WOJTEK KOZUB – IN MEMORIAM

Poniższą wycieczkę i poniższy tekst poświęcam pamięci mojego zięcia i przyjaciela, Wojtka Kozuba.

Wojtek Kozub
Wojtek Kozub

 

***

Żeby zegarek mogł tykać, sprężynka musi być nakręcona.


Wojtek w okolicach przełęczy Tengizbay Ashuu w Kirgistanie (fot. Łukasz Heretyk)

 

To zdjęcie zostało zrobione gdzieś w okolicach przełęczy Tengizbay Ashuu w Małym Ałaju w Kirgistanie. Nie wiem, czy znacie tą przełęcz – opisywał ją Bronisław Grąbczewski jako bardzo ciężką do przebycia (on pokonywał ją na koniach). Wojtek i Łukasz przez dwa dni pchali tamtędy rowery lub (częściej) nieśli na plecach. Dwa dni po kamieniach, głazach, piarżyskach z rowerami na plecach. Ten kawałek na zdjęciu powyżej, na którym Wojtek pcha rower, to jeden z łatwiejszych – podobnie jak ten na poniższym (Łukasz po lewej, Wojtek po prawej):


Łukasz i Wojtek w okolicach przełęczy Tengizbay Ashuu w Kirgistanie (fot. Łukasz Heretyk)

 

Wojtek wyruszył z Łukaszem (który przywiózł rowery z Polski) na tą wycieczkę po Kirgistanie bezpośrednio po jednej ze swoich wypraw wspinaczkowych – praktycznie z marszu, bez żadnego restu. Zrobili ponad 800km po tym kraju, gdzie nawet drogi główne wtedy były w większości szutrowe.

Ponieważ mam już swoje lata, jakiś czas temu zaczeło mi się wydawać, że powinienem zacząć zwalniać tempo – jak człowiek „poważnieje z wiekiem” to zmienia się trochę perspektywa spojrzenia. Kiedyś, jak byłem młodszy, jechałem z żoną w Alpy stopem, zostawiałem kobitę, żeby się poopalała przy stacji kolejki na Aquille du Midi, a sam szedłem wspinać się na 400-metrowa drogę lodową solo – dzisiaj już się nie wspinam bez asekuracji. Owszem, przychodzą jeszcze rożne durne pomysły do łba, ale już trochę rzadziej. A wraz z mniejszą ilością tych durnych, mniej jest rownież tych mniej durnych, ale zarazem i wariackich (tak pozytywnie). Słowem – człek z wiekiem kapcanieje. Dopoki nie dostaje kopa. Kopa czyli nakręcenia sprężynki.


Wojtek w górach Kirgistanu (fot. Łukasz Heretyk)

 

Wojtek to był chłopak, który mnie, starego dziada nakręcał – tak jak się nakręca zegarki, żeby chodziły. Nie w sensie patologicznym, tak jak się nakręcaja ludzie w korporacjach („zwiększać sprzedaż, panie Grzegorzu”), ino w sensie pozytywnym – „kopał w tyłek” (ten psychiczny) tym, co robił. A przede wszystkim – jak to robił. Przykładowo: zima, siedzimy gdzieś w tatrzańskiej ścianie czternastą godzinę na jakimś trudnym wspinie, ja padam ze zmęczenia na tzw. ryj, a jemu gęba się śmieje: „Ale przygoda!”. To on wybierał ściany i drogi – najczęściej były to miejsca odległe od schronisk, gdzie ludzie nie zaglądają i nie „kibicują”, nikt nie patrzy, jak ci idzie. Jak biegac po górach, to po nocy, bez publiczności. No taki był.

Ciągnął mnie za wszarz do tego swojego kieratu, a mnie z tym było dobrze – jak się patrzyło na chłopaka z jaką radością robi w życiu różne rzeczy, to samemu się bardziej chciało.

Więc tak mnie to nakręcało. I ciągle jeszcze nakręca.

 

***

 


Babia Góra

 

To jest szczególnie ważne dla mnie miejsce. Byłem tam z kilkadziesiąt razy, najczęściej w środku nocy. Babia to żadna jakaś wielka góra, ale dla mnie ma bardzo osobiste znaczenie.

Najczęściej w środku tygodnia, po robocie, gdzieś koło godziny 18-ej, 19-ej umawialiśmy się na Matecznym (rondo w Krakowie). Stała ekipa czyli Wojtek, Rafał i ja oraz czasem ktoś jeszcze. Rafał, choć miał najbliżej, zawsze się spóźniał. Wskakiwaliśmy w jego auto i heja na Zakopiankę. Około 21-ej, może deko później, zostawialiśmy auto na parkingu w Zawoji-Markowej i dymaliśmy przez Markowe Szczawiny i Bronę (przełęcz) na wierzchołek Babiej. Około półtorej godziny do góry, chwila odpoczynku, potem trzy kwadranse, czasem godzina, w dół. Około 2-ej w nocy byliśmy już spowrotem w Krakowie, rano o 7-ej pobudka do roboty.
Bywało, że i dwa razy w tygodniu.

Ganialiśmy lato, zima (jak nawaliło pół metra świeżego śniegu, to wtedy nie – przeczekiwaliśmy parę dni, aż śnieg osiądzie, ale z reguły nawet porządna zlewa nam już nie przeszkadzała, bo jak człowiek porządnie spocony, to i tak mokry), przy świetle czoółwek (ja czasem zapominałem i wtedy biegłem bez – jeden z moich kumpli mawia o mnie, że mam noktowizory w oczach). I prawie zawsze na wierzchołku piździło, bo na Babiej z reguły piździ.
Biegaliśmy czasem innymi szlakami (np. z Kiczorów czy Krowiarek), ale Markowa-Brona-Babia najbardziej nam odpowiadała ze względu na duże przewyższenie przy stosukowo krótkiej (szybkiej) trasie – chodziło o to, żeby wyspać się jeszcze te kilka godzin przed wstawaniem do roboty.
Nota bene Wojtek kilka razy pobiegł na Babią z Krakowa – zajmowało mu to ok. 18-22 godziny w zależności od trasy (ok. 100-120km). Nie dla sławy, poklasku czy medali – dla siebie, mial ADHD, dużo mocniejsze niż moje.

Teraz Wojtka już nie ma.
A tak mnie właśnie nakręcał.

(zdjęć z tych wypadów mam niestety niewiele, bo rzadko kiedy brałem aparat – tym są dla mnie one cenniejsze.)

Dlaczego o tym wszystkim piszę? To wstęp do tego, co poniżej.

***

 

Właśnie minęła 2-ga rocznica śmierci Wojtka – z tej okazji zrobiłem sobie taki „prywatny memoriał Wojtka” – ponad 440-kilometrową włóczęgę, ze startem w leśniczówce u mojego kumpla Mario, a z metę na Wiktorówkach w Tatrach (gdzie w rocznicę śmierci Wojtka odbyć się miała msza w jego intencji), po drodze z przystankiem pod potężnym, 850-metrowej wysokości, filarem Ganku w Tatrach (miejscem, gdzie w marcu 2011 r. wspinaliśmy się z Wojtkiem ostatni raz razem; trzecim w zespole byl Krzysiek). Tak wygląda rzeczony filar – męczyliśmy go non-stop przez 26 godzin akcji w ścianie, całość „od drzwi do drzwi” (czyli od spania na parkingu na Łysej Polanie do powrotu do domu) – 46 godzin. Filar to ta formacja spadająca w dół z oświetlonego słońcem najwyższego wierzchołka, prawie na środku kadru, do czarnej skalnej ściany na dole:


Ganek

 

Filar Ganku zimą to jedna z najbardziej poważnych dróg wspinaczkowych w Tatrach – oddalony o cały dzień drogi od najbliższego schroniska, dość skomplikowany topograficznie zwłaszcza w kopule szczytowej, tam rownież najtrudniejszy technicznie – ostatnie 300m jest najtrudniejsze (robiliśmy tą część w nocy). Na taką wyrypę można sobie pozwolić tylko z kimś, na kim polega się w 100% – na Wojtku można było polegać w 100%.
Więc taki Człowiek wymaga specjalnego „memoriału”:


Wojtek w ścianie filara Ganku.

 

I dlatego postanowiłem z tej okazji trochę bardziej nietypowo się zmęczyć.

***

 

Po tym wstępie wracamy do Mariowej leśniczówki.

Mario to mój kumpel leśnik, ale bardzo nieschematyczny leśnik.
To fantastyczny koleś, serdeczny chłop. Dość powiedzieć, że widząc, iż dorzynam parę dziurawych adidasów (no przecie nie będę lazł w las w „kościółkowych” butach) podarowal mi nówki sztuki przydziałowe buty leśnika. Ot, tak po prostu, bez żadnej prośby czy nawet sugestii z mojej strony. Takie buty są ze trzy stówki warte.

Mario to również gość, który w 2006 r. samotnie (jednym autem, z jednym kolegą na pokładzie) wracając z Mongolii, posiadając jedynie coś na kształt mapy ściennej Rosji, przejechał wzdłuż Bajkalsko-Amurskiej Magistrali, nie bardzo nawet mając świadomość, którędy dokładnie jedzie i co robi.

