego wyszli z obozu zbyt późno, to właśnie złamali zasadę pewnej procedury. Najbardziej jednak zirytowała mnie następująca wypowiedź Wielickiego. – Wie pan, wspinający się mają generalnie coś z głową, więc jakby poszli do psychologa, toby ocenił ich z góry negatywnie. Miałbym ochotę powiedzieć Krzysztofowi, żeby sobie kupił duży młotek i się walnął…O tym, że wspinacze są w gruncie rzeczy zakamuflowanymi świrami, wtajemniczeni wiedzą od dawna, a konkretnie – co najmniej od czasów badań przeprowadzonych przez profesora Ryna jeszcze w latach siedemdziesiątych. Czy jednak trzeba o tym mówić publicznie? Dziennikarzowi gazety o milionowym nakładzie? Jeśli tak robi powszechnie znany, sportowo wciąż czynny guru polskiego alpinizmu, i nie podaje tej opinii w żadnym cudzysłowie, nie „mruga okiem do czytelnika”, to ludzie wezmą tę wypowiedź na serio, uwierzą bez zastrzeżeń. Czyli że: – Wszyscy alpiniści to świry, tak powiedział sam wielki Wielicki. Nie wiem, czy o to powinno chodzić…

W związku z wywiadem Krzysztofa nasunęła mi się jeszcze taka refleksja. W trakcie Szczytu kilkakrotnie mówiło się o różnicach zachodzących pomiędzy działalnością alpinistów profesjonalnych (do tego grona zaliczaliśmy przede wszystkim uczestników polskich „oficjalnych” wypraw) a działaniami „amatorów”. Szczególnie kategoryczny był tu Andrzej Zawada, który np. „Mrówkę” (Dobrosławę Miodowicz) czy Julie Tullis (partnerkę K. Diembergera zmarłą też na K2 w 1986 roku) uważał za „amatorki”. Posprzeczał się nawet z A. Heinrichem o stricte amatorskie błędy, które popełniono na  tragicznie zakończonej wrocławskiej wyprawie na Gasherbrumy. Zawadzie chodziło o to, że „cyrk w górach” wynika przede wszystkim z braku profesjonalizmu w działaniu, a ostatecznym tego skutkiem są wypadki, które trzeba potem analizować pod względem etycznym. Wydaje mi się, że kwestia profesjonalizmu alpinisty, jego kompetencji w zakresie właściwego stosowania, w każdych warunkach i sytuacji, zasad dobrej sztuki to problem, o którym się mówi za mało; którego się nie docenia (wśród alpinistów i nie tylko). A ma on podstawowe znaczenie. Wystarczy sobie przypomnieć i porównać dwie sytuacje lotnicze: lądowanie kapitana Wrony i katastrofę w Smoleńsku.

Wspominałem o wypowiedzi Simone Moro, któremu nikt chyba nie zarzuci braku profesjonalnej kompetencji. Moro zirytowała sytuacja, w której działania wspinaczy z Broad Peaku ocenia się publicznie, a robią to krytycy z pozycji kawiarnianego fotela. Jednocześnie jednak Moro poucza, że w trakcie akcji szczytowej należy troszczyć się o partnera, stale go obserwować, pytać o aktualne samopoczucie itd.. Simone stwierdził, że on zawsze tak właśnie postępuje, w każdym momencie myśląc i planując w kategoriach zespołu. Może o to właśnie powinno chodzić?

Spróbuję jakoś podsumować: czytając w GW wywiad z Krzysztofem Wielickim odniosłem wrażenie, że pomimo, iż od momentu apogeum rozwoju polskiego himalaizmu, upłynęło ćwierć wieku, pod względem jakości profesjonalizmu nadal udaje się nam utrzymać mniej więcej ten sam poziom.

J.B.

Czy masz jeszcze jakieś inne refleksje w związku ze Szczytem?

W.S.

