Traktat o wycenach
Część 2: O procesie wyceniania – szkic

W pierwszej części „Traktatu o wycenach” pokusiłem się o obszerny opis historii powstania kolejnych stopni trudności dróg skalnych. Materiał omawiał postęp w trudnościach pokonywanych dróg na przestrzeni ponad 100 lat świadomego, sportowego eksplorowania skalnych rejonów na naszej planecie. Teraz zapraszam na drugi odcinek, bardziej osobisty i jednocześnie praktyczny, dotyczący samego procesu wyceniania.

Droga wspinaczkowa

Zanim przejdziemy do głównego tematu, najpierw wypada zdefiniować czym jest skalna droga wspinaczkowa? Trzeba bowiem sprecyzować, co dokładnie podlega, a co nie powinno podlegać ocenie. Niby to banalne i intuicyjnie zagadnienie i wydaje się, że każdy czytelnik zna odpowiedź na tak postawione pytanie. Jednak teoria teorią, a praktyka sobie… Najważniejsza rzecz: droga wspinaczkowa powinna przede wszystkim cechować się logicznością. Co to oznacza – a to, że wspinacz powinien się poruszać po terenie, który można przejść bez zadawania dodatkowych, czyli zbędnych pytań autorowi drogi. Startujemy w „miejscu logicznego startu”, korzystamy ze stopni i chwytów, czyli rzeźby w zasięgu rąk i nóg, staramy się iść tak, by było jak najłatwiej i kończymy na łańcuchu/ringu zjazdowym – najlepiej w pozycji no hand rest (czyli tam, gdzie nie musimy już trzymać się rękami) lub po prostu na szczycie skały. W praktyce jednak nie jest to takie proste. Szczególnie w naszych –dość ograniczonych ilościowo skałach. Na danej skale/ścianie priorytet powinna posiadać najłatwiejsza droga, jako sposób najłatwiejszego pokonania ściany. Jest to zawsze najlogiczniejsza droga: wykorzystuje „największą” możliwą rzeźbę. Kolejny priorytet to linie forsujące ewidentne formacje: kominy, rysy, zacięcia, filary i wreszcie płyty czy okapy. Drogi powinny iść możliwie bez kluczenia, od dołu do góry. Oczywiście, jeśli wiodąca formacja prowadzi po skosie – idziemy po skosie etc. To zasadniczo powinno wyczerpywać temat dróg na danej ścianie. Jak wiadomo, powszechnie w praktyce stosuje się też ograniczniki, czyli embarga na dowolne korzystnie z rzeźby skały. Jestem za taką praktyką, pod warunkiem, że zastosowanie ogranicznika wpływa pozytywnie na estetykę wspinania (niekoniecznie na trudność): np. idziemy ściśle płytą bez korzystania z rysy/komina (w tym przypadku z dalszej ścianki rysy/komina) albo nie łapiemy się za krawędzią ściany. W ostateczności przyjęło się uważać za ogranicznik także linie ringów z sąsiednich dróg, co powinno być wyraźnie podane w opisie drogi. Powyższe przykłady ograniczników pozwalają w miarę precyzyjnie i prosto wytłumaczyć prawidłowy przebieg drogi, tj. zgodny z wizją autora, bez dzwonienia do autora po „patenty na prawidłowe przejście drogi” (historia zna takie przypadki). Celowo odrzucam tutaj ograniczniki stosowane przez niektórych autorów w postaci malowania kresek (obrzydlistwo!) lub embarga na chwyty/stopnie z sąsiednich dróg. Ten drugi przypadek wymaga perfekcyjnej znajomości topografii ściany i praktycznie uniemożliwia skuteczne wspinanie OS, dlatego jest wykluczony przez logikę (nie jestem tutaj bez winy).