Co to znaczy przejechać wzdłuż Bajkalsko-Amurskiej Magistrali (BAM)?
Dość powiedzieć, że pokonaniem tej trasy chełpi się raptem kilkanaście osób na świecie – zaś niektórzy „wielcy podróżnicy” twierdzą, że jako pierwsi pokonali BAM samochodami… a zrobili to kilka lat po Mario i jego kumplu. Mario publicznie niewiele mówi o swojej „wycieczce” przez BAM, prócz tego, że pierwszy na pewno nie był – bo pierwsi byli budowniczowie BAM-u (głównie więźniowie łagrów), a później wielu miejscowych.

Poniżej parę migawek z tej ich pojezdki:


Syberia – BAM (fot. Mariusz Stępnik)

Syberia – BAM (fot. Mariusz Stępnik)

Syberia – BAM (fot. Mariusz Stępnik)

Syberia – BAM (fot. Mariusz Stępnik)

Tygrys Syberyjski (fot. Mariusz Stępnik)

 

Taki jest Mario.

W sobotę, dwa tygodnie przed rocznicą, przywlokłem się do Mario pociągiem, chytrze kalkulując „wstrieciu” z innym naszym, równie nieźle popieprzonym, kumplem (niejakim „Pastorem”), podążającym w kierunku północno-wschodnim – w odwiedziny do jeszcze innego, takiego samego jak my, zjeba – Zbycha „Strangera”. Takie spotkanie w drodze. Tych dwóch ostatnich świrow (Pastor i Stranger) oraz jeszcze trzech innych (Lupus, Szparag i Adaś-Brytol) przedstawię na swój sposób: Projekt Aurora (ten link to flash). Trzeba mieć pod czachą nie tak, żeby zimą (przy -30C i zimniej) pojechać za koło podbiegunowe na moturach.

Dlaczego piszę akurat o tych kumplach w takim kontekście?
Wszystkich nas (opisanych w poniższym opowiadaniu) łączy „spanie po rowach”.
Narkotyk wolności.
Wolności od cywilizacyjnej ściemy.

Kolegów przedstawiłem, tera pora na opowiastkę.

***

 

Nażarłszy się nazbieranych własnymi ręcami za parę złotych u Mariowego sąsiada trzech kilo truskawek, grilowanych na Mariowym podwórku trzech kilo mięcha (Pastor żarł jakiś ściemniany oscyp), ubiwszy sobotnim wieczorem zyliard komarów metodą kolonijną („marchewa” z ręcznika), żeby Pastorowe szkodniki miały spokojny sen, w niedzielę pożegnawszy się z Pastorową gromadką i Mariem – ruszyłem w drogę.

Drugim nieocenionym prezentem od Maria był antykomarowy żel. Żel o tyle skuteczny, że gdy stałem – dopadało mnie tylko 47 milionów komarów (zamiast 387349 zyliardów w przypadku nie używania tegoż żelu), ale gdy szedłem – nie dzialał w ogóle. Widocznie jego zapach ulatywał gdzieś za mną, a komary zostawały przy mnie. Tzn. właziły mi do uszu, nosa, gęby, oczu – nawet do dupy, choć ta była chroniona przez gacie i częściowo przez plecak.


Pierwsze kroki na komarowej, znaczy: Mariowej ziemi.

Krzyż przydrożny porośnięty krzakami – sam krzyż „obrośnięty” sztucznymi kwiatami przez wiernych.

Przez kilka dni prześladować mnie będą kominy Elektrowni Bełchatowskiej…

…dlatego staram chować się w lasach.

 

Przez pierwsze dni starałem się „tłuc” dość dużo kilometrów, bo nie chciałem się spóźnić na sobotę 6 lipca w Tatry. Co prawda w pierwszy dzień zrobiłem ledwie 42 km, bo dość późno – w południe – wystartowałem, ale drugiego dnia już 49 km – choć w takich dystansach drugi i trzeci dzień z reguły mam najsłabsze i nie przekraczam 35 km dziennie, bo organizm jeszcze nie wpadł w rytm, a już zaczyna odczuwać zmęczenie. Ale normalnie na piechtę łażę po górach – a tu płasko. Więc może dlatego wyszło lepiej, niż się spodziewałem.

Już w chałupie zrobiłem se rozpiskę dzienną (w nawiasie ogólna ilość km):
Dzień 1 – 42 km
Dzień 2 – 49 km (91)
Dzień 3 – 45 km (136)
Dzień 4 – 39 km (175)
Dzień 5 – 46 km (221)
Dzień 6 – 45 km (266)
Dzień 7 – 33 km (299)
Dzień 8 – 7 km (306)
Dzień 9 – 24 km (330)
Dzień 10 – 28 km (358)
Dzień 11 – 36 km (394)
Dzień 12 – 16 km (410)
Dzień 13 – 28 km (438)
Dzień 14 – 4 km (442)

Po powrocie również narysowałem sobie tą trasę na Google Earth. Ciekawie wyszło w skali do wielkości Ziemi – troszkę się już na niej zaznacza (to ta błękitna linia przez nasz kraj).


(fot. Google Earth)

 

Te dwa „cienkie” dni (7 km i 4 km) to dzień „odpoczynkowo-wizytowy” (o tym będzie później) i dzień ostatni, kiedy trzeba było tylko dojść do kaplicy na Wiktorówkach. A dzien 12-ty (16 km) to dzień ganiania po Tatrach. Po „płaskim” trochę zapierniczałem – w pięć dni zrobiłem połowę dystansu – zaś w Beskidach tempo spadło do emeryckiego. Primo: przestało mi się spieszyć, bo już wiedziałem, że zdążę, więc mogłem sobie pozwolić na krótsze odcinki (takie z reguły robię w górkach zimą), secundo: noclegi planowałem tam, gdzie robię zimowe (szałasy albo jakiś inny dach nad głowa), bo pogoda nie rokowała na łaskawą.

Pierwszego popołudnia docieram do Kaszewic – jest tu piękny drewniany kościół, zbudowany w XVII w. przez Mikołaja Koniecpolskiego w ramach pokuty za porzucenie stanu duchownego. Do środka nie właziłem z aparatem, bo akurat było nabożenstwo.


Kaszewice – kościół

 

Dalej były rozlewiska Widawki zamienione obecnie na stawy rybne – i oczywiście kolejne zyliardy komarów. Dość fajnie się jednak szło, bo podłoże piaszczyste i dobra amortyzacja pod stopami. A kominy – zupelnie jak komary – dalej upiornie upierdliwe.


Dawne rozlewiska Widawki

Widawka.

 

W pewnym momencie zacząłem słyszeć uporczywy dźwięk słyszalny w całej okolicy – jakby buczenie, z czasem coraz bardziej narastające. Po paru kilometrach już wiedziałem, że to dźwięki z Kopalni Bełchatowskiej – w końcu zobaczyłem potężną kilkunastokilometrowej długości „taśmostradę” łączącą obie części kopalni. Zdjęcia niestety nie mam, bo gdy przekraczałem „taśmostradę” pod spodem, obserwowało mnie kilkanaście kamer, a znaki „zakaz fotografowania” wprost krzyczały na mnie. A że szukałem właśnie miejsca na nocleg, to nie chciałem prowokować ewentualnej awantury z ochroną. Właśnie – spanie: ino jak tu spać przy takim buczeniu? Współczuję ludziom mieszkającym w odległości kilkudziesięciu kilometrów od kopalni…

W lesie na południe od kopalni rozpaliłem ognicho, upiekłem se kiełbachę i… musiałem uciekać z lasu i szukać jakiegoś zadaszenia. Zbierało się na solidną burzę. Nota bene burze w okolicy Bełchatowa to duża zasługa elektrowni i dymów z jej kominów. Schronienie znalazłem pod okapami dachu (wygladającego na opuszczony) kościoła w Kuźnicy. Na szczęście – bo jeszcze wieczorem przyszła potężna zlewa.


Zbiera się na burzę…

Tu upiekłem se kiełbasę – i stąd wygoniły mnie burzowe chmury.

Poranek w Kuźnicy.

Jedne z najbardziej polskich kwiatów – chabry – na łąkach gdzieś pod Sulmierzycami.

 

Bardzo się zdziwiłem, widząc stadko owiec i baranów na płaskich łąkach województwa łódzkiego – przecie to nie Podhale? Dotychczas miałem wrażenie, że polskie owce są troche jak nepalskie czy tybetańskie jaki – potrzebują wysokości, żeby przetrwać. A tu masz – niziny i beczenie.


Barany na łódzkiej ziemi

 

A jak niziny to i bagniska – tu na szczęście niegroźne, bo omijałem je drogą, za to później…


Bagnisko

 

Ale to później. Tymczasem zaś mijam mnóstwo opuszczonych, popadających w ruinę gospodarstw…


Opuszczone gospodarstwa

Opuszczone gospodarstwa

 

…pilnowanych jedynie przez koty…


***

…i boćki.

***

***

Wcześniej pisałem o tym „później”.
„Później” właśnie nastąpiło.

W okolicach Strzelc Wielkich, gdzieś za osadą Zamoście-Kolonia, chciałem skrócić drogę przez pola. Spotkani miejscowi chłopi powiedzieli, że „dawniej tam była jakaś ścieżka, nawet ktoś parę lat temu szedł nią na południe, ale teraz wszyscy jeżdżą drogą ok. 10 km naokoło, ale tu jest tylko trzy kilometry przez te łąki do tamtego lasu na horyzoncie, ale ścieżka to nie wiadomo, panie… Jak traficie na mostek, to dalej już tylko gorzej…”

Zaryzykowałem.