Stwierdziłem z przyjemnością, że zapis debaty czyta się dzisiaj z niesłabnącą przyjemnością. To była ciekawa, ekscytująca dyskusja, uczestnicy byli autentycznie i głęboko zaangażowani, scena miała dramaturgię i tempo. Jej wyniki natomiast trochę mnie wtedy rozczarowały. Być może było w tym sporo mojej winy, bo jako prowadzący (dziś powiedzielibyśmy „moderator”) mogłem nią lepiej sterować, ale chyba … zbyt wiele gadałem (co mi zresztą w pewnej chwili słusznie wytknął Andrzej Wilczkowski). Jednak pierwotną przyczyną niedosytu był mój brak przygotowania. Ja nie przemyślałem sobie tej debaty, nie ustaliłem scenariusza i zakresu problematyki, i nie zrobiłem żadnego planu. Wydawało mi się, że wystarczy zebrać w jednym miejscu grupę ludzi o znanych nazwiskach, a potem wszystko pójdzie samo. Popełniłem elementarny błąd, wynikający zwyczajnie z własnego zadufania. Liczyłem np. na to, że wyjaśnimy problem wartości, którą posiada „samo w sobie” wejście na ośmiotysięcznik; jaka ona jest, i jak się ma do możliwości utraty życia przez uczestnika wyprawy. Inaczej mówiąc: – Czy warto ginąć za wierzchołek góry? Jeszcze w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy zdobywcy Everestu chodzili w glorii niemalże pomnikowych bohaterów, sprawa była oczywista. Żyliśmy w przekonaniu, że alpiniści to rodzaj heroicznych podróżników-odkrywców, to ludzie romantycznej przygody typu wyprawa Kon-Tiki Thora Heyerdahla czy zdobycie biegunów. Czerwińska w pewnym wywiadzie prasowym przytacza słowa Wandy Rutkiewicz, która stwierdziła, że idąc na atak szczytowy trzeba się liczyć z tym, że się do obozu już nie wróci. Taką postawę Czerwińska uznała za nie do przyjęcia. I trudno dzisiaj z tym się nie zgodzić. Przecież alpinizm jest po prostu pewną formą zabawy, a wysokość góry to sprawa w gruncie rzeczy drugorzędna (prawda, że nie dla wszystkich!). Reinhold Messner poszedł jeszcze dalej. W dyskusji grona najlepszych himalaistów świata (na tzw. „Szczycie w Juval”) na pytanie, co alpinizm wnosi do kultury odparł krótko: – Nic. Na to Wojtek Kurtyka się żachnął: – Reinhold, ty zmarnowałeś życie. Ponieważ osobiście wysoko oceniam intelekt Messnera, ta jego wypowiedź dała mi, i wciąż daje, do myślenia.

Ten problem męczył mnie w trakcie zimowej wyprawy KW-Gliwice na Dhaulagiri w 1984 roku. Mieliśmy za mało pieniędzy, w końcu trzeba było się mocno zapożyczyć, było sporo problemów, ale ważny był cel – pierwsze zimowe wejście nową drogą. Na miejscu się okazało, że nowej drogi nie damy rady poprowadzić, a drogą „normalną” już ktoś wszedł, praktycznie w warunkach zimowych. Sens naszej wyprawy zawisnął na włosku. Aleśmy wymyślili, że zostało jeszcze do zrobienia „pierwsze wejście w okresie zimy kalendarzowej”. No i sprawa załatwiona, mamy po co jechać w Himalaje. Skorzystał na tym także Jurek Kukuczka, któremu szczyt był potrzebny do wyścigu z Messnerem, ale jego szczytowy partner, Andrzej Czok podczas dramatycznego zejścia w załamaniu pogody odmroził kilka palców, które mu potem amputowano. Nie można wykluczyć, że ta amputacja plus okres leczenia i rekonwalescencji miały jakiś wpływ na stan jego zdrowia później, gdy pojechał na Kangchendzongę, gdzie zmarł w trakcie akcji.