fotografie: Piotr Korczak: Nienasycenie VI.4+/5; Dupa Słonia, Dolina Będkowska. Przykład drogi niesłusznie zdegradowanej z VI.5. Droga długa z ciągiem zakończonym najtrudniejszym miejscem. fot. Jacek Ostaszewski
Piotr Korczak: Nienasycenie VI.4+/5; Dupa Słonia, Dolina Będkowska. Przykład drogi niesłusznie zdegradowanej z VI.5. Droga długa z ciągiem zakończonym najtrudniejszym miejscem. fot. Jacek Ostaszewski

Jeśli na danej ścianie drogi są zgodne z opisem powyżej, uważam ją za wyeksplorowaną w 98%. 1% zostawiany dla ewentualnej kombinacji dróg, która pozwoli na wytyczenie najtrudniejszej drogi na ścianie. Jest to swoisty ukłon dla cyfry, ale warunkiem koniecznym takiej akcji jest fakt, że kombinacja musi być logiczna i pozwalać na możliwie bezproblemowe wspinanie bez znajomości!

I tu natrafiamy na istotny problem, a właściwie nawet na swoisty znak czasów. Niestety, praktyka wspinaczkowa pokazuje, że eksploratorzy często nie potrafią powstrzymać swoich zapędów i na danym kawałku skały mnożą kombinacje dróg dosłownie bez opamiętania. Powiedzmy to sobie otwarcie – jest to działanie antylogiczne. Kombinacje nic nie wnoszące w eksplorację skały nie zasługują na nazwę, wycenę i powtarzanie. W moim odczuciu są to linie czysto treningowe. Równie dobrze, można chodzić w dół, w bok, czy nogami do góry (w przypadku okapu nogami do przodu). W tej samej konwencji śmiało można nazywać i wyceniać swoje treningi na kampusie, czy kolejne serie podciągnięć na drążku lub chwytotablicy. Można, ale po co? Kombinacje pozbawione przynajmniej sensu oryginalnej cyfry nie powinny mieć miejsca w przewodnikach i skałoplanach, podobnie jak nikogo nie interesuje, co robimy na swoim drążku w domu. Zdaję sobie sprawę, że sformułowane przeze mnie dawno temu prawo, które brzmi: „W zeszyciku wszystkie drogi wyglądają tak samo”, niestety, sprawdza się i w tym przypadku. Papier (i internet) jest cierpliwy i przyjmie wszystko, ale jeszcze raz apeluję o wstrzemięźliwość! O ile mam wątpliwości przy robieniu logicznych dróg na nieszczególnie ładnych kawałkach skały (wtedy, by się sam zmobilizować do działania stosuję właśnie to prawo) o tyle w przypadku skał, które zagospodarowałem, powstrzymywałem się przed tworzeniem tysięcznych kombinacji (z bardzo nielicznymi wyjątkami). A przecież mógłbym w ten sposób liczbę swoich dróg dowolnie mnożyć! Na szczęście ostrze Brzytwy Ockhama w takich przypadkach świeci mi prosto w oczy…

Decydując się na uzupełnienie gęstej oferty jakiejś ściany/skały musimy zastanowić się, czy nowy odcinek jest rzeczywiście „nowy”, tzn. czy rozwiązuje wolną połać skały, czy wymaga osadzenia przynajmniej jednego oryginalnego punktu asekuracyjnego. W innych przypadkach dodawanie nowości również pozbawione jest sensu. Stygmat dodawania „nowych dróg” na siłę dotyczy szczególnie skał w popularnych miejscach, z łatwym dojazdem, z łatwym podejściem, z przyjaznym socjalem pod skałą etc. Obowiązuje tutaj „niestety” ogólna formuła wypowiedziana dawno temu przez Rafała Nowaka: „Zła droga w dobrym miejscu, jest lepsza niż dobra droga w złym miejscu”.

Tymczasem został nam jeszcze 1% na eksplorację skały. Zostawiam go dla tych, którzy nie mogą się powstrzymać: jeszcze dla jednej jedynej wyjątkowej kombinacji, która co ani nie jest najłatwiejszym sposobem przejścia ściany ani nie wnosi do eksploracji nowej cyfry, ale jest szczególnie piękna. Ten wyłącznie estetyczny postulat można w szczególnym przypadku uznać za wart rozważenia.