I miałem nieziemskiego farta – trafiłem na ten mostek. Mostek okazał się być „metr na metr” – dosłownie. Mostek nad kanałem, właściwie kanalikiem, między… kolejnymi bagniskami. Kanały charakteryzowały się tym, że można w nie było wpaść do wody po pas, a w bagniskach – lazłem zanurzony tylko po kostki, no – czasem, choć rzadziej, po pół łydki, w wodzie. To wszystko w gęstej dzikiej trawie, pokrzywiskach, chaszczach czepiających się wszystkiego, o wysokości prawie człowieka, wśród nawałnicy komarów i innego robactwa – w tym kleszczy, których po tych trzech kilometrach zrzuciłem z siebie kilka. Piękna walka przez ponad godzinę – wyszedłem z niej mokry od wód bagniska i od potu. A tak sielankowo wygląda na zdjęciu – choć tu już koncówka przy lesie, który okazał się zbawienny. Pod tymi trawami – kilka-kilkanaście centymetrów wody, bajka:


Trzykilometrowe bagnisko

 

Kolejny las, za Nową Brzeźnicą, jest jeszcze bardziej przyjazny – nie dość, że komarów tu już tylko 300 milionów na kubik, to jeszcze pojadłem borówek i poziomek.


Lasy nadwarciańskie

 

W końcu w miejscu Ważne Młyny (żadnych młynów nie widziałem) przekraczam Wartę – pierwszy raz, bo jeszcze się z nią spotkam później.


Warta

 

Potem przepiękna, prosta jak strzała, 10-kilometrowa przecinka przez las – ale tutaj dosłownie plułem komarami.


Lasy nadwarciańskie

 


Lasy nadwarciańskie

 

W końcu osiągam jakiś pierwszy wyraźny etap na mapach (których nota bene dźwigam nieco ponad pół kilograma) – w okolicy miejscowości Kruszyna przecinam krajową „jedynkę”:


Droga nr 1

 

W Kruszynie stoi barokowy kościół z XVII w., ufundowany przez rodzinę Denhoffów – potomków Kacpra Denhoffa, polityka inflanckiego, doradcy Zygmunta III Wazy. Kacper Denhoff w Kruszynie wybudował również pałac, dziś niestety zamknięty i mocno zniszczony. Z Kruszyną i rodziną Denhoffów związana jest ponura legenda: kilka kilometrów na południe od Kruszyny w kierunku na Borowno, wśród pól stoi obelisk upamietniający śmierć Kacprowego syna, który popelnił samobójstwo po stracie ukochanej Barbary Szafraniec w pożarze wywołanym przez parobków na zlecenie ojca, który nie chciał dopuscić do tego małżeństwa – w podpalonym budynku zginęła cała rodzina Szafrańców.


Kościół w Kruszynie

 


Kolumna Denhoffa

 

Na nocleg pakuję się do jakiejś opuszczonej chaty stojącej w szczerym polu za Borownem – i całkiem słusznie, bo w nocy kołysze mnie do snu potężna burza i oberwanie chmury.


Nocleg w opuszczonym domu

Nie wiem kto i komu to napisał – ale po nocnej zlewie takie właśnie odczucia miałem do tej pustej chatki:
„Kocham Cię, Kwiatuszku”.

 

Po minięciu linii kolejowej pod Rudnikami i błądzeniu po rudnickich lasach łapię kierunek na Mstów, po drodze łapiąc też trochę wody. To co widać na poniższym zdjęciu to jest skrzyżowanie („mojej” szutrówki z drogą asfaltową), a fontanna to przejeżdzająca ciężarówka:


Okolice Mstowa

W Mstowie zatrzymuję się na chwilę, żeby rzucić okiem na kościół i klasztor Kanoników, założony tu już w XIII w. Oczywiście obecne budynki pochodzą z późniejszego okresu – to XVIII-wieczny barok. Zespół często ulegał zniszczeniu, w końcu został odbudowany w latach 30-ych XX w. Zaglądam też przez kratę do wnętrza.


Mstów

Wnętrze kościoła w Mstowie

Mstów okazuje się być pierwszą miejscowoscią Jury Krakowsko-Częstochowskiej na mojej trasie – przekroczywszy Wartę (to ten drugi raz) widzę nad jej brzegami pierwsze skały wapienne.


Mstów

Inne oznaki, że to już Jura – to drogi wyłożone wapieniem.


Oznaki Jury

 

Gdzieś wśród pól znajduje rzadki widok – jak najbardziej polskie, dziko rosnące maki. Na szczęście jeszcze nie wyginęły.


Polskie maki

Po drodze na południe mijam, położony kilka kilometrów obok, zamek w Olsztynie pod Częstochową – widziałem go nieraz, więc nie będę zbaczał.


Olsztyn pod Częstochową

 

Za to nie daruję sobie – zwłaszcza, że i tak mam po drodze – obejrzenia barokowego drewnianego kościoła św. Idziego w Zrębicach. W środku znajduje się m. in. późnogotycki obraz Matki Bożej Betlejemskiej pochodzący z XV w. – niestety do wnętrza dostępu bronila krata wejściowa, więc widać jedynie jego fragment po prawej stronie dolnego kadru (zasłaniają drzwi).


Kościół w Zrębicach

Wnętrze kościoła w Zrębicach

Później Siedlec…


Siedlecka chałupa

…położony w sąsiedztwie Pustyni Siedleckiej (właściwie zarośniętej) oraz kamieniołomu wapienia.


Kamieniołom siedlecki

 

Na kolejny nocleg zawędrowałem późnym wieczorem do Niegowej na parafię – poprosiłem o kawałek dachu nad głową i ksiądz udostepnił salkę katechetyczną. W nocy znowu zlewa. Psiakrew – w takich warunkach kiełbasę trza jeść „na surowo”, bo ogniska nie idzie rozpalić…
Kościół (p.w. św. Mikolaja) ładny – jeden z najstarszych w okolicy, romańsko-gotycki, pochodzi z XIII w., później przebudowywany (dobudowano m. in. wieżę), wnętrze barokowe.


Kościół w Niegowej

 

Właściwie w tych zlewach to miałem szczęście – w ciągu dnia miałem jedynie niewielkie deszcze, grube ulewy zdarzały się tylko nocami – przewidując je, z reguły szukałem jakiegoś kawałka dachu lub wiaty. Z Niegowej następnego ranka poranna rosa prowadzi mnie w kierunku Bobolic.


Poranne rosy

 

Bobolice.
Z reguły mam obiekcje co do odbudowywania ruin – bo z wraz z odzyskaniem szpetnego „blichtru świeżości” najczęściej tracą duszę. Tutaj na szczęście jakoś się udało osiągnąć kompromis, choć położony poniżej zamku hotel, mimo próby zachowania stylu, szpeci okrutnie. Nie był wart naciskania migawki. Za to podczas prac związanych z odbudową zamku „odryto” piękną bramę skalną, dawniej zarośnięta krzakami i zasypaną śmieciami. Do bramy prowadzą, onegdaj wykute w skale przez budowniczych zamku schody, których fragmenty się zachowały. Zamek oczywiście powstał za króla Kazia Wielkiego – wybudowanie takiego jednego kosztowało króla około trzech ton srebra (ładnych parenaście milionow na dzisiejsze pieniądze), a że skarbiec był raczej ubogi – w ramach spłaty dlugów państwowych król w testamencie przekazywał „Orle Gniazda” rycerstwu i wielmożom.


Bobolice

Bobolice

Kolejny fajny punkt na trasie – Góra Zborów – rezerwat ostanców i mekka polskich wspinaczy. Niestety mokro i zimno – targane silnym wiatrem krople deszczu dopadły mój obiektyw nawet wewnątrz groty.


Góra Zborów

Góra Zborów

Góra Zborów

Potem przez lasy Góry Apteka w kierunku Morska – tam obok koszmarnego zestawu komercyjno-rekreacyjnego (wyciąg, hotel, tzw. infraskturktura) stoi sobie zamek Bąkowiec. Zamknięty oczywiście, a jakże.


Zamek Morsko

No to lecim na Piaseczno.

***

Mijam Okiennik Wielki…


Okiennik Wielki

…i Żerkowice. Polska to nie Albania, ale swoje bunkry też ma.


Bunkry w Żerkowicach

 

W Żerkowicach prócz bunkrów stoją mocno strzeżone rezydencje na ciężkie miliony – rozmawiałem z miejscowymi; podobno ich właściciele w ogóle nie odwiedzają swoich posiadłosci (pewnie mają takich dziesiątki), bo prawie nie opuszczają swoich prywatnych samolotów – pracują na ich pokładach, w przelotach między jedną filią swojego przedsiębiorstwa w Indiach, a inną w Brazylii. Czy to znaczy, że oni też podróżują?… Chyba bym tak nie chciał. Wolę włóczyć się po lasach, jak np. po tym między Karlinem a Górą Birów:


Lasy Jury

Na Górze Birów kilka lat temu postawiono rekonstrukcję średniowiecznego grodziska – czasem wewnątrz odbywają się turnieje rycerskie, pokazy wojów czy inne „wakacje z duchami”.