A oto inny problem etyczny, o którym także w Gliwicach szerzej nie dyskutowaliśmy. Podczas gliwickiej wyprawy na Makalu (w 1980 roku), w której brałem udział, podczas akcji w ścianie, idąc na poręczówce, zmarł jeden z kolegów. Po fakcie w bazie odbyła się ogólna debata na temat dalszego planu działania wyprawy. Sądziłem (niepewnie), że w tym momencie powinniśmy się wycofać i zakończyć wyprawę. Okazało się jednak, że właściwie wszyscy pozostali członkowie zespołu są za kontynuacją szturmu. No, bo przecież szkoda, żeby ta śmierć „poszła na marne”, a poza tym mówiło się, że rodzina zmarłego też byłaby „za” itd. W efekcie na atak szczytowy trzeba było chodzić po poręczówce, na której wisiało ciało zmarłego. Szczyt został zdobyty (nową drogą), a więc odnieśliśmy sukces? Nie przypominam sobie, ani wtedy, ani potem, żadnych dyskusji o etycznych aspektach tego wydarzenia. Zresztą taka sytuacja nie wydarzyła się po raz pierwszy. Wyprawy bywały kontynuowane pomimo śmierci uczestników w trakcie akcji. Czy taka sytuacja na pewno jest etycznie „czysta”?

J.B.

Dwadzieścia sześć lat temu etyczne problemy w alpinizmie były dla ciebie ważną sprawą. A jak to widzisz dziś?

W.S.

Z większego dystansu. Po pierwsze, alpinizm nie jest już dzisiaj rodzajem działalności „z wysokiej póki”, przestał być fenomenem tzw. kultury wysokiej. Józef Nyka, podczas swego wystąpienia na seminarium festiwalowym w 1988 roku, nazwał alpinizm „szczególnym zjawiskiem społecznym z pogranicza kultury fizycznej i przygody intelektualnej”. To już były chyba ostatnie lata, kiedy o wspinaniu mówiło się tak górnolotnie. Dziś nikt już nie będzie się kłaniał w pas przed jakimś setnym czy tysięcznym następcą Hillaryego. Alpinizm jest po prostu pewnym niszowym rodzajem sportu lub rekreacji, albo nawet ekstremalnej turystyki – zależnie od tego, kto i w jaki sposób go uprawia. Ponieważ po linii zawodowej, jako pracownik dydaktyczny wyższej uczelni, zajmuję się teorią i praktyką przygody, alpinizm dostarcza mi rozmaitych ciekawych „tematów badawczych”. Doskonale też ilustruje przeróżne „tezy”. Oczywiście z jego uprawianiem mogą się wiązać sytuacje etycznie problematyczne, którymi zajmą się ochoczo media. Tak będzie się działo, dopóki społeczeństwa będą akceptować możliwość uprawiania sportów i rekreacji o podwyższonym poziomie ryzyka. Ale margines społecznie akceptowanego i realnie podejmowanego w takich działaniach ryzyka wciąż się zmniejsza. Rzeczy, które ja i inni taternicy z mojego pokolenia robiliśmy podczas swego wspinania w latach sześćdziesiątych, a nawet siedemdziesiątych ubiegłego wieku, a które wtedy były uważane za coś normalnego czy oczywistego, np. pewne sposoby asekurowania się, dziś byłyby nie do przyjęcia. Ale nie w tym rzecz, że kiedyś było lepiej, było po prostu inaczej. Alpinizm był dlatego o wiele bardziej przygodowy. A jak tu dzisiaj przeżywać alpejską przygodę na Filarze Walkera, wspinając się pomiędzy stopami poprzednika, a człowiekiem, którego kask wciąż stuka w nasze pięty?

Jest jeszcze jeden moment. Świat jest wielki. Gór jest na nim tak dużo, że nie starczy czasu, aby wszystkie zobaczyć „w realu”. A poza górami czekają jeszcze inne ciekawe miejsca…

J.B.

Czy to ma znaczyć, że żałujesz tych lat, które poświęciłeś na wspinanie?

W.S.

A skądże! Całe moje życie jakoś kręci się wokół wspinania. Przecież aktualnie pracuję na uczelni im. Jerzego Kukuczki.

J.B.

Dziękuję za rozmowę.

Chciałbym tu dodatkowo podziękować Wacławowi za czas jaki spędziliśmy na rozmowie, oraz za wysiłek jaki włożył w to, by tekst jaki na jej podstawie powstał, wyglądał tak a nie inaczej.

Jakub Barbasz

You might also like More from author