Wycenianie

Przechodzimy teraz do najbardziej osobistej i praktycznej części niniejszego wywodu, czyli samego procesu wyceniania. Procesu – bowiem nadanie drodze odpowiedniej wyceny nie jest sprawą natychmiastową, lecz właśnie „procesem” rozłożonym na całą historię jej istnienia. Wycenianie bowiem, wbrew pozorom, nie jest zagadnieniem dotyczącym wyłącznie autora pierwszego przejścia danej drogi, ale dotyczy ono każdego – dosłownie każdego wpinacza! Nawet takiego, co nie interesuje się „cyfrą”. Robiąc daną drogą, chcąc nie chcąc, odnosimy się do cyfry jej przyporządkowanej i niejako sami indywidualnie oceniamy drogę – zgadzając się z zastaną – proponowaną wyceną lub nie. Nawet jeśli nie wypowiadamy się publicznie nt. pokonanej drogi, to i tak ustawiamy ją sobie w hierarchii własnych prowadzeń.

Autor pierwszego przejścia, w kontekście którego po raz pierwszy pojawia się wycena,  ustawia drogę w jakimś miejscu na skali trudności. Jest to oczywiście tylko propozycja, sugestia wyceny.

Wspinam się już ponad ćwierć wieku i przez 27 lat wytyczyłem prawie 500 nowych dróg. W rzeczywistości jest tych dróg nieco więcej, ale prywatnie liczę do swoich statystyk tylko drogi od VI-. Nie do końca jest to dziwactwo. Uznałem, że stopień VI- wyznacza pewien poziom, który daje większą pewność, że moje przejście jest faktycznie pierwsze. Wszak wcześniejsze pokolenia wspinaczy, czyli nasi przodkowie tęgo się wspinali w skałach i drogi o wycenie V prowadzili bez problemu. Nie mam złudzeń: do naszych czasów w kronikach nie przetrwało wiele z takich właśnie prowadzeń.

Zgodnie z tym co napisałem na początku akapitu, zawsze uważałem wyceną autorską wyłącznie za propozycję. Paradoksalnie z biegiem czasu i tzw. wspinaczkowej „kariery” nie jest mi coraz łatwiej wyceniać, a właśnie coraz trudniej! Gdy mamy do porównania niewielką ilość dróg, każdą nową wspinaczkę traktujemy bezkrytycznie. Wspinacz robiący swoją pierwsze „piątkę” czy „szóstkę” rzadko zakwestionuje wycenę podaną w przewodniku, bo niemal nie ma do czego jej porównać! Po prostu ucieszy się: przejdzie z wyceną do porządku dziennego i do celebrowania sukcesu. Mając większy bagaż doświadczeń, a co za tym idzie więcej dróg do porównania, zaczynają się pojawiać wątpliwości. W moim przypadku – kiedy niemal 95% czasu wspinam się po swoich-nowych drogach i projektach takie wątpliwości się mulitiplikują. Odnosząc nową drogę do podobnej nie mam wcale pewności, czy tamta wycena była słuszna! I tak bez końca! Ratunkiem na to jest wspinanie się po „cudzych” drogach, o ugruntowanych wycenach, ale na to nie mam zbyt wiele czasu i koło się zamyka. Na dodatek – zwłaszcza w wyższych rejestrach trudności (w moim przypadku są to stopnie od VI.5+ w górę) wcale nie ma aż takiego dużego wyboru! Przynajmniej pod Krakowem. Tymczasem paradoks polega na tym, że odpowiednie fundamenty w danej cyfrze są niezbędne, właśnie by prawidłowo wyceniać! Żeby prawidłowo ocenić na przykład drogę VI.4, trzeba mieć ugruntowane (w postaci przynajmniej kilku przejść) stopnie VI.3 i VI.3+. Bez tego ocenianie to czysta spekulacja i lepiej się w ogóle za to nie zabierać.