Rekonstrukcja grodu na Górze Birów

Stąd już tylko rzut beretem do Podzamcza – tutaj Wajda kręcił swoją „Zemstę” Fredry. Zamek znam, więc ulicą Krakowską, przy której stoi fajna niebieska chałupa, gnam dalej na las Łosiec.


Podzamcze-Ogrodzieniec

Podzamcze

Las Łosiec.

 

Za Żelazkiem, na górze Świniuszka – kapliczka na drzewie. Matka Boska opiekuje się takimi wariatami jak mazeniak, więc trochę niżej, we wsi Rodaki trafiam do przesympatycznej rodziny, która mnie ugościła na noc. Wykarmili, wysuszyli, wymyli i wyspali. Po czym rano znowu nakarmili fest i życzyli szerokiej drogi. Czemu im nie zrobiłem zdjęcia? Pewnie z zaskoczenia gościnnością. Są jeszcze fajni ludzie na świecie.


Świniuszka

W tych samych Rodakach znajduje się kościół (św. Marka) z XVI w. zbudowany bez użycia gwoździ.


Rodaki – kościół

 

Mijam Chechło i wkraczam w resztki Pustyni Błędowskiej. Kiedyś spędzałem tu kupę czasu – po robocie pakowałem się do swojego 25-letniego UAZ-a, umawiałem się z kumplem (z drugim UAZ-em), braliśmy paru innych kolegów, kratę piwa, pół tony kiełbachy i kilka bochenków chleba, rozpalaliśmy wielkie nocne ognicho, a rano wracaliśmy do roboty. Tam już wiedzieli, gdzie spędzaliśmy noc, po ilości piachu naniesionego do firmy.
Dziś na dzień dobry pogonią cię żołnierze, strażnicy itp. – choć chyba trochę bezsensownie, skoro chcą „odbudować” pustynię. Zwłaszcza jak się popatrzy na całe połacie wycinanych sosen. A to wyganianie również pod pretekstem „twojego bezpieczeństwa” – o czym poniżej na zdjeciach.


Jak na pustynię to dość tu wilgotno – w nocy oczywiście padało.

Samotność długodystansowca na, zarośniętej niczym gęba tegoż, pustyni.

Białą Przemszę wpław. Tym razem z buta, nie na kołach.

Karczowanie Pustyni Błędowskiej.

„W trosce o twoje bezpieczeństwo…”

„…w ciągu następnych kilku lat ustawimy tu kamery.”

 

Zostawiam pustynię z jej „niebezpieczeństwami” i obieram kierunek na Rabsztyn, gdzie na wzgórzu stoją ruiny średniowiecznego zamku, który Szwedzi w ramach akcji „Potop” zniszczyli w 1657 r., a dodatkowo w XIX w. poszukiwacze skarbów wysadzili jedną z baszt. Dzisiaj zamek straszy „plombami” z cegły w otworach okiennych, żeby przypadkiem ktoś nielegalnie się nie dostał do środka. Ciekawostką jest fakt, że zamek był tłem w kilku scenach filmu „Karol, człowiek, który został papieżem”.


Rabsztyn – zamek

Potem kilka kilometrów przez las z Olewina na Sułoszową – jedną z najdłuższych wsi w Polsce, choć do Zubrzycy się nie umywa – Sułoszowa ma raptem 9 km długości. W lesie na polanie łapię w obiektyw drapieżnika spoglądającego na swoje królestwo ze snopka siana.


Drapieżnik

Okolice Sułoszowej

Sułoszowa – chałupa to pikuś, bo dach z eternitu, ale zwroćcie uwagę na komin!


Sułoszowa

Stylizowany na neobarok kościół w Sułoszowej z dwudziestolecia międzywojennego:


Kościół w Sułoszowej

A dalej klimaty doliny Prądnika:


W dolinie Prądnika

Pieskowa Skała i Maczuga Herkulesa:


Dolina Prądnika

***

 

W końcu na nocleg trafiam do starego kumpla, który osiadł pod Jerzmanowicami. Proszę Państwa, teraz z szacunkiem proszę – ten Muscel (na podwoziu Range Rovera), na którego błotniku prezentuje się mały „Gwiazdor” („Gwiazdor” to ksywka stojącego obok ojca, zwanego też inaczej „Piękny Marek”, choć ani on Marek, ani piękny  ) – no więc ten Muscel, kierowany przez tego dużego kolesia, dotarł kiedyś do Indii i spowrotem, w dodatku przez część drogi taszcząc na pace motocykl z wózkiem bocznym.


Ojciec i syn

Jak się tak idzie samotnie…

Zabijanie czasu.
Idę i idę.
Czasem przystaję, by zrobić zdjęcie. Ale to wyjątki, bo normalnym sposobem spędzania czasu jest naprzemienne, monotonne poruszanie nogami. 440km to co najmniej pół miliona kroków. Pół miliona ruchów prawą nogą, pół miliona ruchów lewą nogą. Spróbuję policzyć, może nie do pół miliona, ale… Po dwustu mam dość.
Nuda.
Nic sie nie dzieje.
Co robić?
Zaczynam mówić do siebie. Tzn. nie tyle mówić do siebie, co myśleć na głos, wyrażać swoje myśli. Obcuję z samym sobą, czasem jedynie zamieniając parę zdań z panią z wiejskiego sklepiku czy z kimś, od kogo biorę wodę.
Albo modlę się. Klepię bezmyślnie zdrowaśki w rytm kroków, albo rozmawiam z Bogiem tak prawdziwie, podziwiając jego pomysłowość w akcie stworzenia. Kopię leżące na drodze szyszki, kamyki itp. Odgarniam kijami kępy wilgotnych od deszczu traw czy pokrzyw, na których w mojej wyobraźni czają się kleszcze. Śpiewam, początkowo pod nosem, żeby ktoś, kto mnie nagle przypadkiem usłyszy, nie zrobił zdziwionej miny, a mnie będzie głupio. Po jakimś czasie jednak już mam to gdzieś i śpiewam, gadam itp. wyraźnie na głos. Czasem mam się ochotę zadrzeć. Wieczorem zaś przychodzi uspokojenie, przy ognisku, albo przy kolacji zamykam gębę. Uspokojenie, wyhamowanie przed snem.

Znużenie.
Idę i idę.
Znużenie następuje dość szybko po poranku. Potem dochodzi zniechęcenie. Koło południa na krótko trzeba przerwać tą monotonię, żeby po południu znów nabrać dobrego tempa. Zaglądam do sklepików pod pretekstem zakupu bułki czy butelki „czarnej wody” (coli) – „czarna woda” to szybki cukier i nagły kop. Nie tyle fizyczny, co bardziej psychiczny, na zasadzie placebo.
Monotonię przerywa też pogawędka ze sprzedawcą, ściągnięcie na chwilę butów.
Zbijałem monotonię marszu idąc czasem na bosaka, na przykład po łąkach czy piaszczystych leśnych dróżkach. Wykorzystuję każde pobocze, każdy pas trawy przy asfalcie. Czasem można nogę skręcić, lepiej się idzie po wystrzyżonych. Każdy pretekst do przerwania monotonii jest dobry, choćby to skutkowało mniejszymi dziennymi przebiegami.
Bardzo dużo czasu poświęcam na fotografowanie. To znaczy nie tyle samo fotografowanie, co jego celebrację. Aparat trzymam schowany w torbie foto wsadzonej do plecaka. Za każdym razem muszę stanąć, znaleźć miękkie miejsce (trawa, ziemia) na wbicie kijów, żeby ich potem nie podnosić z ziemi, ściągnąć ciężki plecak, podpierając go najpierw na kolanie, postawić go na ziemi tak, żeby się nie przewracał, wykorzystując konfigurację terenu, odpiąć klapę, wyjąć aparat. Potem celebracja zdjęcia – pomiar światła i takie tam, pstryk. Chowam aparat, zakładam plecak, zapinam pas biodrowy, regulując go minimalnie za każdym razem, bo podczas marszu się o ten milimetr-dwa rozsunie i nie trzyma jak należy. Kije w łapy, poprawka pasków, znowu w drogę. Za każdym razem zajmuje mi to dwie-trzy minuty. A to już są inne dwie-trzy minuty. Czasem robiłem tak dosłownie do kilkadziesiąt metrów.

Zmęczenie.
Idę i idę.
Najbardziej męczą się nie nogi, uda, łydki, nie plecy (od ciężaru plecaka), lecz – spody stóp. Nie tyle od samego marszu – co od przegrzania. Najgorszy jest asfalt, zwłaszcza długie jego odcinki, nieprzerywane odpoczynkiem na łąkach czy polnych drogach. Dodatkowo psycha siada. Miałem tak podczas okrążania Krakowa. W okolicy dużych miast posesje są niewielkie, teren poszatkowany ogrodzonymi działkami z domami, przeważająca wiekszość dróg poasfaltowana. Nie ma którędy ominąć tego, żeby iść po lesie (po trawie lub zwykłej ziemi). Cały czas asfalt lub beton. Nawet drogi w Dolinkach Podkrakowskich pokryte są w wiekszości asfaltem. Masakra. Będkowska – prawie wszędzie asfalt! Niedługo pod Dupę Słonia będzie szła asfaltowa ścieżka i wydzielony pas dla rowerów.


Dupa Słonia. Skała się tak nazywa. Dolina Będkowska.

A obok szumi wodospad Szum.

Niegoszowice. Od jakiegoć czasu włóczę się asfaltem.
Z początku, żeby szybciej ominąć Kraków, później, bo nie było innej możliwości…

Z tego wszystkiego staram się wynajdować takie perełki. Praktycznie prawie w granicach Krakowa!

Kleszczów.

Radar lotniczy w Popówce.

W końcu mijam kolejny ważny z punktu widzenia psychologicznego etap na mapie – przecinam autostradę A4. Następny – to Wisła.


Autostrada A4 nade mną.

Zaraz obok lotnisko w Balicach.

 

W Liszkach pytam o prom na Wiśle – co prawda przed wycieczką sprawdzałem, że kursuje codziennie, ale… Po co z Kopanki wracać kilkanaście kilometrów do kładki na stopniu wodnym przy autostradzie. Z daleka obserwuję, jak nadwiślańskie mewy bawią się rytmicznie w podrywanie się, kołowanie nad polem i lądowanie – i tak raz na mniej więcej minutę. W tle widać neoromański kościół w Liszkach. Tamże powstaje też kiełbasa Lisiecka – kiedyś jedna z lepszych kiełbas w Polsce. Na lisieckim rynku spytałem o ten prom – i dobrze zrobiłem. Wczoraj nie chodził ze względu na wysoki stan wody na Wiśle. Nie liczę, że dziś będzie chodził. Obieram kierunek na wschód – na kładkę przy autostradzie. Z kilku kilometrów widać klasztory Benedyktynów i Kamedułów. Ci pierwsi wykonują benedyktynską pracę np. tłumacząc Biblię Tysiąclecia, ci drudzy – to najbardziej chyba rygorystyczna i ascetyczna reguła zakonna świata.


Liszki.

Tynieckie opactwo Benedyktynów widziane z okolic Liszek…

…i klasztor Kamedułów na Bielanach.

Wisła – brudna królowa polskich rzek. Ja sam nie wyglądam lepiej po tygodniu wędrówki.

Rezerwat Skołczanka w tynieckim lesie. Jeden z nielicznych odcinków nie asfaltowych.

 

W Tyńcu chcą wyciąć w pień połowę lasu i wybudować spalarnię zwłok (taki nowoczesny pseudocmentarz). Zaraz obok rezerwatu. No tak jest najlepiej przecież. Nie jestem żadnym podupconym zielonym ekoterrorystą, ale kretynizm i chęć robienia kasy za wszelką cenę przez rzadzących tym światem wnerwia mnie równie mocno, co miejscowych, którzy jedyne co mogą zrobić, to pisać petycje i wywieszać transparenty. Takie jak poniższe (idzie o Majchrowskiego, który, zdaje się, wydał pozwolenie na wycinkę połowy Tyńca i budowę tejże spalarni. Jakby się nie dało gdzie indziej).


Precz z prezydentem

 

Gnam dalej asfaltami przez podkrakowskie osiedla. Późnym wieczorem dochodzę do pewnej miejscowości położonej przy Zakopiance (pominę, która to). Miejscowe młode żuliki, chlejące piwko pod sklepem, rzucają coś w stylu „Na Zakopane to nie w tą stronę”, na co odpowiadam, że i owszem, w tą. Pierwszy kontakt nawiązany – okaże się, że jeszcze się przyda. Dołażę do Zakopianki i dzwonię do kumpla, który mieszka w okolicy. Okazuje się jednak, że, primo – rano wyjeżdża w daleką trasę (choć dla niego to nie jakiś wielki problem), secundo – mam do niego jeszcze jakieś 7-8 kilometrów. Dzisiaj już nie dam rady, wyplułem się na tych asfaltach. Rezygnuję i wracam pod sklep zagadać do żulików. Słyszę:
– Co, jednak nie w tę?
– W tę, w tę, ino muszę miejsce na kiblowanie tu gdzieś znaleźć.

Od słowa do słowa, rozgadaliśmy się. Jak powiedziałem skąd idę, to z początku nie chcieli uwierzyć, a potem – pełen szacunek. Nawet coś w rodzaju sztamy  – ino jakoś ten szacunek nie chciał się na kawałek dachu zamienić (znowu ten cholerny przewidywany deszcz!). Jeden mieszka z matką i widać, że się jej panicznie boi, drugim rządzi jakaś laska, której też się boi, trzeci to, czwarty tamto… W końcu pytam o plebanię. Żuliki stwierdzają, że stary ksiądz i owszem, wziąłby na plebanię, ale nowy – nie. Zaryzykuję, nic mnie to nie kosztuje. Zaprowadzają, bo plebania nie tam gdzie kościół. Obawy mam, bo w wiosce na bogato (całkiem bogato). Żuliki się ulatniają, ja rozmawiam… z kamerą, która w dodatku świeci mi prosto w oczy. Przedstawiam się, mówię co i jak, skąd i gdzie, pytam o kawałek dachu nad głową, jakiś garaż, wiatę, cokolwiek. „Ja pana nie znam. To nie hotel.” Odpowiadam: „Rozumiem, dziękuję.” Oj, zmienili się ci proboszczowie. Zwłaszcza w cywilizowanych miejscach. Zupełnie jak społeczeństwo. Im bogatsze tym gorsze. A bynajmniej nie jestem antyklerykałem.

No nic, wracam do centrum, idę pod kościół, może tam gdzieś będzie jaki dach. Okrążam… jest! Pod schodami do zakrystii. Ksiądz nie przyjął, Bóg przytulił. A poranna „zemsta” będzie słodka. No – może nie tyle zemsta, co może nauczka dla księdza bez powołania. Robię se szybką kolację i idę w kimę.


Schody do nieba nade mną. Znaczy do zakrystii.

 

Rano budzi mnie jakiś starszy facet. Kościelny. Co, jak, dlaczego tu… Wyjaśniam i na odchodnym proszę o przekazanie księdzu fragmentu ze świętego Mateusza:
„Byłem głodny, a daliście mi jeść. Byłem spragniony, a daliście mi pić. Byłem przybyszem, a przygarnęliście mnie”.
Za młodu byłem lektorem i znam parę kawałków z Pisma Świętego na pamięć.
Tak, zgadza się – mam charakter, że „do rany przyłóż”. Ino ta rana lubi się potem jątrzyć 

Ale żeby była jasność: nie piszę tego, żeby pokazać, jaki to kler jest wredny. Nie jest – kilka dni wcześniej ksiądz w Niegowej przyjął mnie pod dach, choć go już z łóżka wyciągnąłem. Więc nie ma co szufladkować ludzi. Po prostu – chłop gdzieś się po drodze pogubił w tym, co chciał robić w życiu – zamiast iść na jakieś studia ekonomiczne poszedł do seminarium. Nie on pierwszy i nie ostatni. Są nauczyciele, co uczą dzieciaki tylko wypelłniać testy, są i księża bez powołania.
Chciałbym, żeby mu to oczy otworzyło, bo następnym razem może zapukać głodny i bezdomny, a nie jakiś cymbał, któremu zachciało się wędrować przez pół Polski.

Obieram kierunek na drogi gdzieś pomiędzy Świątnikami a Myślenicami.


Gdzieś pod Myślenicami

Gdzieś pod Myślenicami

W okolicach Myślenic znów przecinam Zakopiankę, tym razem w przeciwną stronę, właśnie do Myślenic. A tam chłopaki zwarci i gotowi. Na razie czekają na opylenie, bo to egzemplarze „salonowe” jeszcze, ale może już niedługo będą służyć w Straży.


Salon sprzedaży

Myślenice przebiegam, znowu kreślę Zakopiankę (nazad na wschodnią stronę) i tnę Rabę po moście.


Zarabie

Nastepnie Góra Chełm. A tam takie cudo – na chodzie (zwracam uwagę na bieżnik tylnego koła):


Ciągle w użyciu

Kolejna nocka (no, na razie wczesny wieczór). Dość mam chowania się pod tymi „dachami”, musi być w końcu ognisko. Nawet choćby miała być sakramencka zlewa.


Popas na Chełmie

 

A do rana spadło raptem kilka kropel.

Następny dzień miałem wyjątkowo luźny. Potraktowałem go jako odpoczynkowo-towarzyski, poza tym to był dzień Pański (niedziela znaczy), więc prawie zgodnie z koszernymi przepisami (Żydzi w szabas nie mogą dreptać więcej niż 2 tysiące kroków czy coś koło tego, chyba tylko do bożnicy) zrobiłem raptem 7 łatwych kilometrów, spotykając po drodze parę znajomych osób. W końcu jestem blisko swoich terenów.
Najpierw do kościółka (na Chełmie), oddać chwałę Panu Bogu.
Potem w kierunku schroniska na Kudłaczach – koło niego biegnie szlak po Lubomirze. Tam spotykam znajomego przewodnika, który akurat imprezuje z grupką swoich znajomych, obchodząc urodziny jednego z nich. Właśnie wszyscy zaczynają leczyć kaca i niespecjalnie mają ochotę na jedzenie, którego i tak zostało dość dużo po wieczornej balandze – załapuję się na „drugie śniadanie”. Najlepsze były kiszone ogórki własnej roboty – dawno tak dobrych nie jadłem. Na drogę dostaję jeszcze z kilogram mięsa i kiełbasy na wieczorne ognisko.


Okolice Kudłaczy

Ja idę w chmurach po Lubomirze, a nad Lipnikiem widać słońce.