Często moją strategią wyceniania jest podanie z premedytacją miękkiej propozycji wyceny. Jest to przemyślana strategia, pozostająca w opozycji do kolegów, którzy są wyznawcami tzw. „wyceny gwarantowanej”. Trzeba pamiętać, że podając do publicznej wiadomości z premedytacją tzw. „ostrą wycenę” (a nierzadko celowo zaniżoną!) narażamy powtarzającego daną drogę bez znajomości na ryzyko przestrzelania się z umiejętnościami. Może to skutkować sytuacjami wcale nie komicznymi. Dotyczy to zwłaszcza dróg łatwiejszych, dla wspinaczy mniej zaawansowanych, bądź dróg, które z racji niskiej wyceny mogą być potraktowane jako rozgrzewka. Może to skutkować nie tylko kontuzjami…

Uważam, że podanie z premedytacją wyceny ewidentnie zaniżonej to czysta złośliwość. Wielokrotnie miałem pokusę „dowalenia oponentom” i zaniżenia wyceny o stopień i dwa, ale jak na razie udaje mi się zawsze w takim przypadku w porę „puknąć w głowę”.

Na przestrzeni lat zauważyłem, że wyceny rzadko wędrują w górę (chyba, że za sprawą obrywów), dlatego rozważając propozycję wyceny, przy osobistych wątpliwościach, wolę podać do wiadomości tę wyższą możliwość. Jest jeszcze jeden ważny aspekt takich „wycen promocyjnych”. Drogi o reputacji „soft” są częściej powtarzane i przez to utrzymują się w czystości (nie zarastają!). Amatorów „łatwiej cyfry” nie brakuje i bardzo dobrze. Nie można tego samego powiedzieć o rejonach i skałach, gdzie wyceny uchodzą za „harde”. Wystarczy odwiedzić kilka podkrakowskich rejonów o takiej właśnie reputacji.

Podczas prac nad drogą zwykle nie poświęcam czasu na patentowanie. To żadna frajda wisieć bez końca na drodze i ją ślizgać. Szkoda mi na to czasu. Po odkryciu pierwszego patentu na wszystkie miejsca, staram się od razu prowadzić drogę. Daje to większą przyjemność z walki na skale. Dopiero gdy dłużej spadam, szukam potencjalnie łatwiejszych ustawień. Ponadto pierwsze przejścia odbywają się na projekcie zaledwie co odczyszczonym. Nie lubię etapu czyszczenia, zatem droga podczas mojego przejścia może się zasadniczo różnić od tej samej drogi po kilku sezonach. To wszystko wpływa oczywiście na sposób odczuwania trudności. Podobnie jak dużą rolę odgrywają konkretne warunki atmosferyczne. Staram się wspinać w skałach cały rok (także w zimie, gdy jest sucho). Kolejną ważną zmienną jest bieżąca forma (w tym waga) wspinacza. Zmienna ta działa w obie strony – zawyżania i zaniżania trudności. Znam wspinaczy, którzy potrafią przez długie okresy utrzymać stabilną formę i wagę. Niestety, mnie to nie dotyczy…