Obserwatorium astronomiczne na Lubomirze.

A to makiety starych budynków obserwatorium.

 

Minąwszy obserwatorium schodzę z Lubomira. Po drodze widzą stojący znajomy samochód, a parę minut później witam się z Rafałem, który jest akurat przelotem w odwiedzinach u rodziców przebywających tutaj na wakacjach. „Lolek” to gość, który doprowadza mojego grata (samochód znaczy) do stanu używalności i przydatności na wycieczkach po świecie. Facet, który o Isuzu Trooperze wie chyba wszystko. Ponieważ dzień luźny, więc kawka, pogaduszki etc. U Rafała załapuję się również na kolejny posiłek, tym razem grill – dorzucam więc też swoje mięcho. Mama Rafała wpycha we mnie górę fantastycznych sałatek, smażonych kalafiorów i innych frykasów oraz dodatkowo jakąś pieczoną wołowinkę, no i oczywiście tony karkówki z grilla. Moje „drobiazgi” mięsne, otrzymane rankiem od kumpla-przewodnika, przy tej ilości to tylko drobiazgi. Jak schudłem przez poprzednie dni wędrówki o dobrych parę kilo – to teraz wszystko wrociło do normy w ciągu godziny.


Rafał vel Lolek.

Kilka godzin odpoczynku, wyżerki i laby. Ponieważ Rafał wraca do Krakowa, a ja mam już plany na noc, żegnamy się – dreptam dalej. No i miałem nadzieję, że trochę „rozchodzę” ten spasiony brzuch, ale nic z tego. Wieczorem przy ognisku jedynie duże ilości herbaty.


Wieczorna herbata

Wieczorne ognisko

Następnego ranka mijam owce na Wierzbanowskiej Górze (no – tutaj to ma sens, a nie jak na łódzkich równinach)…


Wierzbanowska Góra

…oraz krowy na zboczach Dzielca.


Dzielec

Znowu znajome ścieżki. Opuszczona stacja kolejki – niegdyś atrakcji turystycznej.


„Nie wolno chodzić po torach.”

Czyżbym o tym już gdzieś kiedyś pisał?


Wspomnienia z zimowej wycieczki do Lupusa

Mostem na Kotówce kieruję się w stronę Ćwilina.


Most na Kotówce

Łąki pod Ćwilinem.

Bliźniaki.

Gdzieś pod Ćwilinem chłopy jeszcze pracują końmi – jakież to fajne.


Konie w polu

Konie w polu

Nad Wilczycami.

Niektóre szałasy na grani Ostrej już niestety dogorywają…

…inne są zamknięte na porządne kółdki.

Ćwilin, Lubogoszcz, Wierzbanowska Góra – za mną.


Panorama na okolice Wilczyc

Tym razem zamiast zyliona komarów (choć tych też trochę jest), mam zylion borówek. Na Jasieniu na podwieczorek wcinam ich pół litra z cukrem.


Kolory borówek

Podwieczorek

Widok na Mogielicę z Polany Skalne pod Jasieniem.

Nocleg na Jasieniu w szałasie. Po borówkach obowiązkowa kiełbasa – jeszcze z zapasów od kumpla-przewodnika.

Wnętrze szałasu na Polanie Skalne

 

Szałas na Polanie Skalne jest jednym z ostatnich szałasow (ze świetnym wyposażeniem) odpostępnionych dla turystów. O poranku:


Wnętrze szałasu na Polanie Skalne

Podcienia szałasu na Polanie Skalne

 

Potem przez Pustki i Myszyce w kierunku Gorców.


Polana Pustki

 

A tam gdzieś majaczą Luboń Wielki i Szczebel.


***

 

Przekraczam przełęcz Przysłop i z Polanki Jaworzynka obserwuję Jasień, Kutrzycę, Mogielicę i Lubomierz w dole.


Panorama z Jaworzynki

 

A na wschód – Kiczora z antenką, Modyń, oraz na horyzoncie Beskid Niski.


Panorama z Jaworzynki

 

To pamiętamy z zimowej wędrowki do Lupusa. Polana pod Skały:


Pod Skały

 

A tam gdzieś się wybieram – otoczenie Doliny Kaczej w Tatrach przez obiektyw 300mm: z lewej w chmurach Garłuch i Zadni Garłuch, potem Batyż, Żelazne Wrota i Ganek, z prawej w chmurach Wysoka.


Widok na Tatry

 

Przez Kudłoń schodzę w kierunku przełęczy Borek, gdzie jeszcze parę lat temu, żeby dostać się na nią na rowerze od strony doliny Kamienicy – musiałem przedzierać się przez krzaki i przenosić rower przez połamane drzewa. Dziś na Borek doliną dolnej Kamienicy z Przysłopu można dojechać samochodem (szeroki szutr).


Na Borek

Wiatrołomy górnej Kamienicy pod Długą Halą.

Długa Hala.

 

A w oddali na zachodzie – Babia Góra, po której kiedyś biegałem nocami z Wojtkiem:


Babia Góra

Ołtarz papieski na Turbaczu.

 

Nad Turbaczem zapętliły się dwa latacze – widać wyczuły prądy wznoszące, bo szybko znikały w górze. Pod Nowym Targiem znajduje się lądowisko.


Szybowce nad Turbaczem

 

W schronisku robię sobie chwilę przerwy – doładowuję baterie do aparatu i telefonu, dając przy okazji odpocząć nogom. Pod szczytem Turbacza, od południowej już strony, stoi krzyż upamiętniający partyzantów, walczących tak ze szkopami podczas wojny, jak i z kacapami po wojnie – m.in. „Ognia” (Józefa Kurasia).


Partyzancki krzyż

Bukowina Waksmundzka. Tutaj owce jak najbardziej mają sens.

 

Z daleka widać Pieniny i Jezioro Czorsztyńskie:


Pieniny z Waksmundzkiej

W dolnych partiach Hali Waksmundzkiej, na Wyżnim Zarębku zalegam na popas.


Wieczorne ognisko

 

Gdzieś koło północka, już trochę przysypiając, usłyszałem, wydobywające się z krzaków poniżej skarpy, nad którą leżałem, wyraźne „niuchanie”. Dla świętego spokoju spakowałem graty i zacząłem leźć ścieżką, żeby się znaleźć bliżej jakichś zagród. Po jakichś 400 m droga zrobiła zakręt o 180 stopni i znalazłem się znów w pobliżu miejsca, gdzie miałem biwak, ino jakieś 100 m niżej. W świetle latarki zobaczyłem młodego (tak na oko jednorocznego) miśka. Grzecznie przez parę sekund poświeciłem mu w oczy z odległości ok. 30 m – po czym „zły” obrócił się i poszedł se w las, a ja zlazłem jeszcze jakieś 2 kilometry do zabudowań w Łopusznej, żeby mnie znowu nie nawiedzał w nocy. A rano obudziłem się z widokiem na Tatry.


Z popasu w lesie przegonił mnie miś.

 

Zszedłem całkiem na doł do Łopusznej i obejrzałem sobie gotycki kościół z XIV wieku…


Łopuszna – kościół

 

…z szablonową (patronową) polichromią gotycką na barierze chóru i stropie…


Łopuszna – kościół

Łopuszna – kościół

 

…oraz otwieranym gotyckim ołtarzem-tryptykiem ze sceną ukoronowania Maryi:


Łopuszna – kościół

 

Obok kościoła znajduje się mały skansen – tzw. Dwór Tetmajerow…


Łopuszna – skansen

 

…wraz z zabudowaniami przydworskimi:


Łopuszna – skansen
Stróżówka po lewej, spichlerz i chata.

 

Opuszczając Łopuszną opuszczam również Gorce.


Gorce za mną

 

Przede mną Podhale, a potem Tatry. Rzut oka na pierwszą wyraźną panoramę:


Od prawej – najpierw widać Tatry Zachodnie: Kominiarski, Czerwone Wierchy, Kopa Kondracka i Giewont poniżej (na dużej rozdzielczości go widać), dalej Suche i Goryczkowe Czuby, Kasprowy, Beskid, Skrajna Turnia, Pośrednia Turnia, Świnica, Gąsienicowa Turnia, Niebieska Turnia, Zawratowa Turnia, Zawrat, Mały Kozi, Zamarła, Kozie Czuby, Kozi, Czarne Ściany, Buczynowe Turnie, z przodu zaś Koszysta, następnie Wołoszyn, Cubryna, trzy Mięgusze (MSW, Pośredni, Czarny), Wołowy Grzbiet (na tle chmury), Żabi Koń, Rysy, Wysoka, Ganek (z widoczną w dużej rozdzielczości Galerią), Żelazne Wrota, Kończysta (na tle chmury), Batyż, Zadni Gerlach i Gerlach (oba Garłuchy w chmurach), Świstowy, mur Jaworowych (też częściowo w chmurach), a dalej zasłania las, z ponad którego delikatnie wystaje bodajże kawałek Lodowego.

Podhale.
Na dzień dobry kieruję kroki do Nowej Białej. Stoi tam – oczywiście biały, ale nie całkiem nowy ;) – barokowy kościół św. Katarzyny Aleksandryjskiej, patronki podbliskiego Nowego Targu, postaci prawdopodobnie legendarnej, której pierwowzorem była Hypatia Aleksandryjska – starożytna (IV w.) matematyk, astronom, filozof, która zginęła śmiercią meczeńską w wyniku walk politycznych pomiędzy Orestesem, rzymskim prefektem Aleksandrii i kumplem Katarzyny-Hypatii, a Cyrylem, biskupem Aleksandrii, jej przeciwnikiem.