To wszystko sprawia, że powtarzam: swoją wycenę traktuję dosłownie – jedynie jako propozycję. Nie obrażam się na kolegów i cały świat, jeśli moja propozycja wyceny się nie utrzymuje. Cierpliwie wysłuchuję uwag i dopiero, gdy się z nimi nie zgadzam staram się rzeczowo polemizować. Gdy ktoś odkryje łatwiejszy patent czy wyczyści jakiś chwyt, którego nie używałem, obniżka wyceny jest sprawą oczywistą. Ale tutaj przestrzegam: coś co jest łatwiejsze dla nas, niekoniecznie musi być łatwiejsze dla innych. W czasach internetu zauważyłem, niestety, niedobry i w sumie przykry trend. Wielu wspinaczy „na siłę” chce wylansować swoją propozycję wyceny powtarzanej drogi, nie przyjmując żadnych argumentów np. takich że „wzrosła im forma, lub że patentowali bez opamiętania”. Proceder ten dotyczy również wspinaczy o większym niż przeciętny wzroście. Różnica w odczuwaniu trudności przez „małego” i „dużego” jest często kolosalna! Zdarza się że „mały” nie sięga z dobrych stopni do dobrego chwytu i musi kombinować, często znajdując kruks, tam gdzie wysoki w ogóle nie czuje trudności. Zatem apeluję do Was koledzy „wysocy”: więcej powściągliwości. W swoim wspinaczkowym życiu spotkałem się ze sporadycznymi przypadkami, że niskiemu było łatwiej. Za to na odwrót jest niemal za każdym razem. Podobnie rzecz się ma z innym innym indywidualnym parametrem, czyli szerokością palców. Jeśli ktoś do fakera upycha wygodnie dwa palce, trudno żeby trudności odczuwał tak samo…

Powtórzenia

Pierwsze powtórzenie danej drogi, choć oczywiście doniosłe, tak naprawdę niewiele wnosi do ostatecznej wiedzy o cyfrze. Obaj wspinacze (pierwszy i drugi) mogę mieć diametralnie różne warunki, zarówno fizyczne jak i atmosferyczne. Na autorze pierwszego powtórzenia ciąży szczególna odpowiedzialność i musi on to sobie uświadamiać. O ile autor daje jedynie propozycję, o tyle opinię drugiego uważa się za wiążącą. Po jego przejściu wycena – potwierdzona lub zakwestionowana – ulega „ugruntowaniu” i następni powtarzający rzadko wypowiadają się odmiennie. Jest to proces o tyle naturalny, co nie do końca sprawiedliwy. Dopiero po kilku sezonach, kilku lub jeszcze lepiej kilkunastu przejściach, można mówić o jakim takim uśrednieniu wyceny. Oczywiście w przewodniku „wszystkie drogi wyglądają tak samo”, ale naprawdę warto do stosunkowo nowych dróg podchodzić z większym marginesem i zabierać głos wyłącznie w swoim imieniu, nie sugerując się poprzednimi przejściami.

Z oczywistych powodów styl OS nie nadaje się do wyceniania dróg. Podczas wspinania bez znajomości odkrywamy patenty spontanicznie i rzadko udaje nam się trafić na te optymalne. Po przejściu on-sightu możemy co najwyżej obniżyć wycenę, ale zasadniczo nie wolno nam wyceny podnosić.

Rodzaj skały. Formacje

Na sposób odczuwania trudności ma także rodzaj skały, na której na co dzień się wspinamy. Wspinacz działający w jurajskim wapieniu, nie przyzwyczajony do wykorzystywania tarcia, odczuje trudności piaskowcowych dróg jako niebotyczne. Dokładnie tak samo wygląda relacja na odwrót: wspinacz przyzwyczajony do stawania na tarcie, będzie musiał się przyzwyczaić do wspinania w „śliskim” wapieniu. O wiele lepiej wygląda relacja piaskowiec-granit i granit-piaskowiec. Mam to szczęście, że wspinam się dość regularnie w moich rodzinnych piaskowcach czarnorzeckich, a na co dzień w podkrakowskim wapieniu. Czuję się relatywnie dobrze w tych właśnie rodzajach skały. Wydaje mi, że dość dobrze jestem w stanie ocenić relację trudności w tych rodzajach skały.

20-25 lat temu, gdy wspinałem się niemal wyłącznie w Czarnorzekach, w tatrzańskim granicie czułem się znakomicie i wszystko wydawało mi się łatwiejsze. Wspinanie na tarcie nauczyło mnie odpowiednich ustawień, która pasowały również do tatrzańskich dróg.