Zanim w XVIII w. wybudowano obecny murowany kościół, wcześniej stała tu drewniana świątynia z XVII w. Fragment wnętrza oczywiście fotografowałem przez kratę w drzwiach bocznych – kościół był zamknięty. Wnętrze jest w wiekszości barokowe i rokokowe (fantastyczny drewniany, złocony ołtarz). Z ciekawostek: szafowy konfesjonał (niestety foty nie mam, bo stoi z boku koło głównego wejścia), zdobiona kamieniami szlachetnymi ambona (na drugim zdjęciu po prawej) z wizerunkiem siewcy (niestety na zdjęciu prawie niewidocznym, bo w głębokim cieniu pod baldachimem nad wejściem). Obraz samej Katarzyny (w prezbiterium), ze sceną jej śmierci, jest zakryty przez wizerunek Matki Boskiej.


Nowa Biała

Nowa Biała

 

Parę kroków za Nową Białą postanawiam odpocząć na plaży z otoczaków w przelomie Białki pod Kramnicą. Pod samą Kramnicę nie przechodzę – kiedyś to uskuteczniałem, nie było to łatwe. Nurt jest tu na tyle silny, że jest w stanie przewrócić silnego dorosłego chłopa podpierającego się kijami. Onegdaj jednego z moich kumpli wykopyrtnęło podczas przeprawy – ciężkiego plecaka ze szpejem wspinaczkowym szukał dobre paredziesiąt metrów niżej. Nie ryzykowałem takiej zabawy teraz, na Kramnicę – jedną z najfajniejszych polskich skał do wspinu (poza Tatrami) – patrzyłem z drugiego brzegu. Kramnica to wapień – ale nie taki jak podkrakowskie wyślizgane „mydło”, tylko fajny, piaskowcopodobny, szorstki wapień.
Po „mojej” stronie jest jeszcze mniejsza skała – Obłazowa. Pod względem wspinaczkowym skała jak skała – obok paru naprawdę „mocnych” dróg jest jedna bardzo łatwa – ale ze względu na swój „patenciarski” charakter sławna, wielu mocarzy na niej poległo, bo… nie wiedziało jak.


Ok. 30-metrowej wysokości gółwna ściana Kramnicy – wg mnie królowa polskich wapieni.

Skała Kramnicy „wchodząca” do Bialki.

Białka i Tatry.

 

Jednak najbardziej sławna Obłazowa jest z innej przyczyny. W jednej z jej grot, w latach 80-ych XX w., polscy archeolodzy wydłubali kości lwa i hieny jaskiniowych, zęby nosorożca włochatego, rogi renifera oraz ślady człowieka paleolitycznego – w tym najstarszy bumerang świata wykonany nietypowo, bo z kości mamuta. Początkowo podejrzewano, że większość tych drobiazgów to prawdopodobnie ekwipunek łowcy, który tu miał swój schowek, jednak późniejsze badania zweryfikowały tę hipotezę – fragmenty krzemieni przywleczone z okolic Sandomierza (sic!) czy Jury Krakowsko-Częstochowskiej, kryształów tatrzańskich czy np. inne drobiazgi pochodzące z czeskich Moraw, sugerują szamańskie miejsce kultu podczas jakiejś długiej pielgrzymki (np. w poszukiwaniu nowych terenów łownych). Nota bene to nie jedyne takie ślady w okolicy – np. obok Obłazowej znaleziono też ślady obozowiska człowieka paleolitu, a w grotach pienińskich (Walusiowa Jama) narzędzia krzemienne.

Tutaj można poczytać więcej: Człowiek pierwotny w jaskini Obłazowej – Paweł Valde-Nowak (pdf)


Główna grota Obłazowej. Archeolodzy kopią w mniejszej, parenaście metrów na zachód.

Grota Obłazowej.

Pod Kramnicą wykąpałem się – trzeci raz podczas tej wycieczki . Woda ze 4 stopnie, ale ja tak lubie. Niestety – piękne słoneczne dni mają to do siebie, że takie miejsca przyciągają tłumy. W pewnej chwili zjawiła się jakaś kolonia dzieciaków – zebrałem graty i ulotniłem sie w lasy w stronę Trybsza.


Białka pod Trybszem.

 

Trybsz – tutaj jest kolejna fantastyczna rzecz, unikat na skalę światową: zbudowany bez użycia gwoździ modrzewiowy kościół gotycki z 1567 r., z barokową polichromią (1647r.) namalowaną przez nieznanego artystę, zwanego podhalańskim Michałem Aniołem (bo tak jak Buonarotti wymalował sam Sykstynę, tak polichromie Trybsza są dziełem jednego artysty) na prawie całej powierzchni ścian i stropu wnętrza.
Jedna ze scen (Sąd Ostateczny) umiejscowiona jest na tle najstarszej znanej malowanej panoramy tatrzańskiej (Tatr Bielskich). Druga panorama jest pod sceną Wniebowzięcia Maryi – przedstawia krajobraz z zamkami Czorsztyńskim i Niedzickim oraz Tatrami. Inną ciekawostką jest postać Jana Kantego, umieszczonego (po prawej stronie obok ołtarza) pośród świętych… kilkanaście lat przez beatyfikacją, a ponad wiek przed kanonizacją! Autorem koncepcji całej polichromii był ksiądz Jan Ratułowski, ówczesny proboszcz z Frydmana, doktor praw Akademii Krakowskiej, gdzie dwa wieki wcześniej studiował i wykladał również Jan z Kęt (obok świętego widnieje herb „UJ-otu”) – więc prawdopodobnie Jan Kanty wylądował obok ołtarza na 100 lat przed oficjalnym uznaniem za świętego – „po znajomości”.
Mozna zobaczyć też postać Jezusa triumfującego na rydwanie ciągniętym przez podhalańskie owieczki – zresztą motywów „góralskich” jest na polichromii więcej.


Kościół w Trybszu od strony cmentarza.

Wnętrza zdobią świetnie zachowane polichromie z 1647r. Św. Jan Kanty widnieje po prawej stronie od ołtarza.

Jezus Triumfator.

Wnętrza kościoła – rzuca się w oczy ciekawa (jak dla mnie to już prawie rokokowa w charakterze) ambona ze scenami z Chrystusem i Samarytanką przy studni oraz miłosiernym Samarytaninem.

Chrystus, Maria i św. Jan.

Wniebowzięcie Matki Boskiej…

…a pod tą sceną – panorama Czorsztyna, Niedzicy i Tatr.

Sąd Ostateczny na tle Tatr Bielskich.

 

Opuszczam ten skarb architektury podhalańskiej.
Kroki kieruję na ponad 7-kilometrowej długości ścieżkę przez Wierzchowinę w stronę Rzepisk. Przepiękna trasa, krajobrazowo zupełnie dzika, jedynie w pewnym miejscu widać leżącą w dole Czarną Górę. Rzepiska pamiętam z wczesnej młodości, jako wieś z prawie samymi drewnianymi zbudowaniami – dziś niewiele ich pozostało wśród pustakowców. Tutaj onegdaj spałem na zwykłej drewnianej ławie góralskiej z otwieranym siedziskiem, pod którym krył się schowek, tutaj onegdaj myłem się w deszczówce ściekającej po gontach do drewnianej rynny, tutaj onegdaj jadłem domowy chleb popijany żętycą. Nie ma już tych Rzepisk…


Z widokiem na Tatry.

Z widokiem na Pieniny.

Z widokiem na Babią Górę i Czarną Górę.

Z widokiem na polskie czerwone krowy (też rzadkość dzisiaj).

Nad Tatry idzie burza.

W drodze do Pawlików nad Rzepiskami.

Kapliczka zbójnicka z XIXw. nad Rzepiskami.

Obok druga – nieco młodsza.

Pozostałości po starych Rzepiskach – ostrewki z pni świerku.

Wspomnienie po dawnych Rzepiskach.

 

Między Jurgowem a Rzepiskami dopada mnie burza. Na chwilę chowam się w szałasie góralskim, gdzie chłop robi oscypki (dziś oczywiście najczęściej z krowiego mleka), potem właściwie „przebiegam” Jurgów, nie zatrzymując się nawet, by obejrzeć (ale widziałem go wcześniej nieraz) spisko-rokokowy kościół z polichromią z 1813 r., i po przekroczeniu Białki podchodzę stromą drogą przez Brzegi w kierunku drogi przez Głodówkę na Łysą Polanę.


Brzegi.

Tatry Bielskie z Brzegów.

Panorama na Tatry z Głodówki, od lewej:
dwa piki Gerlacha, Żelazne Wrota, Ganek, Wysoka, Rysy, Mięgusze, Wołoszyn.

Tatry Bielskie po lewej i piramida Lodowego po prawej.

 

Na Łysej zawitałem do gajówki i do chałupy strażnika parku – zbierało się na kolejną nocną zlewę, więc poprosiłem o kawałek dachu w szopie czy garażu. W obu mi (dość zresztą niegrzecznie) odmówili. Jak widać, leśnicy, jak i księża są różni – są tacy jak Mario (patrz początek opowieści), bezinteresowni i pomocni, są tacy jak ci dwaj panowie, co mają w dupie, bo jako parkowi są na państwowym (czyli w sumie żyją za moje podatki).
Polazłem na byłe przejście graniczne. Na samym przejściu pod zadaszeniem budynków spać nie mogłem, bo często tam bywa straż parku i uwielbia wlepiać mandaty, więc przeczekałem na parkingu do zapadniecia ciemności i wpakowałem się… a nie powiem gdzie, żeby nie ułatwiać panom roboty 


Hie, hie – tutaj spałem.

 

Rano podreptałem w Dolinę Białej Wody.
Na szlaku pierwsza jest Polana Biała Woda z leśniczówką. Nie chce mi się opisywać tego, co tam zastałem. Ręce opadają. Dość powiedzieć, że słowaccy leśnicy w dużych ilościach bawili się na imprezie zorganizowanej przez „Rumcajsa”, słowackiego strażnika parku z Polany Białej Wody, znanego z tego, że jest mocno i często złośliwie cięty na wspinaczy i turystów, i uwielbia im utrudniać życie.
Grille, chlanie, samochody, nagłośnienie, dymy po całej polanie.
Park-kurwa-Narodowy.


Takich zdjęć mam dużo więcej, ale nie wrzucam, bo to nie artykuł o bałaganie w TANAP-ie i TPN-ie.

A tak wyglada dalsza część TANAP-u – rabunkowa tzw. „gospodarka leśna”. To są zdrowe (!!!) drzewa.
Po polskiej stronie jest identycznie. Idąc wzdłuż drogi Oswalda Balzera (Łysa Polana – Zakopane)
praktycznie przez cały sezon słychać silniki pił motorowych.

Całe polany wykarczowane.

 

Dość o syfie. Wracamy na ścieżkę. Dolina Białej Wody o poranku:


Z lewej Młynarz, z tyłu Rysy i Niżne Rysy, po prawej Źabie Szczyty,
a w środku jedna z najdzikszych w Tatrach – Dolina Żabich Stawów Białczańskich.

Poranne mgiełki i rosa.

 

Dolina Białej Wody to jedna z najdłuższych i najdzikszych walnych dolin tatrzańskich (czyli taka co biegnie od stóp gór do samej grani). Ciągnie się na długości ponad 10km, więc niewielu chętnych się w nią zapuszcza, a zimą w ogóle jest nieodwiedzana (tylko przez wspinaczy, bo na Słowacji jest zakaz turystycznego łażenia zimą po górach powyżej linii schronisk; w Białej Wodzie schronisk nie ma). W okolicach Polany pod Wysoką ścieżka idąca doliną zaczyna się stromo wznosić na próg Doliny Kaczej (tu także odbiega w bok Dolina Ciężka ograniczona od południowego wschodu ścianą Galerii Gankowej), a następnie Litworowej.


Polana pod Wysoką. Z tyłu Ganek w centrum i Wysoka po prawej, a pod nią próg Doliny Ciężkiej.

 

W końcu docieram do jednego z celów mojej wędrówki – pod filar Ganku. To tutaj w marcu 2011r. wspinałem sie z Wojtkiem ostatni raz…


Filar Ganku to ta potężna, 850-metrowej wysokości formacja idąca z wierzchołka do wielkiego płata śnieżnego u jego stóp.

 

***

Tytułem dygresji i małej przerwy – kilka zdjęć z tamtego wspinu (pokrótce opisałem go na początku tego opowiadanka):


Wojtek w akcji w ścianie filara Ganku. Rynna Birkenmajera.

Wojtek w akcji w ścianie filara Ganku.

Krzysiek dochodzi do kolejnego stanowiska. Wojtek asekuruje.

Poranek drugiego dnia w kopule szczytowej.

Nasza trójka na szczycie Ganku (od lewej: Wojtek, mazeniak, Krzysiek), po 26 godzinach wspinania non-stop. „Sweet focia” i „spierdalamy dołu”, bo na grani wiało tak, że o mało nas nie pozrzucało. Te grymasy to nie uśmiechy, to próba złapania oddechu przy wichrze w pyski. Wystawcie gębę za okno w eskpresie lecącym 160km/h – podobny efekt.

 

***

Wracamy do wędrówki.
Odmówiłem zdrowaśkę i „Wieczne odpoczywanie…” i ruszyłem dalej w kierunku Litworowego Stawu, następnie Zmarzłego Stawu, a potem Polskiego Grzebienia czyli przełęczy pomiędzy Doliną Wielicką a Białą Wodą, w najbliższej okolicy Gerlachów, miedzy Litworowym Szczytem, a Małą Wysoką.


Litworowy Staw.

Litworowy Szczyt.

Od lewej: Dzika Turnia i Mała Wysoka.

Otoczenie Zmarzłego Stawu widziane rybim okiem: po lewej Litworowy Szczyt, po prawej Dzika Turnia.

Dolina Wielicka rybim okiem – po prawej Gerlach i Zadni Gerlach.

Z Polskiego Grzebienia na szczyt Małej Wysokiej (2428m npm) już tylko parę minut. Tutaj chwilę posiedzę i poładuję „akumulatory” psychy – zaopatrzę się w widoki na następne dni.


Panorama rybim okiem: od lewej na pierwszym planie Gerlach i Zadni Gerlach, z tyłu dwuwierzchołkowa Wysoka, poniżej jej szczytów ledwo widoczny w jej tle Ganek, potem piramida Rysów, Niżne Rysy, mniej wyrażne Żabie Szczyty, dalej prawie całe Tatry Polskie.

I rzut oka (rybiego) w drugę stronę, od lewej: zacieniony Świstowy, daleko na ostatnim planie Tatry Bielskie, potem dwuwierzchołkowy Lodowy, niżej Jaworowe i Mały Lodowy przechodzący w prawo w Czerwoną Ławkę,
nad którą na końcu widać dwie piramidy – Durnego i Łomnicy. Panoramę doliny Staroleśnej na pierwszym planie zamyka po prawej kopuła Sławkowskiego z tyłu oraz idąca od niego w naszym kierunku grań Sławkowskich Wieży i Staroleśnego.

 

Z Małej Wysokiej zgania mnie nadchodząca burza – przez Polski Grzebień schodzę na powrót nad Litworowy Staw.


Litworowy Staw.

 

Tam spotykam gościa, który pyta mnie o papierosa (nie jaram od 12 lat). Zaczynamy gadać – okazuje się, że to bezdomny, który se łazi tu i tam, no bo co ma zrobić. Przegadaliśmy całe popołudnie, opowiedzieliśmy se każdy po historii swojego życia.


Bezdomny i kaczka, z którą dzielił się chlebem.
Ze mną też się dzielił, bo o ile do chleba coś jeszcze miałem, to chleb mi się skończył.

 

W nocy kiblujemy z jednej z koleb w okolicach Litworowego Stawu.


Promienie słońca nad górami.

Zachodzi słoneczko.

Rano zupełna zmiana pogody – cwangla. Scenka rodzajowa ze śniadanka.

Z bezpiecznej odległości ciekawie gapi się na nas kozica.

 

Bezdomny idzie do Smokowca, ja schodzę do Doliny Białej Wody – powrót do Polski. Na Polanie pod Wysoką stoi ławka, na której z reguły z Wojtkiem odpoczywaliśmy po powrocie ze wspinania. Również tutaj czasem zaczepiał nas głuszec, który zdaje się, że przez kilka lat nie mógł znaleźć se baby – od tego zgłupial i atakowal wszystko, co się rusza.


Głuszec na Polanie pod Wysoką w zimie 2010r.
Populacja tego gatunku w Polsce to 700 sztuk. Na Słowacji – nie wiem, ale też rzadkość.
Harnasie w rajtuzach, od lewej:
mazeniak, Daniel i Wojtek na ławce po przejściu drogi WHP 1651 na ścianie Zadniego Gerlacha.

Dziś ławka jest pusta, głuszca też nie ma…

 

Drogą Oswalda Balzera, prowadzącą z Łysej Polany do Zakopanego, zmierzam do mojego kumpla, Kuby, wspinacza i ratownika TOPR, z którym onegdaj próbowałem zaloić pewną piekną turnię w pakistańskim Karakorum – Gulmit Tower (patrz: Dynema z pasmanterii). Kuba mieszka w Murzasichlu. Nad Giewontem widzę burzę, a w Murzasichlu słoneczko pełną gębą.


Burza nad Giewontem.

Murzasichlańskie pola.

W Murzasichlu pośród wypasionych hoteli można znaleźć jeszcze stare zagrody góralskie.

Murzasichle – praktycznie koniec wędrówki u Kuby.

 

Następnego dnia podjechaliśmy już (za mało czasu było, żeby jeszcze iść) z Kubą na parking pod Wiktorówki – stamtąd do kaplicy raptem 20 minut przez las. Tutaj w drugą rocznicę śmierci Wojtka odbyła się msza w jego intencji. Do domu zabrałem się już z rodziną. Chociaż przez te ostatnie dwa tygodnie tak się przyzwyczaiłem do chodzenia, że mógłbym iść dalej…


Kaplica na Wiktorówkach.

 

***

 


Wojtek Kozub – in memoriam.
Tadeusz „Mazeno” Dzięgielewski

You might also like More from author