Podobnie ma się sprawa preferowanych formacji. Wspinacz mniej atletyczny, dysponujący dobrą techniką, będzie się dobrze czuł w formacjach połogich. Za to przewieszenia odczuje jako trudne. Podobnie wspinacz dysponujący silnymi palcami dobrze poczuje się na pionie z małymi chwytami, ale niekoniecznie w dachu na „drągach”. Warto uwzględnić te osobiste preferencje, kiedy odnosimy się do konkretnych wycen. Złapałem się na tym, że coś co „mnie szczególnie pasuje” (np. pionowa płyta z chwytami na pojedyncze palce, wysokie wstawienia nóg, połogie wspinanie na nogach) może być odczuwane przez powtarzających jako „hard”. Kilka wycen tego typu musiałem po jakimś czasie podnieść, bo autorska propozycja nie pasowała do „średniej odczuwanej”. Odwrotnie było z drogami, które reprezentują moje słabe strony: np. przewieszenia po relatywnie dużych chwytach odczuwam niesłusznie jako trudne. Muszę się pilnować z prawidłową wyceną takich dróg, bo z reguły niemiłosiernie je zawyżam.

Drogi długie versus drogi krótkie

„If you can’t do the moves, then there is nothing to endure”
Tony Yaniro

Powszechnie wiadomo, że akademickie dyskusje o drogach – w tym o cyfrze – to ulubiony temat konwersacji wspinaczy. Uczestniczyłem w takich dyskusjach niezliczoną ilości razy. Jednym z tematów, zahaczających oczywiście o wyceny, jest dyskusja co jest trudniejsze do zrobienia w danej cyfrze: droga długa (ciągowa), czy droga krótka (bulderowa).

Za drogę krótką przyjęło się uważać taką, która w całości ma nie więcej niż 15 przechwytów. Droga średniej długości, przynajmniej w realiach polskich, oferuje już około 20-25 przechwytów. Za drogę długą uważamy taką, która ma 30 i więcej przechwytów. Oczywiście na wysokich skałach są drogi nawet 50-60 przechwytowe, a nawet więcej!

Bogdan Rokosz: Droga Między Dziupelkami VI.6; Grań Za KapeluszeM, Podzamcze. Wycena ugruntowała się z autorskiego VI.6/6+; Przykład drogi relatywnie niewysokiej, ale jednak dość długiej. fot. Rafał Nowak
Bogdan Rokosz: Droga Między Dziupelkami VI.6; Grań Za Kapeluszem, Podzamcze. Wycena ugruntowała się z autorskiego VI.6/6+; Przykład drogi relatywnie niewysokiej, ale jednak dość długiej. fot. Rafał Nowak

Nie można jednak oceniać drogi jedynie po jej wyglądzie – wysokości skały. Zdarza sie nierzadko, że droga złożona jedynie z 10-15 ruchów ma w istocie większy ciąg trudności (jest bardziej ciągowa!) niż droga 30 czy nawet 40 ruchowa. O rzeczywistej trudności decyduje bowiem rozmieszczenie i wygoda miejsc odpoczynkowych. Wytrenowany zawodnik jest w stanie na większych chwytach i dobrych stopniach „zrestować do zera”, przez co ciągi robią się czysto teoretyczne. Tymczasem jeśli na drodze „krótkiej” musimy się wspinać od startu do mety – nie tylko bez restu, ale także nawet bez możliwości wygodnego zamagnezjowania, to w istocie mówimy o ciągu. Spadamy nie tylko dlatego, że przechwyty są trudno, ale także dlatego, że nas rozgina, bo nagromadzenie trudności się kumuluje.

Jacek Trzemżalski: Podstawowy Kurs Języka VI.6; Plemnik, Czarnorzeki. Przykład drogi krótkiej, a mimo to ciągowej. fot. Witek Mikulski
Jacek Trzemżalski: Podstawowy Kurs Języka VI.6; Plemnik, Czarnorzeki. Przykład drogi krótkiej, a mimo to ciągowej. fot. Witek Mikulski

Na odczucie ciągu wpływa niewątpliwie stopień zapatentowania drogi. Im lepiej poznajemy drogę, poruszmy się między chwytami pewniej i szybciej, a przede wszystkim używamy tylko tyle siły ile wynosi absolutne minimum, tym linia wydaje się łatwiejsza, a odczuwane ciągi trudności wydatnie się skracają.

Cytat z wypowiedzi Tony Yaniro (jego dorobek znajdziecie m.in. w poprzednim odcinku „Traktatu o wycenach”) powinien wiele Wam wyjaśnić. Jeśli nie potrafimy porobić pojedynczych ruchów, to nie ma co mówić o przejściu ciągu. To właśnie na drogach krótkich, a jeszcze bardziej na bulderach wykonuje się trudniejsze przechwyty. Wspinacze oczywiście wolą z reguły drogi długie, na wysokiej skale z dobrymi chwytami, w pięknej ekspozycji. Na takich drogach można zawalczyć „a muerte”, bowiem z „nabitymi” przedramionami można wciąż się trzymać większych chwytów i na limesie dokończyć drogę. Smak takiego zwycięstwa jest szczególny. Na krótkiej drodze akcja jest szybka – nie robimy ruchu i spadamy. Słaba sprawa… Mam za sobą kilka sezonów zawodniczych, nie powiem: nawet z niejakimi sukcesami. W latach 1991-1994 trzykrotnie stawałem na podium Mistrzostw Polski na trudność (dwa razy byłem trzeci i raz drugi). W tamtych czasach dużo trenowałem i oczywistym jest dla mnie fakt, że łatwiej jest wytrenować wytrzymałość (potrzebną na drogi ciągowe) niż siłę mięśni (potrzebną na atletyczne ruchy) i siłę palców (potrzebną na małej rzeźbie). Trening wytrzymałości to test dla cierpliwości: każdy wspinacz może to zrobić, jeśli starczy mu motywacji. Za to trening na siłę palców – mimo determinacji – może się zwyczajnie nie udać. Jeśli genetycznie nie mamy do tego predyspozycji, trening taki kończy się kontuzjami i zniechęceniem.

Jako się rzekło na krótkich drogach wykonujemy trudniejsze ruchy – chyba już nikt z tym nie będzie polemizował. Te trudniejsze ruchy można potem implantować do dróg dłuższych, tworząc ciągi takich przechwytów i w ten właśnie sposób dokonuje się postęp we wspinaniu! Zatem podsumowując – droga krótsza w danym stopniu jest „trudniejsza” do zrobienia od drogi długiej. Nie piszę tego dlatego, że zrobiłem relatywnie dużo dróg o charakterze bulderowym i w ten sposób „gram pod swoje drogi”. Choć, oczywiście, ten fakt pomaga mi prawidłowo oceniać temat dyskusji. Robiąc nowe drogi nie kieruję się jakimiś swoimi preferencjami i nie wyszukuję tylko takich linii, które mi odpowiadają. Wręcz przeciwnie, zrobienie drogi „nie pod siebie” sprawia mi więcej satysfakcji z pokonania własnych ograniczeń. Staram się dany rejon wyeksplorować kompleksowo: jeśli skała jest niska, robię drogi krótkie – jeśli wysoka, z przyjemnością robię drogi długie. Uważam, że każda skała, każda pokonana linia jest w stanie dostarczyć wspinaczkowej satysfakcji – bez względu na wielkość urwiska. Także krótka droga „grillowa”.*

Jacek Trzemżalski

 

*Nazwa pochodzi z sentencji, którą wygłosił Piotr Korczak „Szalony” na widok moich najtrudniejszych realizacji w Dolinie Brzoskwinki: „Pod tymi drogami to można co najwyżej rozpalić grilla…”